Wednesday, July 22, 2026

Wolność słowa, vox populi i czatbotowa pulpa

Wszechobecność "sztucznointeligentnej" papki werbalnej oraz ochoczość, z jaką masy użytkowników Internetu posiłkują się jej generatorami, obnaża w bezprecedensowym stopniu fakt, iż możliwość publicznego wyrażania swojej opinii na rozmaite tematy nie jest wartością samą w sobie - staje się ona natomiast wręcz antywartością w momencie, gdy podobne opinie są wyrażane przez postacie funkcjonalnie niepiśmienne, a do takich zalicza się lwia część osób sięgających entuzjastycznie po czatbotowe protezy.

Z powyższego nie wynika rzecz jasna, jakoby wolność słowa nie była jedną z fundamentalnych wartości społecznych. Wynika z tego jednakże, iż wolność słowa z konieczności idzie w parze z zobowiązaniem do wykształcenia w sobie autentycznie własnego, indywidualnego głosu i stylu wypowiedzi odzwierciedlającego naszą niepowtarzalną osobowość i nasz unikatowy zbiór przekonań, który jesteśmy gotowi gruntownie uzasadnić i za który jesteśmy gotowi brać odpowiedzialność.

Tylko tak traktowana wolność słowa może bowiem nie dopuścić do zaistnienia sytuacji, w której domniemany vox populi staje się nieodróżnialny od ogłuszającego skrzekotu elektronicznych papug - a więc od wyjątkowo perfidnej formy wieży Babel, gdzie wszyscy zdają się mówić tym samym, automatycznie tłumaczonym językiem, ale język ten staje się nośnikiem groteskowej wręcz beztreściwości, wśród której ginie wszelka szansa nie tylko na odkrycie, ale nawet na zdefiniowanie prawdy (a zwłaszcza Prawdy przez wielkie P).

Monday, July 20, 2026

Wysokobudżetowy popkulturowy koń trojański i zgubna ideologiczna odyseja jego twórców

Hollywoodzką ekranizację "Troi", która weszła na ekrany kinowe 22 lata temu, można potraktować jako wysoce symboliczny znak czasu - otóż tzw. wysokobudżetowa popkultura była już podówczas pieczołowicie przygotowanym koniem trojańskim, ale jeszcze nie wydobyły się z niego rozsadniki topornego antycywilizacyjnego agitpropu. Stąd ową ekranizację szło się oglądać niejako z marszu, nie oczekując po niej niczego poza widowiskową rozrywką - i dokładnie to się otrzymywało.

Natomiast dzisiejszą niesławną ekranizację "Odysei" poprzedziła tak natarczywa i szydercza w swej wymowie kampania promocyjna, że już wyłącznie na jej bazie domyślnie chce się ten twór omijać szerokim łukiem - mimo że uczciwe recenzje sugerują, że jest on zwyczajnie nudny, rozwlekły i dialogowo siermiężny, a nie jakoś szczególnie zideologizowany. To zaś przywodzi na myśl kolejną wysoce symboliczną konstatację - otóż twórcy popkulturowego konia trojańskiego błąkają się obecnie po komercyjno-ideologicznych morzach i oceanach, nie wiedząc do końca, czy w większym stopniu służyć Mammonowi, czy Baalowi.

Najwyższa więc pora, by pomóc im rozwiązać ów dylemat i uwolnić ich od zgubnej służby obu tym bożkom, doprowadzając hollywoodzkie truchło do ostatecznego rozkładu wskutek jego konsekwentnego bojkotu, jawiącego się już dziś jako opcja standardowa i nieokupiona zupełnie żadnymi kosztami alternatywnymi. Wszakże nie godzi się przedłużać agonii tego, czego zasadniczym znakiem rozpoznawczym jest już wyłącznie epatowanie swymi przedśmiertnymi drgawkami.

Sunday, July 19, 2026

Mises, Rothbard i fundamenty "nauki o wolności"

Mises jest niewątpliwie znaczniejszym ekonomistą niż Rothbard, jako że ten drugi nie jest pionierem nowatorskich teorii, a jedynie (a w zasadzie aż) wybitnym kompilatorem, erudycyjnym syntetyzatorem i pomysłowym przyczynkarzem w najlepszym tego słowa znaczeniu. Niemniej Rothbard jako filozof i historyk idei zdaje się mieć trafniejsze intuicje od swojego mistrza w zakresie tego, na jakich pierwszych zasadach należy oprzeć kompleksową i interdyscyplinarną "naukę o wolności".

Mises to kantysta ulegający w ostatecznym rachunku sceptycyzmowi co do możliwości poznania "rzeczy samych w sobie". Rothbard to arystotelik podkreślający, że działanie to pomost między myślą a rzeczywistością, pozwalający na konkretne przekształcanie obiektywnie poznanego otaczającego świata. Dla Misesa prawa ekonomii to finalnie jedynie "prawa myśli". Dla Rothbarda to prawa rzeczywistości. Mises to etyczny subiektywista traktujący wszelkie wartości i powinności jako tożsame z indywidualnymi preferencjami, które nie poddają się naukowej ocenie. Rothbard to prawnonaturalista twierdzący, że obiektywne prawidła ekonomii i etyki wyrastają z tego samego prakseologicznego rdzenia. Mises traktuje rozważania metafizyczne i teologiczne jako badawczo nieprzenikalne. Rothbard upatruje w najbardziej niszczycielskich ideologiach herezji religijnych i przejawów metafizycznej pychy.

Podsumowując, ekonomia Rothbarda może być słusznie postrzegana jako jedynie (albo, znowu, aż) błyskotliwe rozwinięcie ekonomii Misesa, ale jego szersza intelektualna wizja wydaje się trafniej opisywać ogół powodów, dla których ludzkość samobójczo kopie pod sobą dołki, i trafniej przedstawiać ogół źródeł wiedzy, czerpanie z których jest konieczne, by przerwać tę spiralę autodestrukcji. Stąd można uznać, że Mises i Rothbard są równorzędnymi gigantami myśli, których dorobek jest nie tylko ponadczasowo aktualny, ale też coraz cenniejszy - co warto podkreślić zwłaszcza przy okazji stulecia tego drugiego, biorąc pod uwagę jego wciąż względnie mniejszą rozpoznawalność.

Friday, July 10, 2026

Szydercza parodia "Odysei" jako przejaw trwającego pędu ku duchowej autodestrukcji

Ewidentnie wydany został odgórny rozkaz, żeby we wszelkich kanałach informacyjnych rozpocząć zmasowaną kampanię marketingową filmu będącego podobno ekranizacją "Odysei", który to film już na długo przed wejściem na ekrany zdążył okryć się groteskową niesławą. Dość wspomnieć, że murzyńska aktorka ma w nim odgrywać rolę Heleny Trojańskiej, a więc postaci, której imię znaczy tyle, co "jasna" lub "świetlista" i której skóra jest opisywana w "Iliadzie" jako mająca kolor kości słoniowej.

Niemniej bardziej znamienny jest w tym kontekście charakter owej kampanii marketingowej. Otóż w dużej mierze nie tyle usiłuje ona zachęcać do obejrzenia wzmiankowanego filmu, co - idąc w zaparte - próbuje infantylnie i nieudolnie wyszydzać tych, którzy słusznie dopatrują się w nim niemal podręcznikowego wzorca "marksizmu popkulturowego". To zaś prowadzi do nieodkrywczego, ale dla wielu wciąż nie dość oczywistego wniosku - a mianowicie do konkluzji, iż tzw. wysokobudżetowy przemysł rozrywkowy już od dłuższego czasu nie dba o zarabianie pieniędzy czy wypracowywanie zysków. Co więcej - nie dba on już nawet o skuteczność w zakresie ideologicznego urabiania odbiorców, bo na chwilę obecną idzie on już wyraźnie pod prąd oddolnej reakcji globalnego społeczeństwa wobec jego nachalnych zapędów indoktrynacyjnych.

Co zatem jest jego celem? Otóż jest nim folgowanie czystej, bezinteresownej, wichrzycielskiej złośliwości - i pod tym względem nie różni się on niczym od obecnego świata tzw. globalnej polityki czy międzynarodowej biurokracji. Wszakże wojny wszczynane dziś przez rozmaitych politycznych decydentów nie mają żadnych konkretnych i konwencjonalnie korzystnych celów - ani materialnych, ani ideologicznych. Podobnie ma się rzecz z obostrzeniami narzucanymi przez rozmaite biurokratyczne koterie - wszystkie one zdają się być obliczone na maksymalnie małostkowe upokorzenie ich ofiar i żywicieli, co w ostatecznym rachunku jest długofalowo samobójcze z punktu widzenia przede wszystkim tychże koterii.

Innymi słowy, mamy dziś do czynienia z tak ogłupiałym, złośliwym, szyderczym i finalnie autodestrukcyjnym pędem po stronie wszelkiego autoramentu wpływowych grup decyzyjnych, że można go sensownie postrzegać wyłącznie w kategoriach metafizycznych i duchowych, streszczających się w tym przypadku w archetypicznej formule "nie będę służył" (tzn. będę psuł, mącił, niszczył, bałamucił i wykoślawiał, bo rdzeń mojej tożsamości stanowi bunt wobec obiektywnego porządku rzeczywistości).

To z kolei prowadzi do konstatacji, że również od wszystkich ludzi dobrej woli należy dziś oczekiwać odłożenia perspektywy materialnej czy ideologicznej na drugi bądź trzeci plan i traktowania służby obiektywnemu porządkowi rzeczywistości jako nadrzędnego celu samego w sobie. Tylko w ten sposób bowiem można wzbudzić w sobie dość motywacji, determinacji i hartu ducha, by ostatecznie i trwale pokonać opisany wyżej front złowrogich sił - zwłaszcza w sytuacji, gdy przeważająca część materialnych, organizacyjnych i instytucjonalnych zasobów znajduje się wciąż w jego rękach. Nic wszakże nie pozostało na tym etapie ogółowi ludzi dobrej woli, jak tylko albo z miejsca wywiesić białą flagę, albo iść do końca po całkowite zwycięstwo - jest to więc wybór tak oczywisty i wyrazisty, jak jeszcze nigdy dotąd.

Sunday, June 21, 2026

Pożądany schyłek ery reżimowych świętych krów

Odkładając na bok przepychanki orderowe jako przejaw spektaklu dla gawiedzi, należy docenić fakt, że w tzw. dyskursie publicznym nie ma już przynajmniej żadnych "świętych krów". Ściślej rzecz ujmując, żaden reżim nie może już liczyć na to, że będzie się go zagłaskiwać w oparciu o czarnoksięskie uniwersalne wytrychy takie jak "interesy geopolityczne", "krzywdy historyczne", "systemowy rasizm" czy też inny anty-izm, zwłaszcza jeśli zachowuje się on w sposób wyjątkowo i niemal rozmyślnie arogancki wobec swoich domniemanych sojuszników.

Nie ma w tym kontekście znaczenia to, czy dany reżim znajduje się we wschodniej Europie, czy na Bliskim Wschodzie, ani też to, czy jego, zdawałoby się, kluczowy sojusznik znajduje się w jego bezpośrednim sąsiedztwie, czy za oceanem. Grunt za to w tym, żeby wszyscy ludzie dobrej woli jak najszybciej i jak najskuteczniej doprowadzili wszystkie pasożytujące na nich reżimy do materialnego bankructwa - biorąc pod uwagę, że ich ostateczne bankructwo intelektualne i moralne jest już dla nich przypuszczalnie aż nadto widoczne.

Wednesday, June 17, 2026

Wirtualne bilionowe fortuny, banki centralne, pieniądz dekretowy i reżimowy protekcjonizm

Jeśli ktoś boczy się na istnienie bilionerów (czy, z angielska, trylionerów), należy zapytać go o to, czy jeszcze bardziej boczy się na istnienie pieniądza dekretowego (pieniądza tworzonego wskutek decyzji politycznych pod postacią czysto wirtualnych wpisów księgowych), banków centralnych (centralnoplanistycznych politbiur do spraw zdalnego sterowania stopami procentowymi i podażą pieniądza) i reżimowego protekcjonizmu w postaci grantów, subsydiów, kontraktów rządowych i kredytu z powietrza dla firm odpowiednio skoligaconych z czynnikami reżimowymi.

Jako że bowiem powyższe zjawiska instytucjonalne są w obecnym świecie warunkiem koniecznym zaistnienia bilionerów, chęć wywłaszczenia tych ostatnich przy jednoczesnym braku elementarnej wiedzy na temat procesów polityczno-gospodarczych, które w niemerytokratyczny sposób sprzyjają wykładniczemu rozdymaniu największych z wirtualno-giełdowych fortun, świadczy wyłącznie o bezwstydnej ekonomicznej ignorancji połączonej z hołdem składanym zawiści, roszczeniowości i próżniactwu.

Wednesday, June 10, 2026

Samozwańczy artyści żądający subsydiów powinni się cieszyć, gdy spotyka ich zaledwie ostracyzm

Gdybyśmy żyli w społeczeństwie opartym na prawie talionu, to zdecydowaną większość samozwańczych artystów najbardziej zuchwale domagających się możliwości systemowego pasożytowania na cudzej produktywności należałoby nie tylko kategorycznie odciąć od wszelkich tego rodzaju sposobności, ale też nałożyć na nich kary wprost proporcjonalne do intensywności, z jaką oszpecają oni przestrzeń publiczną swoją "twórczością" i zohydzają kulturę swoim ideologicznym wandalizmem.

Jako że jednak żyjemy w społeczeństwie, które przynajmniej deklaratywnie odrzuca zasadę talionu na rzecz zasady miłości bliźniego, zupełnie wystarczające jest w tym kontekście wymuszenie na nich działania zgodnie z uczciwymi regułami rynkowej konkurencji i poddawanie ich bezpardonowemu ostracyzmowi w takim stopniu, w jakim jakość ich twórczości urąga inteligencji, sumieniu i poczuciu dobrego smaku jej zamierzonych odbiorców. Więcej nie trzeba, by synowie marnotrawni opamiętali się i poszli po rozum do głowy, jeśli nie chcą, aby dosięgły ich nieodwołalne wyroki sprawiedliwości poetyckiej.

Saturday, May 30, 2026

Artystyczny głód jako najlepsze lekarstwo na tandetę i groteskę tzw. sztuki współczesnej

Biorąc pod uwagę, jak tragikomicznym zjawiskiem jest zdecydowana większość tzw. sztuki współczesnej, która w swej toporności nie tylko już od dawna nie umie zachwycać, ale też w swym kabotyństwie nie umie już nawet kontestować, kategoryczne odcięcie jej od wszelkiego reżimowego finansowania jest bezwzględnie konieczną dozą gorzkiego i otrzeźwiającego lekarstwa.

Innymi słowy, w świetle tego, w jak głęboki odmęt tandetnego ideologicznego odrealnienia zabrnęli na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat tzw. artyści, przysłowie o tym, że tylko artysta głodny jest wiarygodny, nigdy nie było prawdziwsze - nic bowiem lepiej od artystycznego głodu nie przypomina, że odbiorca sztuki ma być nie mimowolnym żywicielem, którego szyderczo obrzuca się materiałami fizjologicznymi, tylko zadowolonym klientem, który chętnie płaci za możliwość obcowania z obiektywnym pięknem.

Monday, May 25, 2026

Encyklika o czatbotach brzmiąca jak ich twórczość

Najnowsza watykańska encyklika o "sztucznej inteligencji" prezentuje się mniej więcej jak rezultat poproszenia czatbota o połączenie raportu ONZ-owskiej biurokracji, manifestu coacha od "dobrostanu psychicznego" i dyżurnego popularnonaukowego artykułu prasowego o "możliwościach i zagrożeniach AI", a następnie upstrzenie powstałej miszkulancji losowymi cytatami biblijnymi, paroma kurtuazyjnymi odniesieniami do św. Augustyna i św. Tomasza oraz obowiązkowo licznymi nawiązaniami do dziedzictwa rewolucji lat 60-tych ("punktu zwrotnego w samoświadomości Kościoła wobec świata współczesnego" [cytat dosłowny]).

Innymi słowy, tekst ten wykazuje niewątpliwie bliskie związki ze zjawiskiem "sztucznej inteligencji", choć raczej nie do końca w sposób, jakiego życzyliby sobie jego autorzy - czy, ściślej rzecz ujmując, jego żyranci. Jest to również, nie da się ukryć, znaczący signum temporis, wymownie kontrastujący absolutnie unikatowe przesłanie odwiecznego Logosu, nauczającego przede wszystkim o "quattuor novissima" (śmierci, sądzie, niebie i piekle), z cyrklowo-węgielnicową paplaniną o "różnorodności, inkluzywności, dialogu, multilateralizmie i powszechnym braterstwie", którą rozmaite czatboty mogą wytwarzać w sposób doskonale sztampowy, masowy i taśmowy. Sic transit gloria mundi - wobec czego tym bardziej, świadomiej i niezłomniej wypada być contra mundum.

Sunday, May 24, 2026

Generatywna "AI" jako antyplatoński ideał banału

Jako że tzw. generatywna AI "uczy się" na bazie sprowadzania ogromnych zasobów danych do najprostszego wspólnego mianownika, zaś - biorąc pod uwagę swoją zdolność do zalewania Internetu nieograniczoną ilością algorytmicznych bohomazów i cyfrowej makulatury - z czasem w coraz większym stopniu zaczyna "uczyć się" od samej siebie, można skonkludować, iż dąży ona asymptotycznie do antyplatońskiego ideału form wyrażających nie doskonałą głębię oryginalnej twórczości, ale doskonałą banalność sztampowej odtwórczości.

Innymi słowy, bycie możliwie bezbłędnie i natychmiastowo odróżnialnym od "dzieł" tzw. generatywnej AI powinno być dziś traktowane jako jedno z bazowych kryteriów jakości przez wszystkich przedstawicieli tzw. branż kreatywnych. Strach natomiast przed tym, że będzie się pozbawionym źródła zarobkowania przez automatyczne generatory wzorcowej nijakości i chałtury, powinien być traktowany jako jeden z bazowych wyznaczników tego, że "artysta" go odczuwający nie jest przekonany, czy ma do zaoferowania cokolwiek poza nijakością i chałturą. Quod erat demonstrandum.

Monday, April 27, 2026

Przekraczanie zasad rządzących rzeczywistością jako punkt zbieżny wszystkich wielkich manowców

Wiele wskazuje na to, że w historii ludzkości definitywnie zakończył się już etap wymyślania wszelkiego rodzaju nowatorskich, przełomowych czy rewolucyjnych idei filozoficznych, politycznych, społecznych i religijnych. Rozpoczął się za to etap, w którym ludzkość wystawiona jest na działanie bezustannego informacyjnego szumu zawierającego w sobie spauperyzowane, populistyczne wersje wszystkich znaczących tego rodzaju idei lub ich rozmaitych połączeń.

Kluczowym zadaniem wydaje się w tym kontekście stosowanie reguł heurystycznych pozwalających niezawodnie identyfikować te idee, które są jednoznacznie szkodliwe, niebezpiecznie zwodnicze i wyjątkowo destrukcyjne. Naczelną zaś spośród owych reguł zdaje się być ta, która nieomylnym kryterium rozpoznawania szczególnie trefnych wymysłów czyni ich sprowadzalność do tego, co można by określić mianem "pierwiastka lucyferycznego" - to jest przekonania, że miarą samodoskonalenia jest przekraczanie zasad rządzących rzeczywistością (czyli, używając klasycznej formuły, stanowienie o dobru i złu).

Gdy tylko przemyśli się to kryterium wystarczająco dogłębnie, bez trudu można następnie odkryć nadzwyczaj wyraźny wspólny mianownik wszystkich najbardziej fatalnych manowców, w jakie zabrnęła kiedykolwiek ludzkość, w swoich odmianach zarówno świeckich, jak i duchowych (lub też łączących mniej lub bardziej widocznie obie te płaszczyzny). Oto dość wymowna - choć w żadnym wypadku nie wyczerpująca - lista podobnych bałamuctw:

1. Wszelkiego rodzaju gnoza, sugerująca, że kategorie prawdy i fałszu, dobra i zła, przyczyny i skutku, winy i kary itp. są przeznaczone wyłącznie dla maluczkich, podczas gdy samozwańcza elita "oświeceńców" wznosi się ponad nie i wykorzystuje je wyłącznie instrumentalnie, podporządkowując rzeczywistość dyktatowi swojej woli wyposażonej w moc "tajemnej wiedzy".

2. Wszelkie odmiany manicheizmu, który głosi, że dobro i zło oraz byt i niebyt są równorzędnymi i równoprawnymi kategoriami, a zatem należy służyć im obu jednocześnie, żeby pozostawać w bezpiecznym stanie rzekomej ontologicznej i etycznej równowagi. Jego najpopularniejszą nowożytną postacią jest oczywiście jungizm, który w ramach dbania o "rozwój samoświadomości" postuluje nie zwalczenie w sobie zła, ale obłaskawienie go i zintegrowanie się z nim.

3. Kwietystyczny pseudomistycyzm twierdzący, że postrzegalna rzeczywistość - zwłaszcza w wymiarze materialnym - jest iluzją, od której trzeba się uwolnić obojętniejąc na wszelkie jej przejawy do tego stopnia, by ulec całkowitej depersonalizacji umożliwiającej rozpłynięcie się w "błogim niebycie".

4. Wszelkiego autoramentu "dialektyka" (w znaczeniu nowożytnym), zgodnie z którą zderzanie przeciwstawnych sobie jakości prowadzi do powstania doskonalszej od nich obu "nadjakości" czy też "syntezy". A zatem: konfrontacja prawdy i fałszu ma prowadzić do odkrycia "nadprawdy", konfrontacja dobra i zła ma pozwolić na sięgnięcie szerszej perspektywy znajdującej się poza dobrem i złem itd. W wymiarze intelektualnym najpopularniejszą odmianą dialektyki jest heglizm, ufundowany na negacji klasycznych zasad logiki, zaś w wymiarze politycznym - marksizm, ufundowany na negacji współpracy jako głównej siły napędowej rozwoju społecznego.

5. Rozmaicie pojmowany "postmodernizm", którego rdzeniem jest przekonanie, że zasadnicze kategorie intelektualne, moralne, estetyczne i egzystencjalne są nieskończenie płynne, w związku z czym najlepszym, co ludzkość może uczynić, jest oddawanie się bezustannemu i całkowicie jałowemu "dialogowi" w duchu "różnorodności i inkluzywności". Innymi słowy, "postmodernizm" jest niczym innym, jak tylko rozmiękczoną i wykastrowaną formą "dialektyki", która jednakowoż jest nie mniej skuteczna w zakresie znieczulania swoich ofiar na wymogi logiki.

6. Tzw. transhumanizm, czyli topornie materialistyczno-technokratyczna gnoza dla mas, obiecująca wyzwolenie z okowów przyrodzonej ludzkiej natury dzięki zniesieniu granic między człowiekiem a maszyną, a więc bycie nie tyle "jak bogowie", co jak cybernetyczne bałwany.

7. Wszelkie nieprzeliczone "współczesne" odpowiedniki powyższych doktryn, włączając w to choćby tzw. symulacjonizm (czyli popkulturową wersję kwietystycznego pseudomistycyzmu połączonego z "transhumanizmem"), tzw. intersekcjonalną teorię krytyczną (czyli marksizm przeszczepiony na grunt szeroko rozumianej kultury i tożsamości) i radykalny ekologizm (czyli próbę zatarcia granic między światem człowieka a światem natury na przekór przykazaniu "czynienia sobie ziemi poddaną").

Podsumowując, jakkolwiek gatunkowo rozmnożone, koncepcyjnie nieprzejrzyste i natrętnie stręczone byłyby rzeczone bałamuctwa, można je wszystkie błyskawicznie przejrzeć mając świadomość ich wspólnej lucyferycznej podstawy, polegającej na nakłanianiu człowieka do intelektualnego, moralnego i duchowego samobójstwa, które wtórnie skutkuje społeczną, gospodarczą i kulturową autodestrukcją. Przejrzawszy je zaś, można skutecznie opędzać się od ich wpływu i równie skutecznie przestrzegać przed nim bliźnich, w czym powinni celować wszyscy ludzie dobrej woli, zwłaszcza mający powołanie do pracy w świecie idei.

Wednesday, April 22, 2026

Burzliwe losy "AI", czyli krótka droga od bożka postępu do głównego rozsadnika masowej chałtury

Znaczenie terminu "AI" przeszło na przestrzeni raptem kilku lat bardzo znamienną metamorfozę - jeszcze chwilę temu wypowiadano to słowo z niemal nabożną czcią, traktując je jako synonim rzekomego wykładniczego technologicznego postępu. Obecnie natomiast jest ono w większości przypadków tożsame z masowo produkowaną cyfrową tandetą - do tego stopnia, że skomentowanie jakiegoś tworu tekstowego, graficznego lub dźwiękowego określeniem "AI" kwalifikuje go niemal niezawodnie do kategorii spamu, który albo należy ignorować, albo wręcz czynnie zwalczać i blokować.

Co ciekawe i skądinąd pokrzepiające, zjawisko to działa również w drugą stronę: otóż skomentowanie danego tworu tekstowego, graficznego lub dźwiękowego sformułowaniem "to na pewno nie AI" sugeruje, że może być on godny większej uwagi, a przynajmniej nie zasługuje na bezzwłoczne skasowanie. Umiarkowanie optymistyczny wniosek jest tu zatem taki, że w konfrontacji z masową produkcją wytworów groteskowo wręcz odczłowieczonych ludzkość zaczęła, często bezwiednie, w nowy sposób doceniać swoje człowieczeństwo i jego unikatowy charakter. To zaś pozwala domniemywać, że - wbrew bezustannym wysiłkom domorosłych "rządców tego świata" - finalne zabicie człowieka w człowieku jest jednak dużo trudniejsze, niż im się zdawało.

Monday, April 13, 2026

Pycha kroczy przed upadkiem, czyli mesjańskie deklaracje jako przejaw schyłkowej formy obłędu

Pomarańczowy człowiek zupełnie otwarcie ogłosił się Mesjaszem - tzn. w takim stopniu, w jakim jednoznaczne deklaracje można wyrażać w formie obrazkowej. Jest to niemniej oświadczenie w gruncie rzeczy przewidywalne i wpisujące się w mesjańską narrację uprawianą już od dłuższego czasu przez jego środowisko polityczno-religijne.

Wszakże jego najważniejszy sojusznik, pan BN, raczył zauważyć miesiąc temu, że kampania irańska zwiastuje "powrót Mesjasza". Co jeszcze istotniejsze, członkowie ogromnie wpływowej kabalistycznej sekty Chabad Lubawicz uwielbiają podkreślać, że ich najwyższy przywódca i niekwestionowany duchowy autorytet, Menachem Mendel Schneerson, poinformował pana BN o zleconej mu przez Boga szczególnej misji - misji przygotowania gruntu pod nadejście Mesjasza i przekazania mu berła władzy nad światem.

O jakim "Bogu" tutaj mowa, nietrudno się domyślić - i chyba nawet "sztuczna inteligencja", która zmajstrowała mesjański wizerunek pomarańczowego człowieka, wykazała się w tym kontekście nadzwyczajną prawdomównością, umieszczając w tle cień postaci budzącej skojarzenia z rogatym aniołem. Jak by wszakże nie było, całą rzecz pozostaje skwitować stwierdzeniem: "Pan Bóg (prawdziwy, nie ten czczony przez domorosłych "możnych tego świata") nierychliwy, ale sprawiedliwy". Warto też pamiętać, jaki los czekał żonę rybaka z powszechnie znanej baśni o złotej rybce, gdy ta, będąc już cesarzem i papieżem, zażyczyła sobie być Panem Bogiem.

Sic semper transit gloria mundi - tyle że w końcu Panu Bogu zabraknie cierpliwości i uwolni raz na zawsze ludzi dobrej woli od wszelkich "żon rybaka" i ich obłędnych kaprysów. I choć nikt na ziemi "nie zna dnia ani godziny", widząc to, co wyprawia ta czereda równie butnych co bezrozumnych opętańców, coraz częściej ciśnie się na usta: oby jak najszybciej.

Sunday, March 22, 2026

Różne formy zabobonności na przestrzeni epok i odpowiednie sposoby radzenia sobie z nimi

Człowiek starożytny wierzył we wszelkiego rodzaju zabobony magiczne, ale ostatecznie ratowało go to, że szczerze dążył do prawdy większej od swoich fantazji.

Człowiek nowożytny wierzył we wszelkiego rodzaju zabobony ideologiczne, ale ostatecznie ratowało go to, że szczerze dążył do celu większego od swoich zachcianek.

Człowiek współczesny wierzy we wszelkiego rodzaju zabobony magiczno-ideologiczne - i ostatecznie pogrąża go to, że szczerze pławi się w samozadowoleniu równie skarlałym, co ogół jego fantazji i zachcianek.

Stąd pierwszego ocaliła wnikliwość rozumu, drugiego - dyscyplina woli, zaś ostatniego może ocalić jedynie wnikliwa i zdyscyplinowana świadomość swojej obecnej bezmyślności i tandety.

Monday, March 16, 2026

Irańska granda jako koło ratunkowe dla dyktatur

Granda irańska stanowi kolejny z nieskończonej serii dowodów na to, że wszystkie represyjne reżimy tego świata grają w ostatecznym rachunku do tej samej bramki i konstytuują obecnie jednolity globalny "system bestii". Wszakże wzmiankowana draka, wszczęta przez oś Waszyngton-Tel Awiw, przyczyniła się przede wszystkim do:

1. Wzmocnienia dyktatury teherańskiej, która - pod pretekstem obrony przed dywersją finansowaną przez zewnętrznych agresorów - uzyskała szeroki mandat społeczny do bezwzględnego tłamszenia wszelkiego rodzaju oddolnych protestów.

2. Wzmocnienia dyktatury kremlowskiej, która w sposób oczywisty korzysta na wysokich cenach ropy, wywindowanych wskutek zablokowania cieśniny Ormuz.

3. Wzmocnienia dyktatury pekińskiej, która, w świetle pogłębiającego się zaangażowania amerykańskich zasobów wojskowych na Bliskim Wschodzie, może wywierać coraz silniejszy nacisk na Tajwan i konsolidować swoje wpływy w obszarze indo-pacyficznym.

Podsumowując, nigdy nie dość podkreślania tego, co powinno być już od dawna oczywiste dla ogółu ludzi dobrej woli: nie ma już dziś żadnego geopolitycznego sporu między jakimkolwiek "imperium dobra" a jakąkolwiek "osią zła". Jest za to jedynie międzynarodowy układ diabelskich koterii, które - miotając się w coraz bardziej autodestrukcyjny sposób - usiłują z czystej złośliwości pociągnąć za sobą na dno jak najliczniejsze rzesze zwykłych ludzi powodowanych strachem, naiwnością lub fatalnie wykoślawionym instynktem przetrwania.

Tym samym jeszcze bardziej oczywista powinna być dziś konstatacja głosząca: "jeśli chcesz pokoju, trwaj w pokoju", nie dając się wmanewrować w jakiekolwiek domniemane "koalicje w słusznej sprawie". Wtedy i tylko wtedy - łącząc bezwarunkową pryncypialność z głębokim pragmatyzmem - zachowa się szansę na pozostanie wyspą względnej normalności wśród dymiących ruin samobójczego obłędu.

Wednesday, March 11, 2026

Chrześcijański syjonizm, czyli fałszywa, zgubna teologia w służbie agresywnej plemiennej polityki

Dlaczego nie tylko w wymiarze teologicznym, ale również na płaszczyźnie całkowicie praktycznej i doczesnej, istotne jest konsekwentne podkreślanie, że starotestamentowe przymierze ze starożytnymi Hebrajczykami zostało dopełnione poprzez zbawczą misję Chrystusa, a tym samym zastąpione przymierzem ze wszystkimi ludźmi należącymi do Kościoła Powszechnego i godnie uczestniczącymi w życiu sakramentalnym?

Jest tak już choćby dlatego, iż twierdzenie, jakoby po dziś dzień istniały dwa równoległe przymierza Boga z ludzkością, stanowi wodę na młyn dla wyjątkowo niebezpiecznych herezji takich jak tzw. chrześcijański syjonizm, który głosi, że realizację politycznych interesów państwa Izrael należy utożsamiać z przyspieszaniem momentu powtórnego przyjścia Chrystusa. Biorąc zaś pod uwagę, że całkowite urzeczywistnienie bieżących politycznych ambicji tegoż państwa grozi pełnowymiarową wymianą nuklearną, "chrześcijański syjonizm" można nazwać z pełną odpowiedzialnością herezją apokaliptyczną, choć wiodącą zdecydowanie nie do takiego rozstrzygnięcia, jakiego oczekiwaliby jej wyznawcy.

Rzecz jasna równie niebezpieczną ideologią byłby hipotetyczny "chrześcijański mahdyzm" głoszący, że warunkiem koniecznym paruzji jest realizacja politycznych celów Iranu bądź jakiegokolwiek innego państwa islamskiego. Niemniej, jako że spośród wszelkich politycznych mesjanizmów wykoślawiona interpretacja Nowego Testamentu sprzyja na chwilę obecną w sposób szczególny mesjanizmowi talmudycznemu (biorąc pod uwagę stopień poparcia dla niego wśród przedstawicieli reżimu zawiadującego najpotężniejszą armią świata), to zwłaszcza ten ostatni należy dziś obnażać jako nie mający nic wspólnego ani z treścią Ewangelii, ani z tradycją Kościoła.

Powinno być to skądinąd o tyle oczywiste, o ile żadnego politycznego mesjanizmu ani nacjonalistycznego tryumfalizmu nie da się pogodzić z biblijnym wezwaniem do nie pokładania ufności w człowieku, a już tym bardziej w ludzkich "książętach". Niemniej w świecie permanentnej wojny dezinformacyjnej nawet, a może zwłaszcza takie oczywistości należy przypominać z wyjątkową determinacją - już choćby po to, by choć w minimalnym stopniu zmniejszyć prawdopodobieństwo tak niefortunnego obrotu spraw, że w jego wyniku nikt nie będzie już w stanie niczego nikomu przypomnieć.

Wednesday, February 4, 2026

Konieczność bycia doskonałym w duchowej walce przeciw skrajnemu złu globalnych decydentów

Dość nieoczywistym dowodem na to, że w większości ludzi ciągle przynajmniej tli się dobra (choć skażona) natura, jest powszechne wciąż niedowierzanie, iż samozwańcze "elity" globalnych decydentów mogą być tak skrajnie, wręcz karykaturalnie złe i wynaturzone.

Otóż rzecz nie powinna być zaskakująca dla nikogo, kto pojmuje duchowy kształt obecnego świata, który jasno opisuje choćby 10-ty ustęp 6-go rozdziału Listu do Efezjan czy też 3-ci ustęp 4-go rozdziału 2-go Listu do Koryntian. Obecnie nadarza się więc znakomita okazja, by tę wiedzę sobie przypomnieć i utrwalić, lub też może zdobyć ją dopiero po raz pierwszy.

Jest ona bowiem kluczowa w zakresie ożywiania i hartowania w sobie wyżej wspomnianej dobrej natury, a tym samym wydobywania się z "matriksa", który został z wyrachowaniem zbudowany przez rzeczonych "globalnych decydentów" oraz ich mniej lub bardziej świadomych służących.

Wydobywszy się zaś z niego, można jasno zdać sobie sprawę, że tej skali zdeprawowania mającego na podorędziu wszelkie środki i wpływy może się skutecznie przeciwstawić wyłącznie niezłomny front tych, którzy całkowicie dosłownie traktują powołanie do "bycia doskonałymi, jak doskonały jest Ojciec nasz niebieski". Oby więc, w konfrontacji z tak wyrazistym obnażeniem natury i natężenia toczącej się duchowej walki, front ten zaczął rosnąć w tempie prawdziwie wykładniczym.

Monday, February 2, 2026

"Osuszanie bagna" jako operacja psychologiczna

Treść kolejnej porcji "korespondencji z Wysp Dziewiczych" nie powinna zaskakiwać nikogo, kto miał już wcześniej baczenie na naturę wzmiankowanego w niej towarzystwa. Niemniej warto wspomnieć w tym kontekście o tym, jak łatwo system zawiadywany przez owe odrażające figury przedłuża swoje istnienie wodząc masy za nos perspektywą "osuszenia bagna" przez tego bądź innego domniemanego "rycerza na białym koniu".

Kluczowym przykładem jest tu niesławny "ruch Q", który od samego początku nosił znamiona typowej agenturalnej operacji psychologicznej. Owe operacje psychologiczne mają bowiem to do siebie, że najpierw bulwersują społeczeństwo wybiórczym ujawnianiem prawdy, a potem je pacyfikują fałszywymi obietnicami rozwiązania problemu. I tak doniesienia o tym, że globalny system znajduje się w rękach szajki diabolicznych dewiantów, były prawdziwe (o czym zresztą można było domniemywać już na długo wcześniej), ale stwierdzenie, że pomarańczowe indywiduum jest Wallenrodem, któremu nie należy przeszkadzać w naprawianiu systemu od wewnątrz, było oczywistym pacyfikacyjnym fałszem.

W dobie Internetu tego rodzaju przedsięwzięcia są naturalnym przedłużeniem zwyczajnej partyjno-wyborczej zasady "dziel i rządź", zwłaszcza jeśli system znajduje się już w schyłkowej fazie gnilnej. Należy mieć zatem nadzieję, że tak obfita dokumentacja faktu, iż wszelcy celebryccy "Wallenrodowie" są w rzeczywistości wiernymi "członkami klubu", ostatecznie przekona masy, że tak zgangrenowanego "porządku świata" nie da się w żaden sposób uzdrowić. Trzeba zamiast tego - jak to ma miejsce w kontakcie z terminalnie zakażonym organizmem - jak najściślej się od niego odciąć, podkreślając konsekwentnie, że nie chce się żadnych fruktów od jakichkolwiek "globalnych ośrodków wpływu" ani też od ich lokalnych wasali.

Jest to jedyny sposób, żeby z jednej strony ukrócić pasożytnicze możliwości owego organizmu, a z drugiej strony odzyskać zdolności organizacyjne w tych wymiarach i na tych płaszczyznach, gdzie faktycznie mogą one zabezpieczać ludzką wolność i godność - tzn. w obrębie rodzin, lokalnych wspólnot, klubów samopomocy czy politycznie niezależnych fundacji oraz związków wyznaniowych. Tylko tyle i aż tyle pozostało ludziom dobrej woli w tak duchowo zdegradowanym świecie, w jakim obecnie się znajdujemy, i tylko idąc tą drogą można liczyć na wyjście obronną ręką z okresu dotkliwego oczyszczenia, które nieuchronnie musi się dokonać.

Friday, January 30, 2026

Martwy Internet to objaw braku żywej inteligencji

Coraz więcej osób zdaje się przychylać do stanowiska, że Internet stał się martwy wskutek tego, iż zawiera on już głównie treści produkowane przez boty. Należałoby jednak raczej powiedzieć, że Internet jest obecnie nie tyle martwy, co zzombifikowany: tzn. jest w nim wciąż ogromna liczba ludzkich użytkowników, ale coraz więcej z nich traci wszelkie opory wobec bezrefleksyjnego reprodukowania treści stręczonych im przez boty.

Stąd wniosek, że - przy założeniu, iż jest to cel warty zachodu - Internet może stać się na powrót żywy jedynie wtedy, gdy krytyczna liczba jego ludzkich użytkowników nie tylko nauczy się niezawodnie rozpoznawać twórczość botów, ale też świadomie odmówi bycia ich biologicznym przedłużeniem. Byłaby to pokrzepiająca demonstracja faktu, że inteligencja istotnej liczby bywalców sieci jest nie sztuczna, ale jak najbardziej prawdziwa.

Saturday, January 17, 2026

"Umysłowa kontrola" a umysłowa samodyscyplina

Nie ma i nigdy nie będzie żadnych technologii umożliwiających "czytanie w myślach" czy też deterministyczne (albo nawet obiektywnie probabilistyczne) przewidywanie przyszłości. Istnieją za to jak najbardziej technologie - bardzo notabene prymitywne co do trybu swojego działania - które wskutek nachalnego, agresywnego bodźcowania, masowego generowania komunikatów wykorzystujących tanie behawioralne sztuczki oraz zalewania środków masowego przekazu bezmiarem "zgnilizny mózgowej" mogą uczynić nieostrożnych ludzi coraz bardziej przewidywalnymi, impulsywnymi i szablonowymi w swych zachowaniach.

Nie należy się zatem absolutnie obawiać rzekomych hiperzaawansowanych narzędzi "kontroli umysłowej" mających się jakoby znajdować w rękach globalnych polityczno-korporacyjno-bezpieczniackich molochów. Chcąc jednak pozostawać maksymalnie niezależnym od wpływu owych molochów, należy mieć się na baczności przed dobrowolnym rozluźnieniem kontroli nad własnym umysłem, które to rozluźnienie może się niestety łatwo dokonać wskutek przewlekłego kontaktu z narzędziami nawet bardzo siermiężnymi, ale wyjątkowo natrętnymi i wszechobecnymi.

Innymi słowy, nie należy bać się tego, że algorytmiczne gadżety zdołają przeniknąć ludzki umysł i złamać ludzką wolę, gdyż są to wyłącznie strachy na lachy rodem z podrzędnej fantastyki naukowej. Należy za to strzec się scenariusza, w którym podobne gadżety zdołają rozmiękczyć ludzki umysł i zdegenerować ludzką wolę, bo to jest scenariusz nie fantastyczny, ale już w sporej mierze zrealizowany - a więc domagający się tym pilniejszego zatrzymania przez ogół ludzi trzeźwego umysłu i dobrej woli. Rzecz jedynie w tym, żeby w owym zatrzymywaniu zawsze pamiętać, że ma się do czynienia nie ze wszechpotężnym smokiem, tylko z masą dokuczliwych pcheł, do pokonania których wystarczy świadome zachowywanie higieny osobistej w wymiarze moralnym i duchowym.

Sunday, January 4, 2026

Nie ma żadnej drogi na skróty do trwałej wolności

Jeśli dany reżim jest na tyle przegniły i zdemoralizowany, że jego być albo nie być zależy od obecności jednego człowieka, pogardzanego już nawet w kręgach swoich najbliższych współpracowników, wówczas jego obalenie powinno dokonać się bez trudu na bazie oddolnej społecznej inicjatywy w postaci zmasowanych protestów. Wówczas naturalną konsekwencją owej oddolnej reżimowej zmiany może być pokojowe przekazanie władzy komuś, kto faktycznie cieszy się szerokim poparciem społeczeństwa i jest w stanie przysłużyć się trwałemu wyprowadzeniu go na prostą.

Jeśli natomiast punktem zapalnym procesu reżimowej zmiany staje się bezpieczniacka operacja zagranicznego pochodzenia z wyraźnym oligarchicznym interesem w tle, wówczas nowa władza, niezależnie od stopnia organicznego społecznego poparcia, działa w cieniu automatycznych podejrzeń o bycie pionkami obcych sił. To zaś stanowi wodę na młyn dla dotychczasowej nomenklatury i konkurencyjnych wobec niej mafijnych frakcji, prowadząc do przewlekłej wojny domowej - jeśli nie gorącej, to przynajmniej zimnej - i pełzającego instytucjonalnego rozkładu, tak doskonale znanego choćby z rozmaitych krajów na Bliskim Wschodzie, które też doświadczyły "wyzwolenia przez Wielkiego Brata".

Innymi słowy, nie ma żadnej drogi na skróty do wolności, sprawiedliwości i praworządności - a już zwłaszcza wtedy, gdy pierwszym krokiem na owej drodze jest zdarzenie, które zarówno na poziomie intencji, jak i na poziomie wykonania, ma z tymi pojęciami najwyżej incydentalny czy wręcz jedynie cyniczny związek.