Pomarańczowy człowiek zupełnie otwarcie ogłosił się Mesjaszem - tzn. w takim stopniu, w jakim jednoznaczne deklaracje można wyrażać w formie obrazkowej. Jest to niemniej oświadczenie w gruncie rzeczy przewidywalne i wpisujące się w mesjańską narrację uprawianą już od dłuższego czasu przez jego środowisko polityczno-religijne.
Wszakże jego najważniejszy sojusznik, pan BN, raczył zauważyć miesiąc temu, że kampania irańska zwiastuje "powrót Mesjasza". Co jeszcze istotniejsze, członkowie ogromnie wpływowej kabalistycznej sekty Chabad Lubawicz uwielbiają podkreślać, że ich najwyższy przywódca i niekwestionowany duchowy autorytet, Menachem Mendel Schneerson, poinformował pana BN o zleconej mu przez Boga szczególnej misji - misji przygotowania gruntu pod nadejście Mesjasza i przekazania mu berła władzy nad światem.
O jakim "Bogu" tutaj mowa, nietrudno się domyślić - i chyba nawet "sztuczna inteligencja", która zmajstrowała mesjański wizerunek pomarańczowego człowieka, wykazała się w tym kontekście nadzwyczajną prawdomównością, umieszczając w tle cień postaci budzącej skojarzenia z rogatym aniołem. Jak by wszakże nie było, całą rzecz pozostaje skwitować stwierdzeniem: "Pan Bóg (prawdziwy, nie ten czczony przez domorosłych "możnych tego świata") nierychliwy, ale sprawiedliwy". Warto też pamiętać, jaki los czekał żonę rybaka z powszechnie znanej baśni o złotej rybce, gdy ta, będąc już cesarzem i papieżem, zażyczyła sobie być Panem Bogiem.
Sic semper transit gloria mundi - tyle że w końcu Panu Bogu zabraknie cierpliwości i uwolni raz na zawsze ludzi dobrej woli od wszelkich "żon rybaka" i ich obłędnych kaprysów. I choć nikt na ziemi "nie zna dnia ani godziny", widząc to, co wyprawia ta czereda równie butnych co bezrozumnych opętańców, coraz częściej ciśnie się na usta: oby jak najszybciej.
Monday, April 13, 2026
Sunday, March 22, 2026
Różne formy zabobonności na przestrzeni epok i odpowiednie sposoby radzenia sobie z nimi
Człowiek starożytny wierzył we wszelkiego rodzaju zabobony magiczne, ale ostatecznie ratowało go to, że szczerze dążył do prawdy większej od swoich fantazji.
Człowiek nowożytny wierzył we wszelkiego rodzaju zabobony ideologiczne, ale ostatecznie ratowało go to, że szczerze dążył do celu większego od swoich zachcianek.
Człowiek współczesny wierzy we wszelkiego rodzaju zabobony magiczno-ideologiczne - i ostatecznie pogrąża go to, że szczerze pławi się w samozadowoleniu równie skarlałym, co ogół jego fantazji i zachcianek.
Stąd pierwszego ocaliła wnikliwość rozumu, drugiego - dyscyplina woli, zaś ostatniego może ocalić jedynie wnikliwa i zdyscyplinowana świadomość swojej obecnej bezmyślności i tandety.
Człowiek nowożytny wierzył we wszelkiego rodzaju zabobony ideologiczne, ale ostatecznie ratowało go to, że szczerze dążył do celu większego od swoich zachcianek.
Człowiek współczesny wierzy we wszelkiego rodzaju zabobony magiczno-ideologiczne - i ostatecznie pogrąża go to, że szczerze pławi się w samozadowoleniu równie skarlałym, co ogół jego fantazji i zachcianek.
Stąd pierwszego ocaliła wnikliwość rozumu, drugiego - dyscyplina woli, zaś ostatniego może ocalić jedynie wnikliwa i zdyscyplinowana świadomość swojej obecnej bezmyślności i tandety.
Monday, March 16, 2026
Irańska granda jako koło ratunkowe dla dyktatur
Granda irańska stanowi kolejny z nieskończonej serii dowodów na to, że wszystkie represyjne reżimy tego świata grają w ostatecznym rachunku do tej samej bramki i konstytuują obecnie jednolity globalny "system bestii". Wszakże wzmiankowana draka, wszczęta przez oś Waszyngton-Tel Awiw, przyczyniła się przede wszystkim do:
1. Wzmocnienia dyktatury teherańskiej, która - pod pretekstem obrony przed dywersją finansowaną przez zewnętrznych agresorów - uzyskała szeroki mandat społeczny do bezwzględnego tłamszenia wszelkiego rodzaju oddolnych protestów.
2. Wzmocnienia dyktatury kremlowskiej, która w sposób oczywisty korzysta na wysokich cenach ropy, wywindowanych wskutek zablokowania cieśniny Ormuz.
3. Wzmocnienia dyktatury pekińskiej, która, w świetle pogłębiającego się zaangażowania amerykańskich zasobów wojskowych na Bliskim Wschodzie, może wywierać coraz silniejszy nacisk na Tajwan i konsolidować swoje wpływy w obszarze indo-pacyficznym.
Podsumowując, nigdy nie dość podkreślania tego, co powinno być już od dawna oczywiste dla ogółu ludzi dobrej woli: nie ma już dziś żadnego geopolitycznego sporu między jakimkolwiek "imperium dobra" a jakąkolwiek "osią zła". Jest za to jedynie międzynarodowy układ diabelskich koterii, które - miotając się w coraz bardziej autodestrukcyjny sposób - usiłują z czystej złośliwości pociągnąć za sobą na dno jak najliczniejsze rzesze zwykłych ludzi powodowanych strachem, naiwnością lub fatalnie wykoślawionym instynktem przetrwania.
Tym samym jeszcze bardziej oczywista powinna być dziś konstatacja głosząca: "jeśli chcesz pokoju, trwaj w pokoju", nie dając się wmanewrować w jakiekolwiek domniemane "koalicje w słusznej sprawie". Wtedy i tylko wtedy - łącząc bezwarunkową pryncypialność z głębokim pragmatyzmem - zachowa się szansę na pozostanie wyspą względnej normalności wśród dymiących ruin samobójczego obłędu.
1. Wzmocnienia dyktatury teherańskiej, która - pod pretekstem obrony przed dywersją finansowaną przez zewnętrznych agresorów - uzyskała szeroki mandat społeczny do bezwzględnego tłamszenia wszelkiego rodzaju oddolnych protestów.
2. Wzmocnienia dyktatury kremlowskiej, która w sposób oczywisty korzysta na wysokich cenach ropy, wywindowanych wskutek zablokowania cieśniny Ormuz.
3. Wzmocnienia dyktatury pekińskiej, która, w świetle pogłębiającego się zaangażowania amerykańskich zasobów wojskowych na Bliskim Wschodzie, może wywierać coraz silniejszy nacisk na Tajwan i konsolidować swoje wpływy w obszarze indo-pacyficznym.
Podsumowując, nigdy nie dość podkreślania tego, co powinno być już od dawna oczywiste dla ogółu ludzi dobrej woli: nie ma już dziś żadnego geopolitycznego sporu między jakimkolwiek "imperium dobra" a jakąkolwiek "osią zła". Jest za to jedynie międzynarodowy układ diabelskich koterii, które - miotając się w coraz bardziej autodestrukcyjny sposób - usiłują z czystej złośliwości pociągnąć za sobą na dno jak najliczniejsze rzesze zwykłych ludzi powodowanych strachem, naiwnością lub fatalnie wykoślawionym instynktem przetrwania.
Tym samym jeszcze bardziej oczywista powinna być dziś konstatacja głosząca: "jeśli chcesz pokoju, trwaj w pokoju", nie dając się wmanewrować w jakiekolwiek domniemane "koalicje w słusznej sprawie". Wtedy i tylko wtedy - łącząc bezwarunkową pryncypialność z głębokim pragmatyzmem - zachowa się szansę na pozostanie wyspą względnej normalności wśród dymiących ruin samobójczego obłędu.
Wednesday, March 11, 2026
Chrześcijański syjonizm, czyli fałszywa, zgubna teologia w służbie agresywnej plemiennej polityki
Dlaczego nie tylko w wymiarze teologicznym, ale również na płaszczyźnie całkowicie praktycznej i doczesnej, istotne jest konsekwentne podkreślanie, że starotestamentowe przymierze ze starożytnymi Hebrajczykami zostało dopełnione poprzez zbawczą misję Chrystusa, a tym samym zastąpione przymierzem ze wszystkimi ludźmi należącymi do Kościoła Powszechnego i godnie uczestniczącymi w życiu sakramentalnym?
Jest tak już choćby dlatego, iż twierdzenie, jakoby po dziś dzień istniały dwa równoległe przymierza Boga z ludzkością, stanowi wodę na młyn dla wyjątkowo niebezpiecznych herezji takich jak tzw. chrześcijański syjonizm, który głosi, że realizację politycznych interesów państwa Izrael należy utożsamiać z przyspieszaniem momentu powtórnego przyjścia Chrystusa. Biorąc zaś pod uwagę, że całkowite urzeczywistnienie bieżących politycznych ambicji tegoż państwa grozi pełnowymiarową wymianą nuklearną, "chrześcijański syjonizm" można nazwać z pełną odpowiedzialnością herezją apokaliptyczną, choć wiodącą zdecydowanie nie do takiego rozstrzygnięcia, jakiego oczekiwaliby jej wyznawcy.
Rzecz jasna równie niebezpieczną ideologią byłby hipotetyczny "chrześcijański mahdyzm" głoszący, że warunkiem koniecznym paruzji jest realizacja politycznych celów Iranu bądź jakiegokolwiek innego państwa islamskiego. Niemniej, jako że spośród wszelkich politycznych mesjanizmów wykoślawiona interpretacja Nowego Testamentu sprzyja na chwilę obecną w sposób szczególny mesjanizmowi talmudycznemu (biorąc pod uwagę stopień poparcia dla niego wśród przedstawicieli reżimu zawiadującego najpotężniejszą armią świata), to zwłaszcza ten ostatni należy dziś obnażać jako nie mający nic wspólnego ani z treścią Ewangelii, ani z tradycją Kościoła.
Powinno być to skądinąd o tyle oczywiste, o ile żadnego politycznego mesjanizmu ani nacjonalistycznego tryumfalizmu nie da się pogodzić z biblijnym wezwaniem do nie pokładania ufności w człowieku, a już tym bardziej w ludzkich "książętach". Niemniej w świecie permanentnej wojny dezinformacyjnej nawet, a może zwłaszcza takie oczywistości należy przypominać z wyjątkową determinacją - już choćby po to, by choć w minimalnym stopniu zmniejszyć prawdopodobieństwo tak niefortunnego obrotu spraw, że w jego wyniku nikt nie będzie już w stanie niczego nikomu przypomnieć.
Jest tak już choćby dlatego, iż twierdzenie, jakoby po dziś dzień istniały dwa równoległe przymierza Boga z ludzkością, stanowi wodę na młyn dla wyjątkowo niebezpiecznych herezji takich jak tzw. chrześcijański syjonizm, który głosi, że realizację politycznych interesów państwa Izrael należy utożsamiać z przyspieszaniem momentu powtórnego przyjścia Chrystusa. Biorąc zaś pod uwagę, że całkowite urzeczywistnienie bieżących politycznych ambicji tegoż państwa grozi pełnowymiarową wymianą nuklearną, "chrześcijański syjonizm" można nazwać z pełną odpowiedzialnością herezją apokaliptyczną, choć wiodącą zdecydowanie nie do takiego rozstrzygnięcia, jakiego oczekiwaliby jej wyznawcy.
Rzecz jasna równie niebezpieczną ideologią byłby hipotetyczny "chrześcijański mahdyzm" głoszący, że warunkiem koniecznym paruzji jest realizacja politycznych celów Iranu bądź jakiegokolwiek innego państwa islamskiego. Niemniej, jako że spośród wszelkich politycznych mesjanizmów wykoślawiona interpretacja Nowego Testamentu sprzyja na chwilę obecną w sposób szczególny mesjanizmowi talmudycznemu (biorąc pod uwagę stopień poparcia dla niego wśród przedstawicieli reżimu zawiadującego najpotężniejszą armią świata), to zwłaszcza ten ostatni należy dziś obnażać jako nie mający nic wspólnego ani z treścią Ewangelii, ani z tradycją Kościoła.
Powinno być to skądinąd o tyle oczywiste, o ile żadnego politycznego mesjanizmu ani nacjonalistycznego tryumfalizmu nie da się pogodzić z biblijnym wezwaniem do nie pokładania ufności w człowieku, a już tym bardziej w ludzkich "książętach". Niemniej w świecie permanentnej wojny dezinformacyjnej nawet, a może zwłaszcza takie oczywistości należy przypominać z wyjątkową determinacją - już choćby po to, by choć w minimalnym stopniu zmniejszyć prawdopodobieństwo tak niefortunnego obrotu spraw, że w jego wyniku nikt nie będzie już w stanie niczego nikomu przypomnieć.
Labels:
chrześcijaństwo,
herezja,
mesjanizm,
nacjonalizm,
teologia
Wednesday, February 4, 2026
Konieczność bycia doskonałym w duchowej walce przeciw skrajnemu złu globalnych decydentów
Dość nieoczywistym dowodem na to, że w większości ludzi ciągle przynajmniej tli się dobra (choć skażona) natura, jest powszechne wciąż niedowierzanie, iż samozwańcze "elity" globalnych decydentów mogą być tak skrajnie, wręcz karykaturalnie złe i wynaturzone.
Otóż rzecz nie powinna być zaskakująca dla nikogo, kto pojmuje duchowy kształt obecnego świata, który jasno opisuje choćby 10-ty ustęp 6-go rozdziału Listu do Efezjan czy też 3-ci ustęp 4-go rozdziału 2-go Listu do Koryntian. Obecnie nadarza się więc znakomita okazja, by tę wiedzę sobie przypomnieć i utrwalić, lub też może zdobyć ją dopiero po raz pierwszy.
Jest ona bowiem kluczowa w zakresie ożywiania i hartowania w sobie wyżej wspomnianej dobrej natury, a tym samym wydobywania się z "matriksa", który został z wyrachowaniem zbudowany przez rzeczonych "globalnych decydentów" oraz ich mniej lub bardziej świadomych służących.
Wydobywszy się zaś z niego, można jasno zdać sobie sprawę, że tej skali zdeprawowania mającego na podorędziu wszelkie środki i wpływy może się skutecznie przeciwstawić wyłącznie niezłomny front tych, którzy całkowicie dosłownie traktują powołanie do "bycia doskonałymi, jak doskonały jest Ojciec nasz niebieski". Oby więc, w konfrontacji z tak wyrazistym obnażeniem natury i natężenia toczącej się duchowej walki, front ten zaczął rosnąć w tempie prawdziwie wykładniczym.
Otóż rzecz nie powinna być zaskakująca dla nikogo, kto pojmuje duchowy kształt obecnego świata, który jasno opisuje choćby 10-ty ustęp 6-go rozdziału Listu do Efezjan czy też 3-ci ustęp 4-go rozdziału 2-go Listu do Koryntian. Obecnie nadarza się więc znakomita okazja, by tę wiedzę sobie przypomnieć i utrwalić, lub też może zdobyć ją dopiero po raz pierwszy.
Jest ona bowiem kluczowa w zakresie ożywiania i hartowania w sobie wyżej wspomnianej dobrej natury, a tym samym wydobywania się z "matriksa", który został z wyrachowaniem zbudowany przez rzeczonych "globalnych decydentów" oraz ich mniej lub bardziej świadomych służących.
Wydobywszy się zaś z niego, można jasno zdać sobie sprawę, że tej skali zdeprawowania mającego na podorędziu wszelkie środki i wpływy może się skutecznie przeciwstawić wyłącznie niezłomny front tych, którzy całkowicie dosłownie traktują powołanie do "bycia doskonałymi, jak doskonały jest Ojciec nasz niebieski". Oby więc, w konfrontacji z tak wyrazistym obnażeniem natury i natężenia toczącej się duchowej walki, front ten zaczął rosnąć w tempie prawdziwie wykładniczym.
Monday, February 2, 2026
"Osuszanie bagna" jako operacja psychologiczna
Treść kolejnej porcji "korespondencji z Wysp Dziewiczych" nie powinna zaskakiwać nikogo, kto miał już wcześniej baczenie na naturę wzmiankowanego w niej towarzystwa. Niemniej warto wspomnieć w tym kontekście o tym, jak łatwo system zawiadywany przez owe odrażające figury przedłuża swoje istnienie wodząc masy za nos perspektywą "osuszenia bagna" przez tego bądź innego domniemanego "rycerza na białym koniu".
Kluczowym przykładem jest tu niesławny "ruch Q", który od samego początku nosił znamiona typowej agenturalnej operacji psychologicznej. Owe operacje psychologiczne mają bowiem to do siebie, że najpierw bulwersują społeczeństwo wybiórczym ujawnianiem prawdy, a potem je pacyfikują fałszywymi obietnicami rozwiązania problemu. I tak doniesienia o tym, że globalny system znajduje się w rękach szajki diabolicznych dewiantów, były prawdziwe (o czym zresztą można było domniemywać już na długo wcześniej), ale stwierdzenie, że pomarańczowe indywiduum jest Wallenrodem, któremu nie należy przeszkadzać w naprawianiu systemu od wewnątrz, było oczywistym pacyfikacyjnym fałszem.
W dobie Internetu tego rodzaju przedsięwzięcia są naturalnym przedłużeniem zwyczajnej partyjno-wyborczej zasady "dziel i rządź", zwłaszcza jeśli system znajduje się już w schyłkowej fazie gnilnej. Należy mieć zatem nadzieję, że tak obfita dokumentacja faktu, iż wszelcy celebryccy "Wallenrodowie" są w rzeczywistości wiernymi "członkami klubu", ostatecznie przekona masy, że tak zgangrenowanego "porządku świata" nie da się w żaden sposób uzdrowić. Trzeba zamiast tego - jak to ma miejsce w kontakcie z terminalnie zakażonym organizmem - jak najściślej się od niego odciąć, podkreślając konsekwentnie, że nie chce się żadnych fruktów od jakichkolwiek "globalnych ośrodków wpływu" ani też od ich lokalnych wasali.
Jest to jedyny sposób, żeby z jednej strony ukrócić pasożytnicze możliwości owego organizmu, a z drugiej strony odzyskać zdolności organizacyjne w tych wymiarach i na tych płaszczyznach, gdzie faktycznie mogą one zabezpieczać ludzką wolność i godność - tzn. w obrębie rodzin, lokalnych wspólnot, klubów samopomocy czy politycznie niezależnych fundacji oraz związków wyznaniowych. Tylko tyle i aż tyle pozostało ludziom dobrej woli w tak duchowo zdegradowanym świecie, w jakim obecnie się znajdujemy, i tylko idąc tą drogą można liczyć na wyjście obronną ręką z okresu dotkliwego oczyszczenia, które nieuchronnie musi się dokonać.
Kluczowym przykładem jest tu niesławny "ruch Q", który od samego początku nosił znamiona typowej agenturalnej operacji psychologicznej. Owe operacje psychologiczne mają bowiem to do siebie, że najpierw bulwersują społeczeństwo wybiórczym ujawnianiem prawdy, a potem je pacyfikują fałszywymi obietnicami rozwiązania problemu. I tak doniesienia o tym, że globalny system znajduje się w rękach szajki diabolicznych dewiantów, były prawdziwe (o czym zresztą można było domniemywać już na długo wcześniej), ale stwierdzenie, że pomarańczowe indywiduum jest Wallenrodem, któremu nie należy przeszkadzać w naprawianiu systemu od wewnątrz, było oczywistym pacyfikacyjnym fałszem.
W dobie Internetu tego rodzaju przedsięwzięcia są naturalnym przedłużeniem zwyczajnej partyjno-wyborczej zasady "dziel i rządź", zwłaszcza jeśli system znajduje się już w schyłkowej fazie gnilnej. Należy mieć zatem nadzieję, że tak obfita dokumentacja faktu, iż wszelcy celebryccy "Wallenrodowie" są w rzeczywistości wiernymi "członkami klubu", ostatecznie przekona masy, że tak zgangrenowanego "porządku świata" nie da się w żaden sposób uzdrowić. Trzeba zamiast tego - jak to ma miejsce w kontakcie z terminalnie zakażonym organizmem - jak najściślej się od niego odciąć, podkreślając konsekwentnie, że nie chce się żadnych fruktów od jakichkolwiek "globalnych ośrodków wpływu" ani też od ich lokalnych wasali.
Jest to jedyny sposób, żeby z jednej strony ukrócić pasożytnicze możliwości owego organizmu, a z drugiej strony odzyskać zdolności organizacyjne w tych wymiarach i na tych płaszczyznach, gdzie faktycznie mogą one zabezpieczać ludzką wolność i godność - tzn. w obrębie rodzin, lokalnych wspólnot, klubów samopomocy czy politycznie niezależnych fundacji oraz związków wyznaniowych. Tylko tyle i aż tyle pozostało ludziom dobrej woli w tak duchowo zdegradowanym świecie, w jakim obecnie się znajdujemy, i tylko idąc tą drogą można liczyć na wyjście obronną ręką z okresu dotkliwego oczyszczenia, które nieuchronnie musi się dokonać.
Friday, January 30, 2026
Martwy Internet to objaw braku żywej inteligencji
Coraz więcej osób zdaje się przychylać do stanowiska, że Internet stał się martwy wskutek tego, iż zawiera on już głównie treści produkowane przez boty. Należałoby jednak raczej powiedzieć, że Internet jest obecnie nie tyle martwy, co zzombifikowany: tzn. jest w nim wciąż ogromna liczba ludzkich użytkowników, ale coraz więcej z nich traci wszelkie opory wobec bezrefleksyjnego reprodukowania treści stręczonych im przez boty.
Stąd wniosek, że - przy założeniu, iż jest to cel warty zachodu - Internet może stać się na powrót żywy jedynie wtedy, gdy krytyczna liczba jego ludzkich użytkowników nie tylko nauczy się niezawodnie rozpoznawać twórczość botów, ale też świadomie odmówi bycia ich biologicznym przedłużeniem. Byłaby to pokrzepiająca demonstracja faktu, że inteligencja istotnej liczby bywalców sieci jest nie sztuczna, ale jak najbardziej prawdziwa.
Stąd wniosek, że - przy założeniu, iż jest to cel warty zachodu - Internet może stać się na powrót żywy jedynie wtedy, gdy krytyczna liczba jego ludzkich użytkowników nie tylko nauczy się niezawodnie rozpoznawać twórczość botów, ale też świadomie odmówi bycia ich biologicznym przedłużeniem. Byłaby to pokrzepiająca demonstracja faktu, że inteligencja istotnej liczby bywalców sieci jest nie sztuczna, ale jak najbardziej prawdziwa.
Saturday, January 17, 2026
"Umysłowa kontrola" a umysłowa samodyscyplina
Nie ma i nigdy nie będzie żadnych technologii umożliwiających "czytanie w myślach" czy też deterministyczne (albo nawet obiektywnie probabilistyczne) przewidywanie przyszłości. Istnieją za to jak najbardziej technologie - bardzo notabene prymitywne co do trybu swojego działania - które wskutek nachalnego, agresywnego bodźcowania, masowego generowania komunikatów wykorzystujących tanie behawioralne sztuczki oraz zalewania środków masowego przekazu bezmiarem "zgnilizny mózgowej" mogą uczynić nieostrożnych ludzi coraz bardziej przewidywalnymi, impulsywnymi i szablonowymi w swych zachowaniach.
Nie należy się zatem absolutnie obawiać rzekomych hiperzaawansowanych narzędzi "kontroli umysłowej" mających się jakoby znajdować w rękach globalnych polityczno-korporacyjno-bezpieczniackich molochów. Chcąc jednak pozostawać maksymalnie niezależnym od wpływu owych molochów, należy mieć się na baczności przed dobrowolnym rozluźnieniem kontroli nad własnym umysłem, które to rozluźnienie może się niestety łatwo dokonać wskutek przewlekłego kontaktu z narzędziami nawet bardzo siermiężnymi, ale wyjątkowo natrętnymi i wszechobecnymi.
Innymi słowy, nie należy bać się tego, że algorytmiczne gadżety zdołają przeniknąć ludzki umysł i złamać ludzką wolę, gdyż są to wyłącznie strachy na lachy rodem z podrzędnej fantastyki naukowej. Należy za to strzec się scenariusza, w którym podobne gadżety zdołają rozmiękczyć ludzki umysł i zdegenerować ludzką wolę, bo to jest scenariusz nie fantastyczny, ale już w sporej mierze zrealizowany - a więc domagający się tym pilniejszego zatrzymania przez ogół ludzi trzeźwego umysłu i dobrej woli. Rzecz jedynie w tym, żeby w owym zatrzymywaniu zawsze pamiętać, że ma się do czynienia nie ze wszechpotężnym smokiem, tylko z masą dokuczliwych pcheł, do pokonania których wystarczy świadome zachowywanie higieny osobistej w wymiarze moralnym i duchowym.
Nie należy się zatem absolutnie obawiać rzekomych hiperzaawansowanych narzędzi "kontroli umysłowej" mających się jakoby znajdować w rękach globalnych polityczno-korporacyjno-bezpieczniackich molochów. Chcąc jednak pozostawać maksymalnie niezależnym od wpływu owych molochów, należy mieć się na baczności przed dobrowolnym rozluźnieniem kontroli nad własnym umysłem, które to rozluźnienie może się niestety łatwo dokonać wskutek przewlekłego kontaktu z narzędziami nawet bardzo siermiężnymi, ale wyjątkowo natrętnymi i wszechobecnymi.
Innymi słowy, nie należy bać się tego, że algorytmiczne gadżety zdołają przeniknąć ludzki umysł i złamać ludzką wolę, gdyż są to wyłącznie strachy na lachy rodem z podrzędnej fantastyki naukowej. Należy za to strzec się scenariusza, w którym podobne gadżety zdołają rozmiękczyć ludzki umysł i zdegenerować ludzką wolę, bo to jest scenariusz nie fantastyczny, ale już w sporej mierze zrealizowany - a więc domagający się tym pilniejszego zatrzymania przez ogół ludzi trzeźwego umysłu i dobrej woli. Rzecz jedynie w tym, żeby w owym zatrzymywaniu zawsze pamiętać, że ma się do czynienia nie ze wszechpotężnym smokiem, tylko z masą dokuczliwych pcheł, do pokonania których wystarczy świadome zachowywanie higieny osobistej w wymiarze moralnym i duchowym.
Labels:
kontrola,
technokracja,
technologia,
umysł,
wolna wola
Sunday, January 4, 2026
Nie ma żadnej drogi na skróty do trwałej wolności
Jeśli dany reżim jest na tyle przegniły i zdemoralizowany, że jego być albo nie być zależy od obecności jednego człowieka, pogardzanego już nawet w kręgach swoich najbliższych współpracowników, wówczas jego obalenie powinno dokonać się bez trudu na bazie oddolnej społecznej inicjatywy w postaci zmasowanych protestów. Wówczas naturalną konsekwencją owej oddolnej reżimowej zmiany może być pokojowe przekazanie władzy komuś, kto faktycznie cieszy się szerokim poparciem społeczeństwa i jest w stanie przysłużyć się trwałemu wyprowadzeniu go na prostą.
Jeśli natomiast punktem zapalnym procesu reżimowej zmiany staje się bezpieczniacka operacja zagranicznego pochodzenia z wyraźnym oligarchicznym interesem w tle, wówczas nowa władza, niezależnie od stopnia organicznego społecznego poparcia, działa w cieniu automatycznych podejrzeń o bycie pionkami obcych sił. To zaś stanowi wodę na młyn dla dotychczasowej nomenklatury i konkurencyjnych wobec niej mafijnych frakcji, prowadząc do przewlekłej wojny domowej - jeśli nie gorącej, to przynajmniej zimnej - i pełzającego instytucjonalnego rozkładu, tak doskonale znanego choćby z rozmaitych krajów na Bliskim Wschodzie, które też doświadczyły "wyzwolenia przez Wielkiego Brata".
Innymi słowy, nie ma żadnej drogi na skróty do wolności, sprawiedliwości i praworządności - a już zwłaszcza wtedy, gdy pierwszym krokiem na owej drodze jest zdarzenie, które zarówno na poziomie intencji, jak i na poziomie wykonania, ma z tymi pojęciami najwyżej incydentalny czy wręcz jedynie cyniczny związek.
Jeśli natomiast punktem zapalnym procesu reżimowej zmiany staje się bezpieczniacka operacja zagranicznego pochodzenia z wyraźnym oligarchicznym interesem w tle, wówczas nowa władza, niezależnie od stopnia organicznego społecznego poparcia, działa w cieniu automatycznych podejrzeń o bycie pionkami obcych sił. To zaś stanowi wodę na młyn dla dotychczasowej nomenklatury i konkurencyjnych wobec niej mafijnych frakcji, prowadząc do przewlekłej wojny domowej - jeśli nie gorącej, to przynajmniej zimnej - i pełzającego instytucjonalnego rozkładu, tak doskonale znanego choćby z rozmaitych krajów na Bliskim Wschodzie, które też doświadczyły "wyzwolenia przez Wielkiego Brata".
Innymi słowy, nie ma żadnej drogi na skróty do wolności, sprawiedliwości i praworządności - a już zwłaszcza wtedy, gdy pierwszym krokiem na owej drodze jest zdarzenie, które zarówno na poziomie intencji, jak i na poziomie wykonania, ma z tymi pojęciami najwyżej incydentalny czy wręcz jedynie cyniczny związek.
Subscribe to:
Comments (Atom)