Wednesday, July 22, 2026

Wolność słowa, vox populi i czatbotowa pulpa

Wszechobecność "sztucznointeligentnej" papki werbalnej oraz ochoczość, z jaką masy użytkowników Internetu posiłkują się jej generatorami, obnaża w bezprecedensowym stopniu fakt, iż możliwość publicznego wyrażania swojej opinii na rozmaite tematy nie jest wartością samą w sobie - staje się ona natomiast wręcz antywartością w momencie, gdy podobne opinie są wyrażane przez postacie funkcjonalnie niepiśmienne, a do takich zalicza się lwia część osób sięgających entuzjastycznie po czatbotowe protezy.

Z powyższego nie wynika rzecz jasna, jakoby wolność słowa nie była jedną z fundamentalnych wartości społecznych. Wynika z tego jednakże, iż wolność słowa z konieczności idzie w parze z zobowiązaniem do wykształcenia w sobie autentycznie własnego, indywidualnego głosu i stylu wypowiedzi odzwierciedlającego naszą niepowtarzalną osobowość i nasz unikatowy zbiór przekonań, który jesteśmy gotowi gruntownie uzasadnić i za który jesteśmy gotowi brać odpowiedzialność.

Tylko tak traktowana wolność słowa może bowiem nie dopuścić do zaistnienia sytuacji, w której domniemany vox populi staje się nieodróżnialny od ogłuszającego skrzekotu elektronicznych papug - a więc od wyjątkowo perfidnej formy wieży Babel, gdzie wszyscy zdają się mówić tym samym, automatycznie tłumaczonym językiem, ale język ten staje się nośnikiem groteskowej wręcz beztreściwości, wśród której ginie wszelka szansa nie tylko na odkrycie, ale nawet na zdefiniowanie prawdy (a zwłaszcza Prawdy przez wielkie P).

Monday, July 20, 2026

Wysokobudżetowy popkulturowy koń trojański i zgubna ideologiczna odyseja jego twórców

Hollywoodzką ekranizację "Troi", która weszła na ekrany kinowe 22 lata temu, można potraktować jako wysoce symboliczny znak czasu - otóż tzw. wysokobudżetowa popkultura była już podówczas pieczołowicie przygotowanym koniem trojańskim, ale jeszcze nie wydobyły się z niego rozsadniki topornego antycywilizacyjnego agitpropu. Stąd ową ekranizację szło się oglądać niejako z marszu, nie oczekując po niej niczego poza widowiskową rozrywką - i dokładnie to się otrzymywało.

Natomiast dzisiejszą niesławną ekranizację "Odysei" poprzedziła tak natarczywa i szydercza w swej wymowie kampania promocyjna, że już wyłącznie na jej bazie domyślnie chce się ten twór omijać szerokim łukiem - mimo że uczciwe recenzje sugerują, że jest on zwyczajnie nudny, rozwlekły i dialogowo siermiężny, a nie jakoś szczególnie zideologizowany. To zaś przywodzi na myśl kolejną wysoce symboliczną konstatację - otóż twórcy popkulturowego konia trojańskiego błąkają się obecnie po komercyjno-ideologicznych morzach i oceanach, nie wiedząc do końca, czy w większym stopniu służyć Mammonowi, czy Baalowi.

Najwyższa więc pora, by pomóc im rozwiązać ów dylemat i uwolnić ich od zgubnej służby obu tym bożkom, doprowadzając hollywoodzkie truchło do ostatecznego rozkładu wskutek jego konsekwentnego bojkotu, jawiącego się już dziś jako opcja standardowa i nieokupiona zupełnie żadnymi kosztami alternatywnymi. Wszakże nie godzi się przedłużać agonii tego, czego zasadniczym znakiem rozpoznawczym jest już wyłącznie epatowanie swymi przedśmiertnymi drgawkami.

Sunday, July 19, 2026

Mises, Rothbard i fundamenty "nauki o wolności"

Mises jest niewątpliwie znaczniejszym ekonomistą niż Rothbard, jako że ten drugi nie jest pionierem nowatorskich teorii, a jedynie (a w zasadzie aż) wybitnym kompilatorem, erudycyjnym syntetyzatorem i pomysłowym przyczynkarzem w najlepszym tego słowa znaczeniu. Niemniej Rothbard jako filozof i historyk idei zdaje się mieć trafniejsze intuicje od swojego mistrza w zakresie tego, na jakich pierwszych zasadach należy oprzeć kompleksową i interdyscyplinarną "naukę o wolności".

Mises to kantysta ulegający w ostatecznym rachunku sceptycyzmowi co do możliwości poznania "rzeczy samych w sobie". Rothbard to arystotelik podkreślający, że działanie to pomost między myślą a rzeczywistością, pozwalający na konkretne przekształcanie obiektywnie poznanego otaczającego świata. Dla Misesa prawa ekonomii to finalnie jedynie "prawa myśli". Dla Rothbarda to prawa rzeczywistości. Mises to etyczny subiektywista traktujący wszelkie wartości i powinności jako tożsame z indywidualnymi preferencjami, które nie poddają się naukowej ocenie. Rothbard to prawnonaturalista twierdzący, że obiektywne prawidła ekonomii i etyki wyrastają z tego samego prakseologicznego rdzenia. Mises traktuje rozważania metafizyczne i teologiczne jako badawczo nieprzenikalne. Rothbard upatruje w najbardziej niszczycielskich ideologiach herezji religijnych i przejawów metafizycznej pychy.

Podsumowując, ekonomia Rothbarda może być słusznie postrzegana jako jedynie (albo, znowu, aż) błyskotliwe rozwinięcie ekonomii Misesa, ale jego szersza intelektualna wizja wydaje się trafniej opisywać ogół powodów, dla których ludzkość samobójczo kopie pod sobą dołki, i trafniej przedstawiać ogół źródeł wiedzy, czerpanie z których jest konieczne, by przerwać tę spiralę autodestrukcji. Stąd można uznać, że Mises i Rothbard są równorzędnymi gigantami myśli, których dorobek jest nie tylko ponadczasowo aktualny, ale też coraz cenniejszy - co warto podkreślić zwłaszcza przy okazji stulecia tego drugiego, biorąc pod uwagę jego wciąż względnie mniejszą rozpoznawalność.

Friday, July 10, 2026

Szydercza parodia "Odysei" jako przejaw trwającego pędu ku duchowej autodestrukcji

Ewidentnie wydany został odgórny rozkaz, żeby we wszelkich kanałach informacyjnych rozpocząć zmasowaną kampanię marketingową filmu będącego podobno ekranizacją "Odysei", który to film już na długo przed wejściem na ekrany zdążył okryć się groteskową niesławą. Dość wspomnieć, że murzyńska aktorka ma w nim odgrywać rolę Heleny Trojańskiej, a więc postaci, której imię znaczy tyle, co "jasna" lub "świetlista" i której skóra jest opisywana w "Iliadzie" jako mająca kolor kości słoniowej.

Niemniej bardziej znamienny jest w tym kontekście charakter owej kampanii marketingowej. Otóż w dużej mierze nie tyle usiłuje ona zachęcać do obejrzenia wzmiankowanego filmu, co - idąc w zaparte - próbuje infantylnie i nieudolnie wyszydzać tych, którzy słusznie dopatrują się w nim niemal podręcznikowego wzorca "marksizmu popkulturowego". To zaś prowadzi do nieodkrywczego, ale dla wielu wciąż nie dość oczywistego wniosku - a mianowicie do konkluzji, iż tzw. wysokobudżetowy przemysł rozrywkowy już od dłuższego czasu nie dba o zarabianie pieniędzy czy wypracowywanie zysków. Co więcej - nie dba on już nawet o skuteczność w zakresie ideologicznego urabiania odbiorców, bo na chwilę obecną idzie on już wyraźnie pod prąd oddolnej reakcji globalnego społeczeństwa wobec jego nachalnych zapędów indoktrynacyjnych.

Co zatem jest jego celem? Otóż jest nim folgowanie czystej, bezinteresownej, wichrzycielskiej złośliwości - i pod tym względem nie różni się on niczym od obecnego świata tzw. globalnej polityki czy międzynarodowej biurokracji. Wszakże wojny wszczynane dziś przez rozmaitych politycznych decydentów nie mają żadnych konkretnych i konwencjonalnie korzystnych celów - ani materialnych, ani ideologicznych. Podobnie ma się rzecz z obostrzeniami narzucanymi przez rozmaite biurokratyczne koterie - wszystkie one zdają się być obliczone na maksymalnie małostkowe upokorzenie ich ofiar i żywicieli, co w ostatecznym rachunku jest długofalowo samobójcze z punktu widzenia przede wszystkim tychże koterii.

Innymi słowy, mamy dziś do czynienia z tak ogłupiałym, złośliwym, szyderczym i finalnie autodestrukcyjnym pędem po stronie wszelkiego autoramentu wpływowych grup decyzyjnych, że można go sensownie postrzegać wyłącznie w kategoriach metafizycznych i duchowych, streszczających się w tym przypadku w archetypicznej formule "nie będę służył" (tzn. będę psuł, mącił, niszczył, bałamucił i wykoślawiał, bo rdzeń mojej tożsamości stanowi bunt wobec obiektywnego porządku rzeczywistości).

To z kolei prowadzi do konstatacji, że również od wszystkich ludzi dobrej woli należy dziś oczekiwać odłożenia perspektywy materialnej czy ideologicznej na drugi bądź trzeci plan i traktowania służby obiektywnemu porządkowi rzeczywistości jako nadrzędnego celu samego w sobie. Tylko w ten sposób bowiem można wzbudzić w sobie dość motywacji, determinacji i hartu ducha, by ostatecznie i trwale pokonać opisany wyżej front złowrogich sił - zwłaszcza w sytuacji, gdy przeważająca część materialnych, organizacyjnych i instytucjonalnych zasobów znajduje się wciąż w jego rękach. Nic wszakże nie pozostało na tym etapie ogółowi ludzi dobrej woli, jak tylko albo z miejsca wywiesić białą flagę, albo iść do końca po całkowite zwycięstwo - jest to więc wybór tak oczywisty i wyrazisty, jak jeszcze nigdy dotąd.

Sunday, June 21, 2026

Pożądany schyłek ery reżimowych świętych krów

Odkładając na bok przepychanki orderowe jako przejaw spektaklu dla gawiedzi, należy docenić fakt, że w tzw. dyskursie publicznym nie ma już przynajmniej żadnych "świętych krów". Ściślej rzecz ujmując, żaden reżim nie może już liczyć na to, że będzie się go zagłaskiwać w oparciu o czarnoksięskie uniwersalne wytrychy takie jak "interesy geopolityczne", "krzywdy historyczne", "systemowy rasizm" czy też inny anty-izm, zwłaszcza jeśli zachowuje się on w sposób wyjątkowo i niemal rozmyślnie arogancki wobec swoich domniemanych sojuszników.

Nie ma w tym kontekście znaczenia to, czy dany reżim znajduje się we wschodniej Europie, czy na Bliskim Wschodzie, ani też to, czy jego, zdawałoby się, kluczowy sojusznik znajduje się w jego bezpośrednim sąsiedztwie, czy za oceanem. Grunt za to w tym, żeby wszyscy ludzie dobrej woli jak najszybciej i jak najskuteczniej doprowadzili wszystkie pasożytujące na nich reżimy do materialnego bankructwa - biorąc pod uwagę, że ich ostateczne bankructwo intelektualne i moralne jest już dla nich przypuszczalnie aż nadto widoczne.

Wednesday, June 17, 2026

Wirtualne bilionowe fortuny, banki centralne, pieniądz dekretowy i reżimowy protekcjonizm

Jeśli ktoś boczy się na istnienie bilionerów (czy, z angielska, trylionerów), należy zapytać go o to, czy jeszcze bardziej boczy się na istnienie pieniądza dekretowego (pieniądza tworzonego wskutek decyzji politycznych pod postacią czysto wirtualnych wpisów księgowych), banków centralnych (centralnoplanistycznych politbiur do spraw zdalnego sterowania stopami procentowymi i podażą pieniądza) i reżimowego protekcjonizmu w postaci grantów, subsydiów, kontraktów rządowych i kredytu z powietrza dla firm odpowiednio skoligaconych z czynnikami reżimowymi.

Jako że bowiem powyższe zjawiska instytucjonalne są w obecnym świecie warunkiem koniecznym zaistnienia bilionerów, chęć wywłaszczenia tych ostatnich przy jednoczesnym braku elementarnej wiedzy na temat procesów polityczno-gospodarczych, które w niemerytokratyczny sposób sprzyjają wykładniczemu rozdymaniu największych z wirtualno-giełdowych fortun, świadczy wyłącznie o bezwstydnej ekonomicznej ignorancji połączonej z hołdem składanym zawiści, roszczeniowości i próżniactwu.

Wednesday, June 10, 2026

Samozwańczy artyści żądający subsydiów powinni się cieszyć, gdy spotyka ich zaledwie ostracyzm

Gdybyśmy żyli w społeczeństwie opartym na prawie talionu, to zdecydowaną większość samozwańczych artystów najbardziej zuchwale domagających się możliwości systemowego pasożytowania na cudzej produktywności należałoby nie tylko kategorycznie odciąć od wszelkich tego rodzaju sposobności, ale też nałożyć na nich kary wprost proporcjonalne do intensywności, z jaką oszpecają oni przestrzeń publiczną swoją "twórczością" i zohydzają kulturę swoim ideologicznym wandalizmem.

Jako że jednak żyjemy w społeczeństwie, które przynajmniej deklaratywnie odrzuca zasadę talionu na rzecz zasady miłości bliźniego, zupełnie wystarczające jest w tym kontekście wymuszenie na nich działania zgodnie z uczciwymi regułami rynkowej konkurencji i poddawanie ich bezpardonowemu ostracyzmowi w takim stopniu, w jakim jakość ich twórczości urąga inteligencji, sumieniu i poczuciu dobrego smaku jej zamierzonych odbiorców. Więcej nie trzeba, by synowie marnotrawni opamiętali się i poszli po rozum do głowy, jeśli nie chcą, aby dosięgły ich nieodwołalne wyroki sprawiedliwości poetyckiej.