Sunday, September 19, 2021

Moralny infantylizm a chęć eliminacji cierpienia

Jednym z głównych fundamentów powszechnego dziś moralnego infantylizmu jest przekonanie, że najgorszą rzeczą na świecie jest cierpienie i że brak cierpienia jest tożsamy z dobrym życiem. Tymczasem, o ile wielkim złem jest rzeczywiście celowe zadawanie cierpienia, o tyle godne przyjmowanie cierpienia jest często najskuteczniejszym zabezpieczeniem przed czymś znacznie gorszym - przed miałkim samozadowoleniem uniemożliwiającym formowanie sumienia, hartowanie charakteru i dyscyplinowanie woli, czyli zjawiska niezbędne do nabycia umiejętności moralnie słusznego postępowania.

W rezultacie świat pełen "etyków", "doradców osobistych" i "terapeutów dusz" perorujących na okrągło o "byciu sobą", "kochaniu siebie" i "dbaniu o swój holistyczny dobrostan" to jednocześnie świat pełen moralnych inwalidów, którzy, nie umiejąc godnie przyjąć cierpienia, bezrefleksyjnie akceptują każdą stręczoną im wymówkę do cierpiętnictwa, twierdząc, że na każdym kroku satysfakcję z życia odbiera im "mowa nienawiści", "toksyczny patriarchat", "systemowy rasizm", "ekologiczna katastrofa" czy któryś z tysiąca innych ideologiczno-popkulturowych straszaków.

Innymi słowy, jeśli ktoś uwierzy, że warunkiem dobrego życia jest możliwość uniknięcia niesienia życiowego krzyża, ten prędzej czy później za krzyż uzna nawet turystyczny plecak. To z kolei uczyni go niewolnikiem nie tylko własnej moralnej słabości, ale również nieskończonego pochodu domorosłych "świeckich mesjaszy", którzy w ramach realizowania swoich politycznych celów obiecają mu, że natychmiast zdejmą z niego wszystkie krzyże, tak prawdziwe jak i urojone, jeśli tylko odda im pokłon i podpisze z nimi cyrograf.

Saturday, September 18, 2021

Uczciwi bogacze versus etatystyczni oligarchowie

Ilekroć etatystyczni oligarchowie oświadczają za pośrednictwem swoich polityczno-medialnych pacynek, że należy "opodatkować bogaczy", wówczas wszyscy ciężko i uczciwie pracujący przedstawiciele klasy średniej powinni mieć świadomość, że jest to ostentacyjne szyderstwo kierowane przede wszystkim pod ich adresem. Mając więc poczucie własnej godności, powinni oni wszyscy z pełną odpowiedzialnością przyjąć miano bogaczy i wystąpić we wspólnym froncie bogaczy przeciwko oligarchicznym pasożytom i karmiącemu je fabiańsko-keynesistowskiemu systemowi - w tym przede wszystkim przeciwko takim jego elementom jak betonujące rynek "regulacje", biurokratyczne subsydia, pieniądze dekretowe i banki centralne.

Bogacze wszystkich krajów, łączcie się! Zachowujcie świadomość, że bogaczami we właściwym, godnym tego słowa znaczeniu mogą być wyłącznie twórcy bogactwa, a nie jego złodzieje - i krzewcie tą świadomość wśród biedaków, którzy uczciwą, produktywną pracą chcieliby wejść w wasze szeregi. Po dziesiątkach dekad pseudonaukowej sofistyki, politycznej propagandy i medialnego bałamuctwa, temu systemowi pozostały już jedynie coraz bardziej demonstracyjne szyderstwa - co świadczy o tym, że jego siły witalne są już na ostatecznym wyczerpaniu. Warto więc w końcu zadbać raz a dobrze, żeby nie był on już w stanie okradać z sił witalnych tych wszystkich, którzy sami nie tylko nie muszą ich nikomu odbierać, ale umieją ich też innym przysparzać.

Friday, September 17, 2021

Dialektyka: najlepsza metoda psucia rzeczywistości

Nigdy nie należy zapominać, że najskuteczniejszą metodą psucia rzeczywistości nie jest prosta negacja, tylko "dialektyka", czyli mieszanie negacji z afirmacją w celu maksymalnego zatarcia granic między nimi - co zawsze sprzyja wyłącznie tej pierwszej, tyle że w rzadko uświadomiony sposób.

W związku z tym po historycznym epizodzie otwartego podważania wszelkich prawd i otwartego promowania kłamstw przychodzi jeszcze groźniejszy epizod rozpuszczania prawdy i kłamstwa w mazi bełkotu; po epizodzie "przewartościowania wszystkich wartości" i promowania "emancypacyjnego" zła przychodzi jeszcze groźniejszy epizod otępiającego samozadowolenia, "autoekspresji" i "bycia sobą"; po epizodzie triumfalistycznego deptania świętości i "wyzwalania się z kajdan dogmatu" przychodzi jeszcze groźniejszy epizod infantylnego guślarstwa, kiczowatej ezoteryki i "holistycznej duchowości"; a po epizodzie niszczycielskiego nihilizmu przychodzi jeszcze groźniejszy epizod autodestrukcyjnego tumiwisizmu.

Zaś jako że historia nie tylko się nie powtarza, ale nawet rzadko się rymuje, trzeba zdać sobie sprawę, że po przekroczeniu pewnej granicy może się okazać, że z dialektycznej studni grawitacyjnej nie ma już ucieczki - i wtedy rzeczywiście następuje sławetny "koniec historii", tyle że niekoniecznie w wydaniu fukuyamowskim. Kto zatem nie chce się znaleźć wśród tych, którzy do tej studni wpadną, ten powinien się upewnić, czy nie mówi czasem już od dawna "dialektyczną" prozą, tylko zachowuje przywiązanie do "tak, tak" i "nie, nie". Wtedy bowiem ma szansę do końca otwarcie afirmować to, co afirmacji warte, i równie otwarcie negować to, co warte negacji, choćby nawet "duch świata" zdołał pozbawić tej zdolności wszystkich pozostałych.

Thursday, September 16, 2021

Wariacje na temat boskiego pochodzenia etatyzmu

Etatyzm starożytny głosił, że władcy są bogami. Etatyzm średniowieczny - że są namiestnikami Boga. Etatyzm wczesnonowożytny - że są wyzwolicielami człowieka od Boga. Etatyzm współczesny - że są apostołami niezliczonych świeckich bożków. Ich wspólnym mianownikiem jest zatem błąd nie tyle nawet polityczny, co teologiczny - tzn. błąd niedostrzegania, że, poznając rzecz po owocach, trudno jest uczciwie uznać, że jakakolwiek ziemska władza może pochodzić od Boga, bardzo łatwo jest natomiast uczciwie uznać, że pochodzi ona wprost od "tego drugiego".

Wednesday, September 15, 2021

Planowany chaos jako antycywilizacyjne narzędzie

Spopularyzowane ostatnimi czasy frazy takie jak "nowa normalność", "wielki reset" czy "build back better", odnoszące się do planów budowy "popandemicznego" świata, to nic innego jak toporne współczesne wariacje na temat starych złowrogich formuł takich jak "ordo ab chao" czy "solve et coagula". Innymi słowy, trwające obecnie uparte niszczenie wszelkich cywilizacyjnych pozostałości przy pomocy ideologii sanitaryzmu, ekomaltuzjanizmu, neomarksizmu, "postmodernizmu", demokratyczno-redystrybucyjnego etatyzmu, keynesistowskiego komunizmu monetarnego itp. jest w ostatecznym rachunku nie przejawem niefortunnych zbiegów okoliczności czy "cywilizacyjnej inercji", tylko realizacją celowych, wyrachowanych działań.

Jakiż to porządek może wyłonić się z owego planowanego chaosu? Absolutnie żaden. Chaos rodzi wyłącznie chaos, destrukcja rodzi wyłącznie destrukcję, a konflikt wyłącznie konflikt. Domorośli "władcy świata" pieczołowicie tłumią jednak w sobie rozumienie tych kwestii: władza to wszak najgorsza forma pychy, a pycha to najgorsza forma moralnego zamroczenia. Kiedy bowiem rzeczeni "władcy" przesycą się pasożytowaniem na społeczeństwie czy jego kontrolowaniem, jedyną uciechą pozostaje dla nich jego jak najdotkliwsze rujnowanie. Nie należy w związku z tym oczekiwać z ich strony jakiegokolwiek opamiętania, niezależnie od wygłaszanych przez nich deklaracji czy czynionych przez nich okazjonalnych kurtuazyjnych gestów.

Zamiast tego - wiedząc, iż odbywające się uparte burzenie istniejących wciąż cywilizacyjnych fundamentów jest działaniem zamierzonym - powinno się poczuć dodatkową motywację, aby na owych fundamentach niestrudzenie trwać i bezustannie ich bronić. Biorąc pod uwagę kompleksowość odgórnie zaplanowanych i wdrażanych obecnie niszczycielskich procesów, nie ma się w tym kontekście nic do stracenia, podczas gdy zyskać można tu wszystko - na czele z zachowaniem własnego honoru.

Tuesday, September 14, 2021

Uświadomiony brak versus pozór zaspokojenia

Największym wrogiem zdrowia nie jest choroba, tylko hipochondria; największym wrogiem życia nie jest śmierć, tylko wegetacja; największym wrogiem dobrobytu nie jest nędza, tylko wygodnictwo; największym wrogiem sprawiedliwości nie jest niesprawiedliwość, tylko roszczeniowość; a największym wrogiem szczęścia nie jest cierpienie, tylko samozadowolenie. Prawdziwy i uświadomiony brak ma szansę pobudzić do działania, podczas gdy pozór zaspokojenia lub złudzenie krzywdy wpędza wyłącznie w odrętwienie lub jałową szamotaninę.

Saturday, September 11, 2021

Główną siłą tyranii jest entuzjazm kolaborantów

Przez ostatnie półtora roku mieliśmy do czynienia nie tyle z bezprecedensową konsolidacją fizycznego totalitaryzmu rządzących, co z bezprecedensowym ujawnieniem mentalnego totalitaryzmu rządzonych. Innymi słowy, głównym niebezpieczeństwem okazała się nie tyrania, ale kolaboracja. Wynika z tego, że powrót do normalności, albo czegoś lepszego, nastąpi nie z chwilą obalenia globalnego aparatu opresji, ale z chwilą masowego uzyskania świadomości, że w swoich codziennych wyborach jest się nadzwyczaj często jego ochoczym współpracownikiem - i że w przyspieszonym tempie zmierza się w ten sposób ku zatraceniu.

Wednesday, September 8, 2021

Przeszarżowanie reżimu jako pobudka z marazmu

Ilekroć reżimy tego świata bezceremonialnie próbują ubezwłasnowolnić człowieka w jakiś nowy sposób, a pryncypialni orędownicy wolności osobistej głośno nawołują do tego, żeby nie ustępować owym reżimom nawet o krok, to właściwą odpowiedzią nigdy nie jest: "Ale przecież one już nas ubezwłasnowolniły na różne sposoby, więc teraz nie dzieje się nic szczególnego". Właściwą odpowiedzią jest za to zawsze: "Każda okazja jest dobra, żeby im pokazać, iż się im nie ustąpi; a kiedy raz się to uda spektakularnie pokazać, należy pójść za ciosem i samemu przyjąć pozycję tego, który będzie je konsekwentnie zmuszał do ustępowania". Każde przeszarżowanie ze strony ciemiężcy jest doskonałą okazją do tego, żeby obudzić się z marazmu i odzyskać godność kogoś, kto nie pozwoli sobie więcej na bycie ciemiężonym.

Friday, September 3, 2021

Infantylizm jako wspólny mianownik starych, złych ideologii w nowych, kolorowych szatach

Wspólnym mianownikiem i jednym z najbardziej charakterystycznych znaków rozpoznawczych dzisiejszych odmian wszystkich najbardziej antyludzkich i antycywilizacyjnych ideologii jest ich infantylizm - sztubacka roszczeniowość połączona z gamoniowatą inercyjnością i miałkim samozadowoleniem.

Wspomniane ideologie same w sobie w żadnym razie nie są nowe, ale nowe są ich kostiumy, skrojone na miarę człowieka ulepionego z wyjątkowo miękkiej gliny. Przykładowo, romantyczny maltuzjanizm epatował grozą nieujarzmionej natury i hartem ducha mieszkańców głuszy, podczas gdy dzisiejszy bambinistyczny maltuzjanizm zaleca roztkliwianie się nad "masowym mordem" hodowlanych zwierzątek. Klasyczny scjentyzm mamił człowieka wizjami budowy upiornych panoptykonów i stachanowskich "gospodarek planowych", podczas gdy dzisiejszy wirtualno-gadżeciarski pop-scjentyzm kusi permanentnym zanurzeniem się w świecie niedorzecznych memów z kotkami, pieskami i popkulturowymi urywkami w rolach głównych. Klasyczny marksizm zagrzewał do jednoczenia się czerstwych, zaprawionych fizyczną pracą proletariuszy, podczas gdy dzisiejszy "tożsamościowy" neomarksizm zachęca do gremialnego tupania nóżką przez wszystkie emocjonalnie niedoważone indywidua "identyfikujące się" jako malowane ptaki czy różowe jednorożce.

Innymi słowy, wspólnym mianownikiem powyższych ideologii pozostaje niezmiennie chęć pozbawienia człowieka pozycji przysługującej mu w hierarchii bytu - pozycji jedynej istoty w świecie materialnym obdarzonej rozumem, sumieniem, wolną wolą i wynikającą z nich zdolnością do czynienia sobie ziemi poddaną. O ile jednak klasyczne wersje owych ideologii znajdowały posłuch wśród ludzi nie posiadających stosownej wiedzy, mających za to nieraz aż nadto charakteru, o tyle ich dzisiejsze odpowiedniki kierowane są do odbiorców, którzy stosownej wiedzy mają na ogół równie niewiele, za to charakteru nie mają przeważnie za grosz.

Stąd wniosek, że roztropne piętnowanie, ośmieszanie i przemaganie infantylizmu może być co najmniej równie ważne - a niewykluczone, że ważniejsze - w zakresie niwelowania wpływu rzeczonych doktryn, niż propagowanie suchej wiedzy obnażającej ich zasadnicze logiczne niedostatki. Może być to przy tym wniosek o tyle pilniejszy, o ile zdyscyplinowany ignorant z charakterem może po uzyskaniu stosownej wiedzy zacząć bardzo skutecznie odbudowywać to, co dotychczas niszczył, podczas gdy smarkaczowski ignorant bez krzty charakteru nawet po uzyskaniu stosownej wiedzy będzie pogrążał się w autodestrukcji. Nieporównanie łatwiej jest odremontować mózg, niż ducha - a to ten drugi potrzebuje dziś najpilniejszej uwagi.

Thursday, September 2, 2021

O znaczeniu wolności w "stanach wyjątkowych"

Jeden z bardziej skutecznych sposobów na zneutralizowanie wzrastającej w społeczeństwie świadomości tego, jak kluczową wartością społeczną jest bezwarunkowy szacunek dla wolności osobistej, to nie fizyczne stłumienie owej świadomości, ale jej mentalne rozbrojenie.

Należy w tym celu wprowadzić powszechny chaos - najlepiej o globalnym zasięgu - a następnie związany z owym chaosem przewlekły, bezterminowy "stan wyjątkowy", koniecznie uzupełniony o permanentną panikarską propagandę. Część globalnego społeczeństwa zacznie się naturalnie szybko buntować przeciwko takiemu stanowi rzeczowi, ale z punktu widzenia "siewców chaosu" rzecz nie w tym, żeby ją fizycznie spacyfikować, tylko żeby uniemożliwić jej skuteczne rozszerzanie swoich ideowych wpływów.

Jak to osiągnąć? Otóż w odniesieniu do owego segmentu populacji nie należy propagować narracji, jakoby wolność osobista była wartością, którą w pewnych okolicznościach należy poświęcić dla "większego dobra" - zamiast tego należy propagować narrację, iż w "stanach wyjątkowych" czy "sytuacjach podbramkowych" samo znaczenie wolności osobistej staje się niejasne, dyskusyjne i "nieredukowalnie kontekstowe". Innymi słowy, celem jest tu nie zagaszenie w rzeczonych osobach ich prowolnościowego zapału, tylko przekonanie ich, że w "danych okolicznościach przyrody" nie istnieją żadne przejrzyste kryteria tego, jak dawać mu upust. W ten sposób można "naturalnych buntowników" z jednej strony wewnętrznie podzielić, a z drugiej strony intelektualnie rozleniwić - do tego stopnia, żeby przynajmniej niektórzy z nich zaczęli w pewnym momencie głosić wprost, że ich pryncypia nie uległy zmianie, ale na daną chwilę rozmaite "szeroko zakrojone kryzysowe interwencje" dokonywane przez domorosłych "władców świata" są z owymi pryncypiami w pełni (albo przynajmniej wystarczająco) zgodne.

Świadomość powyższej strategii neutralizacyjnej stanowi wymowne przypomnienie, iż skuteczne działanie na rzecz jakiejkolwiek słusznej idei wymaga nie tylko szczerego moralnego entuzjazmu, ale też bezustannej intelektualnej trzeźwości, w tym zwłaszcza umiejętności przenikania na wylot wszelkich bałamutnych neosemantyzacji. "Niech mowa wasza będzie: tak, tak; nie, nie. Co nadto, od złego pochodzi" i tutaj okazuje się niezastąpionym drogowskazem.

Sunday, August 29, 2021

Rozpad fasadowych iluzji i obrona wysp cywilizacji

To, co obecnie obserwujemy, to nie tyle przyspieszony upadek cywilizacji, co przyspieszone obnażanie jej już od dawna podupadłego charakteru. Jest to zasadniczo korzystne zjawisko, pozwalające ostatecznie zerwać z fasadowymi iluzjami i zająć się obroną osobistych "wysp cywilizacji".

Innymi słowy, to, co dzieje się od półtora roku, doskonale obnażyło fakt, że żyjemy w cywilizacji kadłubkowej, posiadającej mnóstwo technicznych gadżetów, ale za grosz siły charakteru. W związku z tym zamiast zachwycać się tymi pierwszymi, należy zacząć wreszcie likwidować deficyt tej drugiej: konserwować lub odbudowywać w skali lokalnej - a przede wszystkim indywidualnej - to, co od dawna było konsekwentnie podkopywane lub burzone w skali kolektywnej i globalnej. Narzędzi ku temu mamy aż nadto - grunt jednak w tym, żeby nie stały się one w naszych rękach jałowymi zabawkami.

Wednesday, August 25, 2021

Nie bogactwo, lecz własność czyni szczęśliwym

Doskonale znane są ekonomiczne korzyści płynące z powszechnego szacunku dla instytucji własności prywatnej, takie jak możliwość pokojowego rozstrzygania konfliktów o rzadkie dobra, skłonność do podejmowania długoterminowych inwestycji kapitałowych i możliwość zaistnienia precyzyjnego rachunku ekonomicznego. Ścisły związek między własnością prywatną a owymi zjawiskami potwierdza słowa Ludwiga von Misesa, iż nie może istnieć nic takiego jak bezwłasnościowa cywilizacja.

Wydaje się jednakowoż, że obecnie jeszcze usilniej należy podkreślać moralne czy nawet duchowe walory wypływające z faktu sprawiedliwego posiadania określonych zasobów. Otóż przy wszystkich swoich gospodarczych zaletach, własność prywatna jest dodatkowo przedłużeniem woli człowieka, emanacją jego unikatowej jaźni i rozszerzoną przestrzenią jego niezbywalnej autonomii. Jest to zatem instytucja immanentnie powiązana z naturą człowieczeństwa oraz możliwością spełniania się w jego rozwojowym potencjale. Należy o tym zawsze pamiętać i podkreślać to przy każdej stosownej okazji - między innymi po to, żeby działać na pohybel wszystkim złowrogim sitwom i koteriom pieczętującym się sloganem "nie będziesz miał niczego i będziesz szczęśliwy".

Otóż, wręcz przeciwnie, człowiek rozumiejący swoją wolność i godność jest szczęśliwy między innymi właśnie dzięki temu, co ma - niekoniecznie dlatego, że ma wiele, ale dlatego, że to, co ma, jest jego i tylko jego. Trzeba mieć to zawsze na uwadze i konsekwentnie przypominać o tym każdemu, kto wciąż miewa chwile słabości nastrajające go pozytywnie do mirażu "bezwłasnościowego szczęścia". Tylko w ten sposób zneutralizuje się bowiem tych, którzy nie ustają w stręczeniu ludzkości wciąż tych samych dystopijnych koszmarów.

Tuesday, August 24, 2021

Większe i mniejsze zła a priorytety działania

Jeden z bardziej znanych cytatów z Chestertona głosi, że świat podzielił się na dwa obozy - konserwatystów i postępowców - gdzie zadaniem tych drugich jest popełniać coraz to kolejne błędy, podczas gdy zadaniem tych pierwszych jest uniemożliwiać ich naprawianie. Wynika z tego, że choć "konserwatyzm" (rozumiany jako cel sam w sobie) jest zły, "postępowość" (rozumiana jako cel sam w sobie) jest znacznie gorsza, gdyż to ta druga przyjmuje rolę pierwotną w zakresie popychania świata w złym kierunku.

Ogólną prawidłowość zawartą w powyższym cytacie można odnieść do całego szeregu innych par szkodliwych zjawisk ideologicznych czy światopoglądowych. Ściślej zaś rzecz ujmując, nie chodzi tu o sugestię, jakoby "mniejsze zła" były bardziej usprawiedliwionymi wyborami, ale o sugestię, że "większe zła" są bardziej zasadniczymi niebezpieczeństwami. Rzecz zatem nie w tym, żeby sprzymierzać się z "mniejszymi złami" przeciwko "większym złom", ale żeby wiedzieć, czego - w świetle rzadkości zasobów i czasu - wystrzegać się w pierwszej kolejności i czemu przede wszystkim stawiać opór.

Przykładowo, rasistowski bądź trybalistyczny natywizm jest zły, ale dużo gorszy jest przeciwstawiany mu neomarksizm (alias "marksizm kulturowy", "polityka tożsamości", "teoria krytyczna" itp.).

Trucicielski industrializm jest zły, ale dużo gorszy jest przeciwstawiany mu maltuzjański ekologizm.

Luddystyczny prymitywizm jest zły, ale dużo gorsza jest przeciwstawiana mu socjoinżynieryjna technokracja.

Etatystyczny nacjonalizm jest zły, ale dużo gorszy jest przeciwstawiany mu dyktat międzynarodowej biurokracji zmierzającej ku stworzeniu nieformalnego "rządu światowego".

"Kapitalizm kolesiowski" jest zły, ale dużo gorszy jest przeciwstawiany mu w dowolnej formie socjalizm (w tym socjalizm "demokratyczny", "partycypacyjny" itd.).

Pryncypialna antyeksperckość jest zła, ale dużo gorsza jest przeciwstawiana jej domyślna ustępliwość wobec "polityk eksperckich".

Podsumowując, mniej złym elementem każdego z powyższych przeciwstawień jest ten, który odpowiada na realną potrzebę zawartą w ludzkiej naturze (np. potrzebę rodziny, wspólnoty, autonomii, twórczości, przedsiębiorczości, estetyki itd.), ale czyni to w sposób przesadny, wykoślawiony, bałamutny lub z innego względu niewłaściwy. Gorszym elementem jest tu natomiast zawsze ten, który w najlepszym razie stara się zabić w człowieku jego naturalne potrzeby, zaś w najgorszym razie wiąże się z buntem przeciwko ludzkiej naturze - tzn. próbuje człowieka wynaturzyć, a więc odebrać mu jego miejsce w hierarchii rzeczywistości lub mamić go wizjami nierzeczywistości.

Poprawne dokonywanie normatywnych rozeznań w podobnych sytuacjach nie zawsze jest łatwe, nie oznacza to jednak, że należy z niego rezygnować. Jeśli się to bowiem uczyni, łatwo jest popaść w wyjątkowo szkodliwe formy "symetryzmu", które sprzyjają plenieniu się zła w najbardziej niszczycielskich postaciach. Wszakże, cytując klasyka, "aby zło zatriumfowało, wystarczy, by dobry człowiek niczego nie robił". Parafrazując zaś klasyka, aby zatriumfowało największe zło, wystarczy, by dobry człowiek był cały czas zajęty walką ze złami mniejszymi.

Monday, August 23, 2021

Kapitalizm jako esencja konstruktywnej współpracy międzyludzkiej: czyli przyjaciół poznaje się po ich wrogach

Czysty i konsekwentny kapitalizm jest atakowany i oczerniany przez praktycznie wszystkie ideologiczne fronty, które pragną władzy nad społeczeństwem - zwłaszcza władzy mentalnej. Kapitalizm jest zniesławiany i wyszydzany zarówno przez komunistyczne "kolektywy pracownicze", jak i przez oligarchiczno-korporacyjną koterię z Davos; potępiają go zarówno nacjonalistyczni protekcjoniści, jak i międzynarodowi biurokraci zaangażowani w budowę "rządu światowego"; nad jego rzekomymi niedostatkami rozwodzą się zarówno ekologistyczni zwolennicy "życia w harmonii z naturą", jak i technokraci rojący o centralnym sterowaniu gospodarką przez "sztuczną inteligencję"; zjednoczeni przeciwko niemu są zarówno "czerwoni" i "zieloni", jak i "brunatni" i "tęczowi".

Jaki z tego wniosek? Otóż wniosek z tego taki, że jeśli przeciwko danej wizji organizacji stosunków społeczno-gospodarczych występują praktycznie wszystkie niewolnicze, antyspołeczne ideologie tego świata, to można mieć niezmąconą pewność, że jest to wizja poprawnie opisująca niezmienną esencję konstruktywnej międzyludzkiej współpracy i zawartego w niej zdrowego potencjału rozwojowego. Tym samym jest to ostrzeżenie, że świat w tym większym stopniu będzie się pogrążał w rozgardiaszu, tandecie i degrengoladzie, w im większym stopniu będzie w nim brakowało osób nie tolerujących żadnych kompromisów w zakresie obrony instytucjonalnych i normatywnych fundamentów kapitalizmu - bezwarunkowego szacunku dla wolności osobistej, własności prywatnej, swobody zrzeszania się i nieskrępowanej konkurencji, a także konsekwentnego kultywowania klasycznych cnót roztropności, męstwa, wstrzemięźliwości i sprawiedliwości.

Niech siłą napędową pojawiania się jak największej liczby tego rodzaju osób będzie nieustająca świadomość, że im większy i pozornie zróżnicowany jest występujący przeciwko nim front, tym pilniejsza jest potrzeba "dogmatycznego" stania na straży swoich przekonań - i tym większa jest związana z tym zasługa.

Sunday, August 22, 2021

Ulubione slogany domorosłych "władców świata"

Ilekroć domorośli "władcy świata" perorują o promowaniu "różnorodności", mają na myśli wprowadzanie coraz to liczniejszych planów rządzenia przez dzielenie; ilekroć perorują o budowaniu "inkluzywności", mają na myśli tworzenie coraz bardziej wszechogarniającego systemu kontroli i inwigilacji; ilekroć perorują o konieczności "zrównoważenia rozwoju", mają na myśli konsolidację jak największej ilości zasobów w swoich rękach; a ilekroć perorują o "nowej normalności", mają na myśli upokarzanie społeczeństwa niekończącą się serią wymyślnych aberracji.

Słowa nic nie kosztują, ale bardzo wiele może kosztować realizacja ukrytych za nimi zamiarów - wszyscy ludzie dobrej woli muszą zatem zadbać, aby stosowne koszty ponieśli snujący owe zamiary, nie zaś ci, przeciwko którym są one snute. Tylko wówczas udowodnią oni, że nie na darmo otrzymali oczy do patrzenia, uszy do słuchania, rozum do rozeznawania i wolność do bronienia swej godności.

Thursday, August 12, 2021

Cywilizacja, samobójstwo "elit" i typologia zła

Coraz bardziej uzasadnione wydaje się wrażenie, że rządzące "elity" - zwłaszcza te działające w skali globalnej - konsekwentnie uruchamiają mechanizmy autodestrukcyjne w jak najliczniejszych obszarach znajdujących się w jakimkolwiek stopniu pod ich polityczną, gospodarczą bądź ideologiczną kontrolą.

W obszarze edukacyjno-kulturowym nachalnie promują one coraz bardziej groteskowe formy infantylnego buntu wobec elementarnych części składowych rzeczywistości, takich jak obiektywne kryteria logicznego wnioskowania czy obiektywna ludzka tożsamość płciowa.

W obszarze relacji międzygrupowych uporczywie forsują one neomarksistowską atmosferę permanentnego konfliktu, niezaspokajalnych roszczeń i wszechobecnego resentymentu, której doskonałym przykładem jest choćby to, co funkcjonuje w USA pod mianem "antyrasizmu" (w nawiązaniu do punktu poprzedniego, ostatnio coraz częściej "okazuje się", że rasistowska jest nawet nauczana w dotychczasowej formie matematyka).

W obszarze makroekonomicznym coraz chętniej deklarują one, że pojęcie długu publicznego traci swoje dotychczasowe znaczenie, bo zawsze można go "zadrukować" monetarną makulaturą, co równa się zupełnie otwartemu kierowaniu globalnej gospodarki ku scenariuszowi przewlekłej stagflacji bądź hiperinflacyjnej implozji.

Wreszcie w obszarze rozwoju gospodarczego coraz częściej perorują one o konieczności wejścia na ścieżkę "zerowego wzrostu", co w praktyce prowadzić musi do zapaści cywilizacji przemysłowej wraz z jej wszystkimi osiągnięciami (zgodnie z zasadą, że "aby utrzymać się w tym samym miejscu, trzeba biec ile sił", z czego wynika, iż stanięcie w miejscu równa się nie równowadze, ale konsekwentnej retrogresji).

Pytanie brzmi teraz: dlaczego globalne "elity" postanowiły podjąć tak uparcie zabójcze i samobójcze działania, które należałoby określić mianem nie tyle "wielkiego resetu", co "wielkiego delete'u" - i to takiego, który skasuje również kasujących? W końcu nie sposób sobie wyobrazić, aby były one w stanie zachowywać swoją "elitarną" pozycję nie zdając sobie sprawy z jednoznacznie niszczycielskich skutków wdrażania powyższych agend - zwłaszcza biorąc pod uwagę ich wzajemne napędzanie się i umacnianie.

Być może odpowiedź na niniejszą zagwozdkę kryje się w typologii zła zaproponowanej przez Rudolfa Steinera, wedle której wyróżnić można zło lucyferyczne, arymaniczne i soratyczne. Z typologii tej wynika, że nie każdy rodzaj złych działań musi się wiązać z konwencjonalnie rozumianymi korzyściami dla złoczyńcy, co pozwala na znaczne rozszerzenie gamy intencji możliwych do przypisania "elitom".

Zło lucyferyczne to autodestrukcyjny hedonizm zaciemniający rozum, deformujący sumienie i pozbawiający wolę wszelkiej dyscypliny - zachowania kojarzące się z "uciechami" markiza de Sade. Jest to zło impulsywne i krótkoterminowe, w którym gustują "elity" na dorobku, doskonalące dopiero metody pasożytowania na produktywnej części społeczeństwa i łatwo zachłystujące się uzyskanym w ten sposób bogactwem. Tym samym jest to ten rodzaj zła, który najszybciej uzależnia, ale jednocześnie najszybciej przestaje dawać satysfakcję.

Zło arymaniczne to narzucona kontrola o systemowym charakterze - polityczny i biurokratyczny totalitaryzm, socjoinżynieryjna manipulacja itp. Folgowanie temu gatunkowi zła wymaga sporej dyscypliny organizacyjnej i długoterminowego planowania, więc odnośna satysfakcja wyczerpuje się znacznie wolniej, niż ta związana z jego lucyferycznym odpowiednikiem. Wydaje się jednak, że i na tym polu dzisiejsze "elity" osiągnęły już tyle, ile mogły, zaś reżim sanitarystyczny ostatniego półtorarocza jest tutaj koronną zdobyczą, zadającą produktywnej części społeczeństwa cios na tyle dotkliwy, że musi się on odbić rykoszetem na samych arymanicznych strukturach kontroli, prowadząc do ich stopniowego uwiądu.

Tutaj dochodzimy do ostatecznej formy zła - zła soratycznego - które polega na sianiu chaosu i zniszczenia rozumianego jako cel sam w sobie. Innymi słowy, w momencie gdy arymaniczne struktury kontroli i pasożytnictwa osiągają swoją maksymalną dopuszczalną masę i zaczynają się walić pod własnym ciężarem, jedynym pozostałym źródłem satysfakcji dla "elit" jest już wyłącznie uczynienie postępującej systemowej destrukcji zjawiskiem maksymalnie dotkliwym i upokarzającym dla swoich ofiar, zwłaszcza na poziomie mentalnym. Stąd zorganizowana wola maksymalnego pozbawienia ludzi - zwłaszcza tych młodszych - ich intelektualnej, moralnej i duchowej trzeźwości w zakresie postrzegania otaczającej rzeczywistości, w tym wmówienia im, że źródłem obserwowanej degrengolady jest w ostatecznym rachunku nie wichrzycielstwo "elit", tylko "opresyjny patriarchat", "systemowy rasizm", "nieskrępowany kapitalizm", "katastrofa klimatyczna" czy wszelkie inne ideologiczne straszaki spreparowane i nachalnie promowane przez owe "elity".

Jaki konstruktywny wniosek wyłania się z powyższej analizy? Przede wszystkim taki, że nie ma już sensu zabiegać o "wymianę elit" czy "systemową transformację" - zwłaszcza na poziomie globalnym - bo jest już na to o wiele za późno. Należy raczej przyjąć podejście "benedyktyńskie" i zabiegać o to, żeby uczynić swoją "małą ojczyznę" - swoją wyspę cywilizowanego życia - maksymalnie niezależną pod względem organizacyjnym i maksymalnie zdrową pod względem intelektualno-kulturowym. Jednocześnie warto zidentyfikować inne potencjalne tego rodzaju wyspy i nawiązać z nimi współpracę - w takim stopniu, w jakim umożliwiają to warunki "soratycznych" zaburzeń komunikacyjnych i blokad logistycznych. Liczenie bowiem na to, że odwróci się kumulację opisanych wyżej niszczycielskich procesów, zdaje się być podręcznikowym wręcz przykładem "kopania się z koniem" i marnotrawienia mentalnych zasobów, które można lepiej spożytkować zupełnie gdzie indziej.

Jeśli komuś narzuca się podobne skojarzenie, to można nazwać opisywane tu podejście odmianą strategii "prepperskiej", z tym, że jest to przede wszystkim "prepperyzm" intelektualny i kulturowy, nie fizyczny, medyczny czy inżynieryjny. Kiedy bowiem ma się świadomość, że najpotężniejsze globalne ośrodki wpływu czerpią perwersyjną satysfakcję już wyłącznie z upartego rujnowania cywilizacji, to najroztropnijeszym, co można uczynić, jest zadbanie o to, żeby swój osobisty kawałek cywilizacji otoczyć jak najsolidniejszym murem obronnym. Jest to w gruncie rzeczy konstatacja optymistyczna, bo gdy już ostatecznie rozpadnie sie to, co się rozpaść musi, to może się okazać, że dzieła ewentualnej odbudowy będzie się dokonywać w świecie dużo bardziej zdecentralizowanym i wielobiegunowym - a więc dużo bardziej wolnym i samoświadomym. Ta perspektywa będzie jednak dostępna wyłącznie tym, którzy dokonają w międzyczasie benedyktyńskiej pracy ocalenia tego wszystkiego, co prawdziwe, dobre i piękne, a co soratyczne "elity" usilnie starają się wydać na zatracenie razem ze sobą.

Monday, August 9, 2021

Wolność, ekonomia i cywilizacja: darmowy ebook

Wskutek inicjatywy wydawniczej podjętej przez Stowarzyszenie Libertariańskie ukazał się kolejny ebook mojego autorstwa - zbiór krótkich artykułów zatytułowany "Wolność, ekonomia i cywilizacja". Składa się on z wpisów, które pierwotnie publikowałem na swoim blogu, pogrupowanych w cztery główne kategorie tematyczne. Może on posłużyć jako zwięzłe, choć jednocześnie wielostronne wprowadzenie do tematu filozofii wolnościowej i jej stanowiska w odniesieniu do wielu istotnych obszarów życia społecznego.

Bezpłatnego ebooka w formatach PDF, EPUB i MOBI można pobrać z dedykowanej strony internetowej pod adresem www.wec.slib.pl, natomiast bezpłatne egzemplarze drukowane będzie można otrzymać na stoisku Stowarzyszenia Libertariańskiego podczas zbliżającego się Weekendu Kapitalizmu oraz na kolejnych wolnościowych wydarzeniach z udziałem rzeczonej organizacji.

Do lektury zachęcam wszystkich zainteresowanych wymienionymi w tytule tematami, zwłaszcza zaś tych, którzy doceniają zachodzące między nimi kluczowe związki. Bez konsekwentnego szacunku dla wolności osobistej nie może wszakże powstać ani żadna rozwinięta gospodarka, ani żadna trwała i prawdziwie imponująca cywilizacja, natomiast bez pogłębionej refleksji na temat roli wolności osobistej w życiu społecznym nie jest w stanie powstać żadna rzetelna teoria ekonomii ani żaden gruntowny opis cywilizacyjnego rozwoju. W niniejszym zbiorze staram się zilustrować powyższą tezę - i liczę na to, że każdy intelektualnie wnikliwy czytelnik odniesie korzyść z zastanowienia się nad tym, czy jest to ilustracja przekonująca.

Wednesday, August 4, 2021

Wolność, bezpieczeństwo i mutujące slogany

Jeden z klasycznych kolektywistycznych sloganów głosił, iż "nikt nie jest wolny dopóki wszyscy nie są wolni". Jako że wolność traktował on jako cechę zbiorową, stwarzał on tym samym naturalne uzasadnienie dla innego, jeszcze bardziej złowieszczo brzmiącego sloganu, zgodnie z którym w imię "woli powszechnej" należało "zmuszać ludzi do bycia wolnymi". Logiczną implikacją połączenia obu powyższych haseł był zatem podręcznikowo orwellowski wniosek, iż wolność równa się powszechnemu zniewoleniu.

Raptownie ukonstytuowany ostatnimi czasy globalny reżim hipochondryczny używa dość namiętnie wariacji na temat pierwszego z wymienionych wyżej sloganów, a mianowicie: "nikt nie jest bezpieczny dopóki wszyscy nie są bezpieczni". Wniosek z tego taki, że w imię "troski powszechnej" należy - per analogiam - "narażać ludzi na bycie bezpiecznymi". To z kolei prowadzi do konstatacji, że bezpieczeństwo równa się powszechnemu zagrożeniu, choćby w postaci wymuszonej ruiny gospodarczej bądź sukcesywnego odcinania "niesubordynowanych" od możliwości swobodnego życia w przestrzeni publicznej.

Podsumowując, czasy trochę się zmieniają - koronną wartością przestaje być abstrakcyjna wolność, a staje się nią histeryczna potrzeba czucia się bezpiecznym - ale bałamutne kolektywistyczne frazesy i oparte na nich reżimowe działania pozostają bez zmian. Miejmy to na uwadze, żeby nie dopuścić przynajmniej do najbardziej kompromitujących powtórek z historii i wszelkie reżimy z ich orwellowskimi powszechnikami skutecznie trzymać na dystans.

Saturday, July 31, 2021

Jedność ludzi dobrej woli w obronie tego, co trzeba

W jaki sposób ludzie dobrej woli mogą się najskuteczniej zjednoczyć przeciw tym, którzy chcą ich pozbawić nie tylko wolności osobistej i własności prywatnej, ale też umysłowej niezależności i duchowej godności? Otóż najlepszą metodą jest tu dogłębne zdanie sobie sprawy, że zblazowani miliarderzy, międzynarodowi biurokraci i salonowi ideolodzy perorujący o „resetowaniu świata”, „czwartej rewolucji przemysłowej”, „zielonym nowym ładzie” czy „zrównoważonej i inkluzywnej gospodarce” są jedynie propagandowymi twarzami lub w najlepszym razie wykonawcami woli kogoś nieporównanie groźniejszego, kto głównym celem swojego istnienia uczynił szkodzenie człowiekowi w każdym możliwym wymiarze. Kogoś, kto zdaje sobie przy tym sprawę, że może już nie mieć zbyt wielu okazji, żeby swoje cele zrealizować, w związku z czym mobilizuje obecnie i rzuca do walki wszystkie swoje siły.

Widząc sprawy w powyższej perspektywie, żaden człowiek dobrej woli nie pójdzie nawet na najmniejszą ugodę z tymi, którzy chcą podeptać jego człowieczeństwo i skłonić go do własnowolnego udziału w owym deptaniu. Będzie on przy tym wytrwale szukał i konsekwentnie wspierał wszystkich tych, którzy wykazują podobną świadomość zastanej sytuacji - choćby się okazało, że jest ich jedynie niewielka reszta. To wystarczy, żeby ocalić rzeczy naprawdę istotne - choćby po drodze miało się stracić wszystko pozostałe.

Sunday, July 25, 2021

O bezowocności bycia wyłącznie libertarianinem

Jedną z bardziej jałowych postaw, jakie może przyjąć libertarianin, jest bycie wyłącznie libertarianinem. Postawa taka nie podkreśla bowiem, że wolność traktuje się jako cel sam w sobie, ale sugeruje, że wolność uznaje się za drogę donikąd. O ile więc, chcąc krzewić wolność osobistą jako najwyższą wartość społeczną, należy przyjąć podobne stanowisko w obszarze przekonań prawno-politycznych, nie należy popełniać następnie błędu zawężenia wartości wolności osobistej wyłącznie do rzeczonego obszaru.

Jeśli się bowiem ów błąd popełni, wówczas nie będzie się w stanie wykazać, że wolność osobista jest źródłem wszelkich konstruktywnych wysiłków intelektualnych, moralnych, estetycznych i duchowych, jakie może podjąć człowiek, ale stworzy się wrażenie, że umiłowanie wolności jest pretekstem do ucieczki od tego rodzaju wysiłków. To natomiast nie będzie perspektywą atrakcyjną dla kogokolwiek, kto nie chciałby zmarnować swojego człowieczeństwa - niezależnie od tego, czy miałoby się to dokonać wskutek nacisku cudzej woli, czy wskutek słabości woli własnej.

Tuesday, July 20, 2021

"Rząd światowy" vs konsekwentny oddolny opór

Stronnicy wolności osobistej od lat pocieszali się faktem, że, mimo ogromnego rozpanoszenia się etatyzmu na świecie, nie istnieje póki co rząd światowy, który byłby w stanie ukrócić "prowolnościową" konkurencję między poszczególnymi rządami zabiegającymi o przyciągnięcie rzutkich imigrantów "głosujących nogami".

Tymczasem na przestrzeni ostatniego półtora roku stało się jasne, że z praktycznego punktu widzenia "rząd światowy" już istnieje, zaś zdecydowana większość rządów lokalnych wdraża w sposób mniej lub bardziej jednolity "rekomendacje" stręczone bądź to przez tzw. organizacje międzynarodowe, bądź to przez zakulisowe globalne koterie.

Powyższy fakt stanowi kolejne potwierdzenie znanej od dawna w kręgach wolnościowych prawdy, iż stosunkowo niewielkie znaczenie ma to, jakie będą doraźne rezultaty funkcjonowania procedur "demokracji przedstawicielskiej", wielkie znaczenie ma natomiast to, w jakim stopniu w reakcji na owe rezultaty jest w stanie pojawić się konsekwentny oddolny opór. Innymi słowy, jeśli dany reżim zdaje sobie sprawę, że musi przegrać z lokalną wspólnotą działającą w myśl zasady "wszystkich nas nie pozamykacie", wówczas nie ma większego znaczenia, czy rozkazy wdrażane przez ów reżim płyną z Warszawy, Brukseli, Genewy czy Davos.

Podsumowując, nawet rząd światowy przegra z regionalną społecznością, jeśli ta druga będzie wystarczająco zdeterminowana i spontanicznie zjednoczona w imię słusznych idei, zwłaszcza wówczas, gdy posłuży ona tym samym za inspirację dla innych podobnych społeczności. Dawid może zawsze pokonać Goliata, o czym należy pamiętać w tym większym stopniu, im bardziej różne domorosłe Goliaty próbują zastraszać nas swoim rozmiarem.

Saturday, July 17, 2021

Kościół, antykościół i droga na drugą Golgotę

Liczne osoby, którym leży na sercu dobro Kościoła Powszechnego, zareagowały na wczorajsze motu proprio w sposób niezaskakujący: ubolewaniem, rozdrażnieniem, zniechęceniem i zastanawianiem się, ile jeszcze będzie trwał ten "dopust Boży". Wszystkie te reakcje zdają się znajdować wspólne źródło w pokornym i pobożnym, ale jednocześnie coraz bardziej uwierającym przekonaniu, że mamy tu do czynienia z krzyżami, których niesienia wymaga trwanie w postawie "synowskiego posłuszeństwa" stanowiącego warunek niezbędny zachowania jedności Kościoła. Cały czas nawraca jednak w tym kontekście pytanie: do jakiego stopnia "synowskie posłuszeństwo" i zachowywanie jedności Kościoła jest możliwe do pogodzenia z "cierpliwym znoszeniem" słów i decyzji absolutnie niemożliwych do pojednania zarówno z niezmiennym depozytem wiary, jak i z należytym szacunkiem dla kanonizowanych norm liturgicznych?

Otóż nadeszła już chyba chwila, żeby móc kategorycznie stwierdzić, że powyższych elementów nie da się uzgodnić w stopniu żadnym. W związku z tym należy zadać tu pytanie nie doktrynalne, nie liturgiczne i nie teologiczne, ale ontologiczne: pytanie o to, kogo z żyjących dziś osób można w sposób logicznie uzasadniony nazwać następcą św. Piotra, a kogo zdecydowanie nie (zadawanie i zgłębianie tego rodzaju pytań jest notabene kanonicznym obowiązkiem wszystkich wiernych).

Stąd warto przedstawić tu wizję rzeczywistości, która zdaje się udzielać na powyższe pytanie ontologicznie zadowalającej odpowiedzi, harmonizującej niezmienność depozytu wiary i szacunek dla kanonizowanych norm liturgicznych z nadnaturalnie chronionymi atrybutami urzędu papieskiego. Nie jest to wizja wyjątkowo odkrywcza, ale nie natknąłem się dotychczas na jej choćby pobieżne omówienie w przestrzeni polskojęzycznej, w związku z czym warto opisać tu pokrótce jej najważniejsze elementy, pozostawiając każdemu z zainteresowanych czytelników pod rozwagę, w jakim stopniu jest ona bardziej przekonująca od dostępnych alternatyw. Wygląda ona następująco:

1. Rezygnacja Benedykta XVI była nieważna. Jest to hipoteza podnoszona od dawna, ale ważny jest tu powód: w łacińskim tekście rzekomego dokumentu rezygnacyjnego Benedykt XVI pisze o zrzeczeniu się "ministerium", czyli aktywnej posługi biskupiej, ale nie o zrzeczeniu się "munus Petrinum", czyli duchowego mandatu następcy św. Piotra. Potwierdza to mnóstwo dodatkowych poszlak: Benedykt XVI zachował wszelkie atrybuty papiestwa (szaty pontyfikalne, pierścień papieski, imię papieskie, używanie błogosławieństwa apostolskiego, paliusz w herbie itd.), twierdząc przy tym konsekwentnie w autoryzowanych wywiadach-rzekach, że "mandat duchowy" pozostaje przy nim i że papieżem jest się raz na zawsze. Innymi słowy, wszystko wskazuje na to, że Benedykt XVI postanowił w ramach swojego domniemanego aktu rezygnacyjnego przekształcić papiestwo w urząd "kolegialny" bądź "synodalny", składający się z części administracyjnej i kontemplacyjnej. To jest jednak rzecz kanonicznie i doktrynalnie niedopuszczalna, gdyż następca św. Piotra - jako żywy symbol jedności Kościoła - może być tylko jeden. Stąd wniosek, że Benedykt XVI - bądź to bezwiednie, bądź to w celu zmylenia swoich wrogów - popełnił w swoim declaratio błąd substancjalny, co czyni cały dokument nieważnym. Podsumowując, w świetle prawa kanonicznego Benedykt XVI pozostaje papieżem niezależnie od tego, co myśli na ten temat większość kościelnej hierarchii albo nawet on sam (tu zresztą pojawiają się kolejne znaczące poszlaki: dlaczego np. rzekomy sukcesor Benedykta XVI ostentacyjnie wyzbył się tytułu wikariusza Chrystusa, czyli tego tytułu papieskiego, który w sposób najbardziej bezpośredni łączy się nie z posługą administracyjną, ale właśnie z duchowym mandatem św. Piotra?).

2. Punkt powyższy jest tu zdecydowanie najważniejszy, ale uzupełniają się z nim punkty dodatkowe. Jest dziś już np. rzeczą zupełnie jawną, że na domniemanym konklawe w 2013 roku tzw. mafia z Sankt Gallen (ich własne samochwalcze określenie) zawiązała blok wyborczy w celu przepchnięcia preferowanej przez siebie kandydatury. Tego rodzaju polityczne machinacje czynią jednak dokonany wybór kanonicznie nieważnym - i, ponownie, jest tak niezależnie od tego, czy stosowne instytucje zamierzają się tej sprawie przyjrzeć, czy też przejść nad nią do porządku dziennego (kwestia dowodowa jest tu rozstrzygnięta, bo prominentni członkowie mafii z Sankt Gallen sami przyznali się w swojej pysze i w swoim poczuciu bezkarności do podejmowania opisanych wyżej działań).

3. Domniemany sukcesor Benedykta XVI zdążył się już wsławić w czasie swojego urzędowania licznymi oficjalnymi stwierdzeniami i czynami (dopuszczenie komunii dla rozwodników, podpisanie dokumentu z Abu Dhabi, uroczyste wprowadzenie pogańskich, demonicznych bałwanów do Bazyliki św. Piotra itp.), których nie sposób uznać wyłącznie za poważne, ale nieuświadomione błędy, zwłaszcza w świetle licznych całkowicie zlekceważonych apeli o ich sprostowanie bądź odpokutowanie (na czele ze słynnymi kardynalskimi dubiami). Owe stwierdzenia i czyny trzeba zatem uznać za przejawy formalnych herezji, które w myśl pism doktorów Kościoła, w tym przede wszystkim św. Roberta Bellarmina, natychmiast pozbawiają heretyka wszelkich kościelnych godności. W przypadku heretyckiego papieża pojawia się tu odrębny problem tego, kto i w jaki sposób miałby formalnie go osądzić i pozbawić urzędu, ale w omawianym przypadku problem ten znika biorąc pod uwagę to, co zostało powiedziane w punktach poprzednich - tzn. to, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa Benedykt XVI nigdy nie przestał być papieżem.

4. I wreszcie punkt najbardziej spekulatywny, ale jednocześnie oparty o potencjalnie najwiarygodniejsze źródło: obecna sytuacja w Watykanie zdaje się jasno wpisywać w treść trzeciej tajemnicy fatimskiej, która wspomina zarówno o "Ojcu Świętym", jak i o "biskupie w bieli", sugerując jednocześnie, że jeden z nich jest lustrzanym odbiciem drugiego. Z powyższego zdaje się wynikać, że w czasie wypełniania się owej tajemnicy w Watykanie będzie przebywał zarówno autentyczny papież, reprezentujący prawdziwy, choć umierający na swej Golgocie Kościół Powszechny, jak i jego zwodniczy "sobowtór" przewodzący triumfującemu w świecie antykościołowi (zapowiedź "świeckiego, ekumenicznego i globalnego" fałszywego kościoła pojawia się też w szeregu innych znaczących XX-wiecznych przepowiedni, na czele z tą wygłoszoną przez Czcigodnego Sługę Bożego Fultona Sheena w 1947 roku).

Podsumowując, w świetle powyższych faktów nie sądzę, aby po stronie wystarczająco uświadomionych wiernych uzasadnione było zniechęcenie, rezygnacja czy - nie daj Boże - rozpacz. Wręcz przeciwnie, wszystkie wspomniane elementy wydają się układać w logicznie, ontologicznie i teologicznie spójną całość, której nadejście zostało już z dawna przepowiedziane i które stanowi "naturalne" dopełnienie tego, co rozpoczęło się 2000 lat temu - jak rzecz rozpoczęła się od śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, tak musi się ona zakończyć śmiercią i zmartwychwstaniem Jego Mistycznego Ciała. Powinniśmy zatem, zachowując pełną powagę bieżącej sytuacji, cieszyć się z faktu, że mamy niepowtarzalną okazję trwania przy niezmiennych zasadach i umacniania się w zbawczych łaskach, które świat - w tym świat przebrany w duchowne szaty - próbuje coraz nachalniej zakłamać i wykoślawić. Nic nie powinno nas tu zaskakiwać, zatem niczego nie powinniśmy się tu bać ani niczym się przesadnie gorszyć - niczym poza fatalnym przekonaniem, że zdradzone zostały złożone nam nadprzyrodzone obietnice.

Na koniec raz jeszcze zastrzeżenie i sugestia - czy powyższe przedstawienie spraw jest przekonujące lub przynajmniej bardziej wiarygodne od dostępnych alternatyw, to niech już każdy rozsądzi we własnym rozumie i sumieniu. Zdaje się przy tym jednak, że podobne rozsądzenie nie może się odbyć bez głębokiego intelektualnego i moralnego pożytku dla rozsądzającego, więc przynajmniej tego należy tu wszystkim życzyć.

O korzyściach z powrotu do mówienia o cnotach

Abstrahując od przygodnych spraw związanych z politycznym teatrzykiem, należy uznać, że korzystne jest pojawienie się w masowej świadomości sugestii co do konieczności kształcenia w duchu cnót. To zaś, że już samo słowo "cnota" wywołuje w najlepszym razie "pensjonarskie" skojarzenia, a w najgorszym razie w sposób niemal odruchowy prowokuje głupawe szyderstwa, jest jedynie dowodem postępującej etycznej miałkości, w jaką konsekwentnie brnie ludzkość od co najmniej kilkudziesięciu lat.

Cnota (arete, virtus) stanowi kluczowy element edukacji moralnej obecny w najtrwalszej, najgruntowniejszej i najowocniejszej ze wszystkich tradycji etycznych, jakich kultywowanie było kiedykolwiek udziałem ludzkości. Mowa tu, rzecz jasna, o tradycji arystotelesowsko-tomistycznej, albo - jak kto woli - tradycji grecko-rzymsko-chrześcijańskiej, która przez ponad 2000 lat kierowała moralnym rozwojem jedynej prawdziwie globalnej cywilizacji, nim została w dużej mierze wyparta przez fałszywą alternatywę między deontologią a utylitaryzmem, czyli stanowiskami wyrosłymi na gruncie szkodliwych tendencji z jednej strony legalistycznych i subiektywistycznych, a z drugiej strony scjentystycznych i socjoinżynieryjnych.

Zgodnie z tradycją arystotelesowsko-tomistyczną, cnota to trwała dyspozycja charakteru umożliwiająca dążenie do obiektywnie słusznych celów w konkretnych okolicznościach miejsca i czasu. Z definicji tej wynika, że kształcenie cnót to zadanie na całe życie, wymagające zarówno pogłębionej refleksji teoretycznej, jak i stałego konfrontowania owej refleksji z poszczególnymi sytuacjami życiowymi, co z jednej strony sugeruje, że istnieje obiektywnie słuszny kompas moralny, ale z drugiej strony podkreśla, że właściwe posługiwanie się owym kompasem to unikatowe wyzwanie stojące przed każdym człowiekiem. Takie ujęcie sprawy stanowi zaś doskonałe antidotum zarówno na przekonanie, że edukacja moralna to kwestia przeczytania odpowiedniej liczby "kodeksów dobrych praktyk", jak i na przekonanie, że jest to kwestia nabycia umiejętności "zawieszania osądów" czy "wyzbycia się stereotypów". Innymi słowy, jest to doskonałe antidotum zarówno na sterylny legalizm, jak i na czułostkowy infantylizm.

Co więcej, nawet od strony czysto językowej cnota jest słowem niezastępowalnym, bo jej adekwatnym odpowiednikiem nie jest ani "pozytywna cecha charakteru" (sformułowanie tyleż nieporęczne, co pretensjonalnie pop-psychologiczne), ani nawet "przymiot" (termin znaczeniowo zbyt szeroki, w tym przede wszystkim tyczący się również cech wrodzonych, do jakich cnoty zdecydowanie nie należą).

Podsumowując, życzmy sobie tego, żeby cnoty jak najszybciej i jak najobficiej powróciły do naszego życia - nie w kontekście bismarckowsko-etatystycznej niby-edukacji, bo ta jest na nie z definicji impregnowana, ale w kontekście codziennych praktyk moralnych, związanych z nimi refleksji oraz prawdziwie autonomicznych placówek oświatowych służących autentycznemu kształtowaniu charakteru.

Wednesday, July 14, 2021

Telling the Good from its Mocking Parody

Those who preach "diversity" typically support the most stifling ideological uniformity, those who preach "sustainability" typically support the most wasteful self-destructiveness, and those who preach "inclusion" typically support the most vicious exclusion of dissenters. This is a timeless pattern in the lies and inversions of the evil one, which are bound to ensnare those who cannot tell the good from its mocking parody.

Sunday, July 11, 2021

"Fact-checking" jako masowe narzędzie erystyczne

Warto zdać sobie sprawę, że rozplenione ostatnimi czasy strony i przywieszki "fact-checkingowe" są w przeważającej mierze narzędziami erystycznymi i psychomanipulacyjnymi.

Czasami korygują one rzeczywiście błędne informacje, ale głównie w sprawach błahych, tzn. takich, których rozstrzygnięcie nie wymaga żadnej specjalistycznej wiedzy ani samodzielnej analizy wiarygodności przytaczanych źródeł. Przykładowo, łatwo samodzielnie zweryfikować - sprawdzając tym samym "sprawdzacza" - czy X jest faktycznie doktorem, a więc domniemanym specjalistą w danej dziedzinie, czy też jedynie doktorem honoris causa. Z tego summa summarum nie wynika jednak szczególnie wiele, bo nawet niespecjalista może mieć w danej sprawie słuszność.

Tam natomiast, gdzie mamy do czynienia ze sprawami złożonymi, wielopłaszczyznowymi i dynamicznie się rozwijającymi, strony i przywieszki "fact-checkingowe" mają przede wszystkim na celu intelektualne zastraszanie laików poprzez bombardowanie ich argumentami ad verecundiam, zabiegami per fas et nefas lub jeszcze bardziej topornymi erystycznymi sztuczkami. Przykładowo: dlaczego oczywisty drobnoustrój nie powstał w laboratorium? Bo "konsensus naukowców" głosi, że to wersja nieprawdopodobna (choćby z czasem okazało się, iż ów konsensus może się bardzo szybko zmienić - i to nie na podstawie nowych danych naukowych). Dlaczego "Wydarzenie 201" nie ma nic wspólnego z wybuchem epidemii mającym miejsce zaraz po nim? Bo organizatorzy rzeczonego wydarzenia ogłosili, że ich celem było symulowanie, a nie przewidywanie epidemii, a poza tym wirus zasymulowany różnił się w szczegółach od tego, który faktycznie pojawił się chwilę później. I tak dalej, i tak dalej.

Nie trzeba być wirtuozem logiki, żeby zauważyć, że powyższe "obalenia dezinformacji" żadnymi obaleniami nie są, a używane w tym kontekście "fakty" i "argumenty" są albo fałszywymi tropami, albo słabymi erystycznymi fortelami. Tym niemniej sugestia, że daną kwestię rozstrzygnęli "niezależni weryfikatorzy", może skutecznie przekonać psychologicznie podatne osoby, że pewnych hipotez nie warto albo nawet "nie wypada" zgłębiać, żeby nie narazić się czy to na stratę czasu, czy to na śmieszność w oczach innych, choćby było to przekonanie zupełnie bezpodstawne.

Podsumowując, w świecie daleko posuniętej specjalizacji połączonej z informacyjnym szumem ostatecznym weryfikatorem (czy, jak kto woli, meta-weryfikatorem) wszelkiej treści musi być zawsze jej bezpośredni konsument. Tam natomiast, gdzie pojawiają się kryptocenzorzy pozujący na "niezależnych kontrolerów informacji", każdemu roztropnemu odbiorcy dowolnej treści powinno się natychmiast zapalać ostrzegawcze światło. Z weryfikacją informacji jest bowiem tak, jak z przysłowiowym "byciem damą" - jeśli ktoś musi na wstępie ogłaszać, że ma rację, to można mieć z miejsca wątpliwości co do tego, czy faktycznie ją ma; zwłaszcza jeśli chodzi dosłownie o kwestie życia i śmierci o globalnym zasięgu.

Monday, July 5, 2021

Decentralizacja, kryptocenzura i zdrowa przekora

Nachalne (i często zupełnie niespodziewane) opatrywanie wpisów na istotne tematy kryptocenzorskimi przywieszkami, będące nagminną praktyką "społecznościowych" algorytmów, świadczy w gruncie rzeczy o tym, że ich twórcy mają wciąż bardzo niskie mniemanie nie tyle nawet o inteligencji, co o poczuciu własnej godności statystycznego użytkownika ich platform. Wprowadzenie owych przywieszek znamionuje bowiem przekonanie, że po ponad 20 latach powszechnej dostępności Internetu umysł statystycznego człowieka można wciąż programować w całkowicie parciany, deterministyczny i quasi-autorytarny sposób - tzn. jeśli będzie się go regularnie bić po oczach komunikatem, że dana treść jest fałszywa bądź "ekstremistyczna", to właśnie tak zacznie on ją postrzegać.

Tymczasem tego rodzaju praktyki zdają się być najskuteczniejszą metodą na obudzenie poczucia urażonej godności nawet w tych, którzy w innych okolicznościach rzadko dbają o jej zachowanie. Nie po to wszakże korzysta się z otwartej, globalnej sieci informacyjnej, żeby regularnie natykać się na zjawiska rodem z reżimowych stacji telewizyjnych czy kanałów radiowych, gdzie otrzymuje się jedynie informacje odpowiednio spreparowane i przefiltrowane. Naturalnym następstwem urażonej godności jest zatem w tym kontekście przekora, czyli - jak pisał Kisielewski - intelektualny instynkt samozachowawczy. Tym samym - ceteris paribus - informacje oznaczone jako fałszywe zaczyna się spontanicznie traktować jako zawierające w sobie przynajmniej ziarno prawdy, a w informacjach oznaczonych jako "ekstremistyczne" zaczyna się dopatrywać zdrowego rozsądku i trzeźwości oglądu.

Innymi słowy, opisane wyżej i coraz częściej stosowane kryptocenzorskie zagrywki zdają się świadczyć nie tyle o egzekwowaniu wyrachowanych planów kontroli informacyjnej, co o panice, desperacji i organizacyjnej nieporadności. Wypuszczony z butelki dżin informacyjnej decentralizacji już nigdy do butelki nie powróci - i wszyscy co bardziej spostrzegawczy przedstawiciele zaskorupiałych reżimowych i quasi-reżimowych struktur propagandowych zdają sobie z tego sprawę, reagując w jedyny znany im sposób, jakim jest coraz bardziej histeryczne rzucanie kłód pod nogi swoim potencjalnym ofiarom. To jednak napędza jedynie już i tak mocno rozpędzony proces, którego ostatecznym zwieńczeniem jest sytuacja pozwalająca na skuteczne odrzucanie spreparowanych prawd i "wyważonych opinii" stręczonych nie jedynie przez reżimy jawnie totalitarne, ale również przez ich rzekomo "liberalne" i "demokratyczne" odpowiedniki.

Cytując klasykę nad klasykami: "nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome." Dążmy zatem konsekwentnie do tego, żeby, mając do dyspozycji tak bezprecedensowo sprzyjające temu okoliczności, osiągnąć ów stan rzeczy jak najszybciej.

Sunday, July 4, 2021

Symulacja, reset rzeczywistości i rym historii

Pamiętamy zapewne - a jeśli nie, to powinniśmy pamiętać - że w październiku 2019 klika z Davos (ideolodzy perorujący od roku o potrzebie "zresetowania świata") wraz z fundacją jegomościa, który w swojej najnowszej książce poucza czytelników, jak "zbawić świat", zorganizowali symulację "pandemii nowego zoonotycznego koronawirusa", tzw. "Wydarzenie 201" (omawiali przy tej okazji sposoby kontroli przepływu informacji, organizowania zmasowanych kampanii propagandowych i inne bardzo ciekawe kwestie). Miesiąc później ogłoszono, że w Chinach pojawiły się pierwsze przypadki "nowego zoonotycznego koronawirusa" - w Chinach, a konkretniej w prowincji Wuhan, gdzie, rzecz osobliwa, znajduje się laboratorium specjalizujące się w badaniu koronawirusów.

Od tamtego czasu głównodowodzący kliki z Davos perorują coraz częściej, że koronawirus koronawirusem, ale naprawdę groźne okażą się dopiero wirusy komputerowe zdolne sparaliżować globalną infrastrukturę komunikacyjno-finansowo-logistyczną. W związku z powyższym za pięć dni rzeczona klika organizuje już nie "Wydarzenie 201", ale "Cyberpoligon 2021", czyli symulację zmasowanego cyberataku na wspomnianą infrastrukturę. Innymi słowy, będzie to symulacja "wielkiego resetu" w najpowszechniejszym, informatycznym tego słowa znaczeniu.

Czego niedługo potem należy oczekiwać i czy historia się rymuje, to już niech każdy rozważy we własnym rozumie i sumieniu. Za podsumowanie ogólne niech posłuży tu jedynie klasyczny cytat z Adama Smitha: "People of the same trade seldom meet together, even for merriment and diversion, but the conversation ends in a conspiracy against the public.”

Wednesday, June 23, 2021

O ideowych dyskusjach w świecie infantylizmu

Infantylizm w odniesieniu do dyskusji ideowych przejawia się nie tyle w tym, że próbuje się sofistycznie wykoślawiać prawdę, ale w tym, że kompletnie nie jest się nią zainteresowanym albo nawet nie rozumie się, co ten termin oznacza.

Przykładowo, w odniesieniu do dyskusji nad misesowskim teorematem o niemożliwości istnienia racjonalnie alokującej zasoby gospodarki socjalistycznej można wyróżnić następujące bazowe scenariusze:

1. W świecie przynajmniej pozorowanego szacunku dla logicznej argumentacji próba obalenia niniejszego teorematu wymaga wysunięcia kontrargumentu, np. langowskiej sugestii, że na bazie quasi-rynkowej metody prób i błędów można ustalić ceny równowagowe poszczególnych dóbr konsumpcyjnych, a następnie - zgodnie z prawem imputacji - przypisać niearbitralne ceny odnośnym czynnikom produkcji. Choćby nawet było się świadomym logicznych słabości powyższej argumentacji i tym samym używało się jej nieszczerze, to mimo wszystko posuwa to dyskusję naprzód, a więc służy odkrywaniu prawdy.

2. W świecie przynajmniej pozorowanego szacunku dla doświadczalnych danych próba podminowania niniejszego teorematu wymaga powołania się na rzekomo niemożliwe do pogodzenia z nim fakty, np. domniemane osiągnięcia gospodarcze Związku Sowieckiego. Choć jest to już podejście intelektualnie płytsze, bo ignorujące metodologiczne problemy związane z ujednoznacznianiem interpretacji w obszarze zjawisk ekonomicznych, to jest to mimo wszystko podejście umożliwiające dalszą rzeczową dyskusję (bądź to o kwestiach metodologicznych, bądź to o niewiarygodności sowieckich danych). Co istotne, tak jak w poprzednim przypadku jest tak nawet wtedy, gdy z owych danych korzysta się nieszczerze, mając pełną świadomość ich zwodniczego charakteru.

3. Natomiast w świecie infantylistycznym wobec prawdy nie wyraża się nawet pozorowanego szacunku i nie próbuje się jej dociekać nawet przy użyciu niewłaściwych w danym kontekście narzędzi poznawczych. Celem uczestnictwa w ideowej dyskusji nie jest w takim świecie nawet bałamutne przekonanie innych, że ma się rację (choćby i doskonale się wiedziało, że się jej nie ma), ale folgowanie miałkiemu intelektualnemu i emocjonalnemu samozadowoleniu. Cel ten można osiągnąć posługując się nie argumentami czy danymi, ale np. drwinami mającymi wywołać poklask wśród ideowych sojuszników czy chochołami mającymi sprowokować frustrację po stronie ideowych przeciwników. Odnośne przykłady typowych w takim świecie odpowiedzi mogłyby się prezentować następująco: "co kogo obchodzi jakiś Mises w erze sztucznej inteligencji", "rachunkami ekonomicznymi to niech się zajmują księgowi, ja wyrachowany nie jestem i mi z tym dobrze" albo "ten wasz Mises to by za komunistę uznał i Gordona Gekko".

Jakie należy wysnuć wnioski z powyższych obserwacji? Po pierwsze, ideowe dyskusje z ofiarami infantylizmu są w przeważającej większości przypadków całkowicie bezsensowne - niekoniecznie należy spisywać wszystkie takie osoby na straty, ale dbałość o rzadkie zasoby czasowe nakazuje raczej zakładać, że w większości przypadków perswazyjna gra jest tu niewarta świeczki. Można za to podejmować próby inteligentnego okpiwania infantylistycznych domorosłych kpiarzy po to, aby przyciągnąć uwagę osób postronnych, które zachowują wciąż w spojrzeniu na świat pewne elementy intelektualnej powagi. Po drugie zaś warto pozbyć się oporów przed pozostawaniem głównie w obrębie "intelektualnych baniek" czy "ideowych twierdz", jak długo owe bańki i twierdze pełnią rolę benedyktyńskich klasztorów zdolnych do przechowywania pozostałości solidnej intelektualnej kultury.

W ten sposób z jednej strony unika się rzucania pereł przed wieprze, zaś z drugiej strony wysyła się w świat sygnał sugerujący, że nawet jeśli ktoś nie ma zadatków na poławiacza pereł, nie powinien z tego powodu tarzać się w błocie z wieprzami. Nawet jeśli to obiektywnie niewiele, to warto pamiętać, że w wysoce niesprzyjających okolicznościach niewiele to w ostatecznym rozrachunku całkiem sporo.

Monday, June 14, 2021

Syndrom sztokholmski, totalitaryzm hipochondryczny i konieczność kontrpropagandy

Próba przeforsowania permanentnych "paszportów zdrowotnych" oraz kolejnych elementów totalitaryzmu hipochondrycznego będzie najprawdopodobniej polegać na bezceremonialnym, konsekwentnym kultywowaniu syndromu sztokholmskiego wśród tych, którzy są i będą gotowi na podporządkowanie się odnośnym obostrzeniom w imię "wygody życia", "świętego spokoju", "wymogów biznesowych" czy innych względów nie rzutujących rzekomo wcale na ich przekonania moralne czy polityczne.

Najskuteczniejszym katalizatorem owego syndromu sztokholmskiego będzie zaś opór i złość pryncypialnych przeciwników totalitaryzmu hipochondrycznego. Otóż im więcej ludzi będzie się godziło "ze względów praktycznych" na okazywanie "paszportów zdrowotnych" i inne tego rodzaju upokarzające procedury, tym namiętniej będą oni regularnie wyzywani od "potulnych baranów", "dającego się oznakować bydła" itd. To zaś sprawi, że embrionalna forma syndromu sztokholmskiego obecna u "pragmatyków" - przekonanie, że stanowią oni "elitę zdrowego rozsądku", której nie dzieje się w gruncie rzeczy żadna krzywda - zostanie dodatkowo wzmocniona głęboko urażonym (i coraz silniej urażanym) ego. Tym samym "pragmatycy" tym chętniej staną po stronie reżimu winszującego im "zdrowego rozsądku", a nie po stronie "zacietrzewionej tłuszczy" wymyślającej im na okrągło od pokornego bydła czy ogłupiałych lemingów.

Potem zaś wystarczy poczekać, aż "pragmatyków" gratulujących sobie nawzajem "używania normalności" zrobi się wystarczająco dużo, zaś umiarkowanych przeciwników nie chcących stawać w jednym szeregu z "coraz bardziej agresywnymi radykałami" zrobi się wystarczająco mało, aby uznać, że kwestia uległa "znormalizowaniu" i że "radykałowie" nie wpływają już w żaden istotny sposób na "opinię publiczną".

Jak zapobiec powyższemu scenariuszowi? Nie zasugeruję, że najlepszym wyjściem jest tu rezygnacja z miotania animalistycznych obelg pod adresem osób bardziej "giętkich", bo i tak zawsze znajdzie się wystarczająco dużo takich, dla których możliwość pofolgowania podobnym obelgom jest kwintesencją wirtualnego (a czasem i realnego) życia - abstrahując od tego, że motywującej je złości nie sposób odmówić w tym przypadku sporej dozy słuszności. Lepiej zamiast tego wykorzystać bieżący rozwój wypadków do jak najszerszego i jak najusilniejszego wykazywania, że kultywowanie syndromów sztokholmskich, "gotowanie żaby" i rządzenie przez dzielenie to stały zestaw zgrzebnych etatystycznych sztuczek, którym w dobie powszechnego i natychmiastowego dostępu do "kontrpropagandy" naprawdę nie wypada już ulegać. Należy przy tym konsekwentnie podkreślać, że wrogiem jest zawsze ten, kto dybie na cudzą wolność, a nie ten, kto strofuje innych za jej lekkomyślne oddawanie - zwłaszcza, że ci, którym wydaje się, że "pragmatycznie" oddali niewiele naturalnej wolności za sporo "wolności nadanej", tracą z czasem coraz więcej i jednej, i drugiej.

Można przy tym - w ramach "zademonstrowanej preferencji" - tak długo, tak licznie i tak pryncypialnie unikać wszelkich sytuacji, w których oczekiwane jest podporządkowanie się procedurom totalitaryzmu hipochondrycznego, aż rozmaite potężne grupy interesu (np. przemysł turystyczny, akademicki, modowy itp.) same zaczną lobbować na rzecz jak najszybszego wycofania odnośnych obostrzeń.

Tak czy inaczej, kluczowe wnioski są tu, zdaje się, dwa. Po pierwsze, nie należy liczyć na to, że jakikolwiek reżim (a zwłaszcza ich konsolidujące się globalne zrzeszenie) łatwo zrezygnuje z jakichkolwiek prób dodatkowego poniżania wolnych ludzi. Po drugie zaś, nie wolno dopuścić do tego, aby dowolny reżim mógł liczyć na to, że podobne próby ujdą mu na sucho. Im bardziej tamci próbują się panoszyć, tym bardziej należy pójść za ciosem i powiedzieć: basta.

Monday, June 7, 2021

W przygotowaniu na upadek nierzeczywistości

To, że neomarksistowsko-"postmodernistyczno"-infantylistyczny świat nachalnie stręczony zwykłym ludziom przez globalny kompleks polityczno-korporacyjno-"rozrywkowo"-indoktrynacyjny rozpadnie się w niedługim czasie z głośnym hukiem, powinno już być dla każdego rzeczą oczywistą. W przyspieszonym tempie obiera on bowiem tor kolizyjny z fundamentami rzeczywistości - i to w każdym aspekcie - umieszczając na swych sztandarach coraz bardziej otwarcie śmieszno-straszne wymysły ("bezpłciowi ludzie", "nierasistowska matematyka", ujemne stopy procentowe itp.).

Rzeczą nieoczywistą może być wciąż za to odpowiednie ustosunkowanie się do bliskiej perspektywy owego wielkiego rozpadu. Otóż kardynalnym błędem jest w tym kontekście przekonanie, że owemu światu powinno dawać się odpór na bazie kompleksowych analiz, wyczerpujących zestawów logicznych kontrargumentów, życzliwych dialogów itp. Takie podejście stanowi bowiem wielkie marnotrawienie rzadkiego czasu i rzadkich zasobów intelektualnych na przysłowiowe "strzelanie do ryb w beczce". Pokrewnym błędem jest przeświadczenie, że powinno się nad tym światem załamywać ręce i toczyć przeciwko niemu wielką moralną krucjatę - to jest bowiem z kolei wielkie marnotrawienie rzadkich zasobów etycznych i kulturowych na nobilitowanie ostatniej rzeczy, jaka na to zasługuje.

W jaki sposób należy zatem czekać na nieuniknione? Otóż należy po prostu żyć w sposób maksymalnie normalny i zdroworozsądkowy, ostentacyjnie ignorując wszelkie żądania, roszczenia i "zalecenia", jakie wystosowują promotorzy wyżej opisanej nierzeczywistości. Trzeba przy tym zachowywać dobry humor, spokój ducha i głęboką świadomość, że żadna ilość propagandy, pogróżek czy fałszywej przymilności nie zdoła naruszyć naszej osobistej godności i poczucia szacunku wobec prawdy. Nic więcej nie potrzeba - a przy tym nic innego nie wymaga bardziej konsekwentnej dyscypliny intelektu, sumienia i woli.

Friday, June 4, 2021

Decorum jako wyznacznik wartościowej treści

W czasach wszechobecnego informacyjnego szumu udającego rzetelne fakty, parcianej dialektyki udającej argumentację i miałkich sloganów udających idealizm, najszybszym kryterium rozpoznania wartościowej treści jest decorum, czyli zgodność zdroworozsądkowej merytoryki i dojrzałej stylistyki.

Treść bezwartościowa lub zwodnicza jest zawsze albo sensacjonalistyczna i panikarska, albo łzawa i infantylna, albo bełkotliwa i żargonowa, albo wulgarna i pozerska, albo hasłowa i protekcjonalna, albo napastliwa i nowinkarska. Tymczasem treść godna uwagi pozostaje logicznie przejrzysta nawet wtedy, gdy nie rozumiemy niuansów przeprowadzonego wywodu, i językowo elegancka nawet wtedy, gdy obce jest nam opisywane zjawisko.

Nie ma obecnie takiej treści wiele. Tym łatwiej jednak rozpoznawać te jej nieliczne przejawy, na jakie można się od czasu do czasu natknąć - i tym więcej przestrzeni umysłowej można przeznaczyć na to, aby je pieczołowicie przechowywać.

Thursday, June 3, 2021

O zasłudze utrzymywania świata w posadach

Rzeczywistość i całe jej nieskończone bogactwo opiera się na rozróżnieniach, granicach, naturach i esencjach - rasowych, płciowych, gatunkowych, rodzinnych, własnościowych itd. Owe cechy rzeczywistości są gwarantem unikatowości każdej istoty - zwłaszcza rozumnej - a jednocześnie jej przynależności do szerszego wspólnotowego kontekstu i jej kooperacyjnej komplementarności wobec innych istot.

Kiedy więc jedną z najsilniej forsowanych i najobficiej opłacanych form ideologicznej indoktrynacji jest ta zmierzająca do rozmycia lub zaciemnienia w umysłach i sumieniach odbiorców wyżej opisanych zjawisk, wówczas możemy mieć pewność, że zbliżamy się w przyspieszonym tempie do istotnego "horyzontu zdarzeń" - albo, ujmując rzecz bardziej swojsko, do sytuacji typu "wóz albo przewóz". Jest tak zwłaszcza wtedy, gdy owa indoktrynacja nie dba już zupełnie nawet o pozór argumentacji czy budowania w odbiorcach estetycznie atrakcyjnych "uniesień", tylko - rozmiękczywszy wcześniej w wystarczającym stopniu poznawcze i estetyczne zdolności swoich docelowych ofiar - posługuje się już wyłącznie nachalnym komunikacyjnym bombardowaniem, bodźcowaniem i sloganowym urabianiem.

Mowa tu o procesach, których nie warto być może nawet skrótowo definiować, bo wszystkie określenia typu "szaleństwo", "wandalizm", "demoralizacja", "antycywilizacja" itp. wydają się tu nieadekwatne albo wręcz nobilitujące. Lepiej więc być może skupić się w tym kontekście przede wszystkim na sobie i na pewności swojego ugruntowania w rzeczywistości. Innymi słowy, tak jak w czasach powszechnego fałszu mówienie prawdy jest aktem rewolucyjnym, tak w czasach powszechnej wojny z rzeczywistością podobnie rewolucyjnym aktem jest bycie konsekwentnie normalnym w myśli, mowie, uczynku i staraniu - tzn. bycie całkowicie wolnym od zniszczeń niesionych przez ową wojnę. W opisywanych tu bowiem okolicznościach nawet tak, zdałoby się, najoczywistsza i najbardziej odruchowa rzecz, jak bycie normalnym, może wymagać pogłębionego, świadomego wysiłku intelektu, sumienia i woli.

Jeśli więc przeczuwa się zbliżający się "horyzont zdarzeń", to właśnie w owym wysiłku należy niezłomnie trwać aż do końca: nie rozpaczając nad tym, że "nie ruszyło się świata z posad", tylko spokojnie ciesząc się z tego, że się świat w posadach utrzymało. Nie ma i nie może być większej zasługi i wartościowszej nagrody.

Wednesday, June 2, 2021

Tiktok and Snapchat: Virtual Brainwashers

Dear parents: make sure to discourage your children - both younger and older - from any contact with applications called Tiktok and Snapchat. Not by force, as this can make them look like "forbidden fruit", but with the help of wise and caring persuasion. This task is even more urgent in the era of more or less forced virtualization of many areas of life, when the Internet is becoming an exceptionally voracious time eater.

Why are these applications so dangerous? To put things bluntly but accurately, they are essentially giant, extremely aggressive brainwashers that operate on the basis of "soft" forms of MKUltra techniques. Anyone who is unfamiliar with this term should consult at least the basic materials on the phenomenon in question. While, at the end of the day, it is truly a bottomless subject, in the context of the aforementioned "social media", MKUltra techniques involve literal brainwashing (i.e., dissolving one's cognitive abilities, moral sensitivity, good taste, and natural spiritual intuitions) by means of ceaseless, intrusive stimulation, subliminal perception, and creating a mind-numbingly hypnotic, narcotic atmosphere. When one's mind is sufficiently conditioned and permanently infantilized in this way - and the developing minds of children and adolescents are particularly susceptible to such influences - it can subsequently be infiltrated with sounds, images, and messages capable of normalizing every absurdity, every delusion, every vulgarity, and every perversion, which is then treated as just another form of "entertainment", "creativity" or "self-expression".

In view of the above, it should come as no surprise that there has recently been a veritable outpouring of individuals - especially children and "young adults" - who, having behaved normally for a longer period of time, suddenly declare that they want to "change their gender", that they are "genderless", that they are depressed due to an alleged "climate catastrophe", or that it is necessary to kneel before Neo-Marxist terrorists known as BLM. I caution against downplaying the above phenomena and reducing them to the level of ordinary youthful silliness, which is naturally bound to dissipate over time - this is not age-old juvenile experimentation with the forbidden fruit, but typical dissociative and post-trumatic attitudes caused by falling prey to devious techniques of behavioral control.

Applications such as Tiktok and Snapchat are not the only culprits here - to a lesser extent, the influence of "soft" MKUltra brainwashing can also be seen on Instagram (whose use should also be discouraged, especially among children, since it is by no means an indispensable medium of communication), as well as in numerous popular music videos and TV series (especially on Netflix), but here one can resort to the principle of separating the wheat from the chaff - they are typically distinguishable on the basis of contrast. The first two of the abovementioned applications, on the other hand, were created solely for the purpose of nefarious psychological manipulation, the former being, according to recent data, the most downloaded application in the world. This should make us realize the scale and intensity of the relevant threats.

The foregoing remarks are neither a joke, nor a hiperbole, nor panic-mongering, nor groundless grumbling, but an accurate description of meticulously organized and very well-paid operations which, if not countered, will lead to the emergence of a generation so intellectually, morally, and spiritually emasculated that living a normal life will be an absolutely unbearable duty for it. Thus, if you are parents, counter these machinations as quickly as possible, and if you are not, inform your parent friends on the matter: not in the spirit of alarmism, but by patiently elucidating the causal relationships which have become exceptionally (and negatively) influential in today's world of unprecedented communicative sloppiness and childish immediatism.

Sunday, May 30, 2021

O prawdziwych i fałszywych teoriach spiskowych

Istnieją prawdziwe i fałszywe teorie spiskowe, tak samo jak istnieją prawdziwe i fałszywe spiski. Co być może w tym kontekście najistotniejsze, najgroźniejsze i potencjalnie najbardziej szkodliwe są te spiski, które są najlepiej zakamuflowane lub powiązane z najskuteczniejszymi kampaniami propagandowymi. Wynika z tego przykry, ale nieodparty wniosek, że nawet najrzetelniejsze próby obnażenia owych najgroźniejszych spisków będą najczęściej spotykać się z (nieraz przyzwoicie uzasadnionymi) zarzutami o uleganie efektowi potwierdzenia czy dobieranie danych pod tezę.

Generalna zasada poznawcza przedstawia się więc w rzeczonej tematyce następująco: w obliczu ograniczonych zasobów czasowych nie warto zajmować się teoriami spiskowymi dotyczącymi spraw błahych, bo - nawet jeśli prawdziwe - teorie te nie mają dużego praktycznego znaczenia; warto natomiast bardzo poważnie wziąć pod uwagę wariant spiskowy tam, gdzie jego prawdziwości nie da się z góry wykluczyć i gdzie owa prawdziwość wiązałaby się z bardzo poważnymi negatywnymi konsekwencjami dla wszystkich ofiar spiskowców. Warto bowiem poświęcić nawet znaczną ilość ograniczonych zasobów czasowych, żeby w razie czego w porę postawić tamę kolejnej rewolucji francuskiej, rewolucji bolszewickiej czy projektowi MKUltra - albo, w najgorszym przypadku, syntezie wszystkich powyższych zjawisk.

Saturday, May 29, 2021

Dzisiejszość w służbie nie przyszłości, a wieczności

Im nachalniej promowane jest to, co "nowe", tym usilniej należy się trzymać nie tego, co stare, ale tego, co odwieczne. Im natarczywiej stręczone jest to, co "współczesne", tym pilniej należy trwać nie przy tym, co przebrzmiałe, ale przy tym, co ponadczasowe. Im zuchwalej zalecane jest to, co "postępowe", tym wytrwalej należy kultywować nie to, co reakcyjne, ale to, co pryncypialne. A im bezczelniej fetowane jest to, co "rewolucyjne", tym solenniej należy wdrażać nie to, co kontrrewolucyjne, ale to, co rewelacyjne.

Sunday, May 23, 2021

Nie należy "dialogować" z nierzeczywistością

Gdy jedna strona wychodzi od przesłanki, że 2+2=4, zaś druga od przesłanki, że 2+2=5, wówczas nie ma miejsca na żaden dialog, polemikę, wymianę myśli czy "konstruktywne współistnienie". Podobnie ma się sprawa, gdy jedna strona bezwzględnie akceptuje prawo niesprzeczności, a druga strona je odrzuca, czy też gdy jedna strona uznaje, że prawda to zgodność z rzeczywistością, a druga strona twierdzi, że prawda to "konstrukt narracyjny". W takich sytuacjach istnieją jedynie dwa rozwiązania: pokojowa wzajemna izolacja albo konflikt. Jeśli natomiast jedna ze stron - a w przeważającej mierze jest to w wymienionych wyżej sytuacjach strona druga - rozpycha się siłowo i coraz bardziej próbuje stronie pierwszej "wchodzić na głowę", wówczas jedyną pozostałą honorową opcją jest konflikt (opcją niehonorową jest kapitulacja).

Nie musi być to oczywiście konflikt zbrojny czy inna forma działań fizycznie agresywnych - optymalną formą działania jest tu zawsze "bycie roztropnym jak wąż i nieskazitelnym jak gołąb". Niemniej rzecz w tym, aby zrozumieć, że wtedy, gdy wszelkie kwestie szczegółowe zaczynają się otwarcie sprowadzać do najbardziej podstawowego i odwiecznego z konfliktów - tego między rzeczywistością a nierzeczywistością - wszelkie dialogi, polemiki czy wymiany myśli stają się stratą czasu pochłaniającą i marnotrawiącą zasoby intelektualne tych, którzy stoją po stronie rzeczywistości. Debatować o prawdzie można jedynie w kulturze szacunku dla prawdy, natomiast w kulturze pogardy dla prawdy trzeba się jedynie prawdy trzymać. Podobnie, w atmosferze niemoralności trzeba dawać świadectwo, nie toczyć "spory moralne". Działa tu jedna zasada: po owocach ich poznacie. Trzymać się zaś tej zasady to umieć rozpoznawać wszystkie te sytuacje, w których "wezwania do dialogu" czy "pięknego różnienia się" są niczym innym, niż próbą wciągnięcia ludzi dobrej woli w bezowocną paplaninę obliczoną na zmęczenie materiału.

Należy zachowywać nadzieję, że jak najmniej sytuacji będzie się przedstawiać w powyższy sposób. Trzeba przy tym jednak trwać w świadomości, że w dobie coraz zuchwalszego wierzgania przeciw kwestiom ewidentnym może się to okazać nadzieją płonną - a w takim wypadku nie można mieć wątpliwości co do tego, że trzeba reagować w sposób stanowczy.

Friday, May 21, 2021

Wszelkie "nowe łady" to odgrzewane bałagany

Jedynie słowa bezprzymiotnikowe zachowują na ogół swój właściwy sens - a zwłaszcza te, które odnoszą się do zjawisk o charakterze ponadczasowym. W związku z tym - w duchu herbertowskich "mądrych tautologii natury" - jedynie ład jest ładem, jedynie porządek porządkiem i jedynie normalność normalnością. Innymi słowy, wszelkie "nowe łady" to jedynie odgrzewane bałagany, wszelkie "nowe porządki" to jedynie pudrowane bezhołowia, a wszelkie "nowe normalności" to jedynie strupieszałe absurdy.

Jeśli cokolwiek miałoby być w tym kontekście autentycznie nowe, to niech to wreszcie będzie pełna mentalna odporność na wszelkie tego rodzaju niewolnicze slogany - tylko prawda nas wyzwoli, a ta, jak wiadomo, domaga się niezmiennie tego, żeby "tak" było zawsze "tak", a "nie" zawsze "nie". Nic zaś nie zasługuje na bardziej kategoryczne "nie", niż dybanie na cudze, przekupywanie cudzym "swojego" i zaciemnianie różnicy między jednym a drugim.

Wednesday, May 19, 2021

Infantylizm jako niewolnictwo doskonałe

Infantylizm - dominującą obecnie orientację życiową - można zdefiniować jako przekonanie, że celem życia jest folgowanie swoim doraźnym zachciankom, wydumanym fanaberiom i ostentacyjnym kaprysom: im bardziej niedorzecznym, tym lepiej. W pierwszej chwili mogłoby się zdawać, że w świetle powyższej definicji orientacja ta zawiera w sobie pewien immanentny potencjał wolnościowy: niezgodę na status quo, kontestacyjny zapał itp. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Wolność to możliwość swobodnego odkrywania prawdy, czynienia dobra i obcowania z pięknem, podczas gdy infantylizm to ułuda tworzenia prawdy, redefiniowania dobra i przekształcania piękna. Innymi słowy, wolność usuwa przeszkody na drodze realizacji potencjału zawartego w rzeczywistości, podczas gdy infantylizm sugeruje, że to rzeczywistość jest przeszkodą na drodze realizacji potencjału zawartego w swoim widzimisię.

Tym samym infantylista - osoba przyzwyczajona do reagowania histerią na wszelkie napomnienia, że pierwszym warunkiem spełnionego życia jest szacunek wobec rzeczywistości - staje się niewolnikiem doskonałym: kimś, kto wierzy, że wolność to możliwość swobodnego zarządzania klatką zbudowaną z własnych złudzeń. Żeby w sposób pełny kontrolować wszelkie jego zachowania, wystarczy bezustannie dostarczać mu budulca owej klatki. A jako że inną bardzo wdzięczną definicją infantylizmu jest miałki, bezmyślny i roszczeniowy emocjonalizm, na ów budulec składają się głównie bezustannie dostarczane krótkotrwałe percepcyjne bodźce, pseudomoralizatorskie pochwały i lukrowane apele o "bycie sobą". Nie trzeba dodawać, że powyższy zestaw łączy w sobie najgorsze cechy politycznej propagandy, marketingowego pustosłowia i popkulturowej banalności, tym samym sprawiając, że infantyliści nie tylko nie są żadnymi twórczymi kontestatorami, ale są wręcz na ogół idealnie zaprogramowanymi "pudłami rezonansowymi" powtarzającymi wszystkie najbardziej sztampowe opinie polityczno-korporacyjnego głównego nurtu, twierdząc co gorsza, że są to ich oryginalne i kreatywne przemyślenia.

Pierwszym krokiem na drodze do wyzwolenia się od podobnego nastawienia jest przyjęcie, że warto wymagać od siebie, zaś pierwszym krokiem na drodze do wymagania od siebie jest uważne wsłuchanie się w to, czego gotowi są wymagać od nas inni, zwłaszcza rozmaici uczciwi moraliści, "boomerzy" czy herbertowskie "płaczliwe stare panny". Dopiero wówczas możemy sobie bowiem uświadomić, że warunkiem bycia wolnym jest chęć czynienia użytku ze swojej wolności - tego natomiast nie da się uczynić osiadając trwale na laurach zdziecinniałego samozadowolenia.

Tuesday, May 18, 2021

Covidizm: nie "kult nauki", a kult próżnego strachu

Covidizm i jego społeczno-polityczne następstwa nie są przejawami żadnego "kultu nauki" i nie należy ich nobilitować podobnymi określeniami. Są one zamiast tego świadectwem kultu strachu i miałkiej próżności, który - w ramach całkowitej moralnej inwersji - wynosi strach do rangi roztropności, a samochwalcze epatowanie strachem do rangi "obywatelskiej postawy". Nie trzeba dodawać, że dalszą konsekwencją wspomnianej moralnej inwersji jest bezprecedensowa bierność w obliczu coraz to kolejnych prób zniewalania jednostki, które można wówczas automatycznie zracjonalizować jako "rozsądne środki zaradcze, które tak czy inaczej podjęłoby się samemu".

Jest to zatem, nomen omen, sytuacja demaskatorska, w której można się przekonać, jak konsekwentne bądź rachityczne było czyjeś zaangażowanie na rzecz określonych wartości. Pozostaje mieć nadzieję, że przynajmniej w części przypadków owa demaskatorska konfrontacja sprawi, że wspomniane zaangażowanie nie tyle całkowicie wyparuje, co - wręcz przeciwnie - otrzyma otrzeźwiający impuls pozwalający mu zakorzenić się w autentycznie solidnej podstawie.

Monday, May 17, 2021

O szczerości pretensjonalnych autodeklaracji

Głupawe prześmiewki w rodzaju "mam wreszcie chipa od Gatesa, mogę teraz przełączać myślą kanały telewizyjne" świadczą o dwóch rzeczach. Po pierwsze znamionują one wewnętrzne uczucie niepokoju, które próbuje się wyprzeć bądź zbagatelizować poprzez ostentacyjne obracanie całej kwestii w niedorzeczność. Po drugie zaś sygnalizują one to, że nie jest się wcale przekonanym co do tego, czy należy szczerze namawiać bliźnich do pójścia w swoje ślady - wszakże dość oczywistym jest to, że konfrontacja z takimi parcianymi złośliwostkami działa odpychająco i utwierdza daną osobę na jej pierwotnym stanowisku. Podsumowując, jak to na ogół bywa w przypadku pretensjonalnych grupowych autodeklaracji, nie świadczą one o autentycznym przekonaniu co do słuszności działań danej grupy - nieraz mogą zaś świadczyć o czymś zgoła przeciwnym.

Thursday, May 13, 2021

Zasadniczy konflikt i nieuchronne zwycięstwo

Jaki jest właściwy i ostateczny cel wyjątkowo potężnej, wpływowej i bogatej globalnej koterii perorującej od roku o rzekomej potrzebie "zresetowania świata", pod którym podpisało się dotychczas wiele spośród najważniejszych rządów, największych korporacji i najznaczniejszych organizacji międzynarodowych? Pytanie to jest o tyle bardziej frapujące, o ile realizacja owego celu uwzględnia cały zestaw elementów jakby rozmyślnie połączonych pod kątem jak najpełniejszego poniżenia zwykłego człowieka, tak na płaszczyźnie materialnej, jak i duchowej.

Maltuzjański ekologizm to, po pierwsze, celowe zahamowanie potencjału rozwojowego globalnej gospodarki, a po drugie nakłanianie człowieka do upokarzającego płaszczenia się przed ontologicznie podrzędnym wobec niego światem natury. Socjoinżynieryjny technokratyzm to, po pierwsze, maksymalne "zrobotyzowanie" istoty ludzkiej, a po drugie sugerowanie, że nawet tak zrobotyzowany człowiek powinien pogodzić się z myślą, że prędzej czy później stanie się on podrzędny wobec "inteligentnych maszyn". Neomarksizm (alias "polityka tożsamości", "teoria krytyczna", "polityczna poprawność", "gospodarka inkluzywna" itp.) to podporządkowanie społeczeństwa bezustannie podsycanej ideologicznej awanturze toczącej się na wszelkich możliwych frontach. "Kapitalizm interesariuszy" to pseudomoralizatorska, oligarchiczna parodia systemu wolnej przedsiębiorczości. Zaś próba normalizacji "zarządzania kryzysowego" jako domyślnego stanu rzeczy w relacjach społeczno-gospodarczych to propaganda permanentnego strachu i samozniewolenia.

Jednoczesne zaistnienie wszystkich powyższych elementów doprowadziłoby do powstania autentycznego "piekła na Ziemi", w którym zwykli ludzie byliby skazani na odbywające się w zwolnionym tempie fizyczne i mentalne zbiorowe samobójstwo. Czy najpotężniejsze, najbogatsze i najbardziej wpływowe podmioty na tym świecie nie zdają sobie z tego sprawy? A jako że ich potęga, bogactwo i wpływy opierają się na inicjatywie i produktywności klasy średniej i niższej, czy nie zdają sobie sprawy z tego, że forsując powyższą agendę podcinają gałąź, na której siedzą?

Trudno założyć, że wszystkie powyższe podmioty działają w stanie tak daleko posuniętego ideologicznego zaślepienia, że nie pojmują nieuchronnych rezultatów swojego ewentualnego zwycięstwa. Jeśli nie chodzi tu zatem o władzę, pieniądze czy wpływy, to o co w tym wszystkim chodzi? Po co to wszystko? Tutaj nie pozostaje nic innego, jak zrezygnować z wszelkich redukcjonistycznych wyjaśnień i dokonać "zwrotu metafizycznego". Można się przeciw temu buntować, można próbować "zostawić metafizykę metafizykom", można próbować konstruować w zastępstwie fantazyjne kombinacje ignorancji, niefortunnych dobrych chęci i niezamierzonych konsekwencji, ale im dłużej będzie się to czynić, tym bardziej jedyne adekwatne wyjaśnienie będzie się nam narzucać ze swoją naturalnością, przejrzystością i odwieczną aktualnością. I choć na temat owego wyjaśnienia napisano już niezliczone tomy i równie niezliczone tomy można by wciąż o nim napisać, jego istotę można zawrzeć już choćby w następujących trzech znanych każdemu cytatach:

"Wy macie diabła za ojca i chcecie spełniać pożądania waszego ojca. Od początku był on zabójcą i w prawdzie nie wytrwał, bo prawdy w nim nie ma."

"Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich."

"Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie."

Tylko tyle - i aż tyle. Całe dzieje świata sprowadzają się w ostatecznym rachunku do tego jednego, zasadniczego konfliktu, którego wynik jest co prawda przesądzony, ale nie zmienia to faktu, że wraz ze zbliżaniem się do swego rozstrzygnięcia staje się on coraz jawniejszy, burzliwszy i bardziej bezpardonowy. Wszyscy ludzie dobrej woli muszą więc być trzeźwi i czujni - a jednocześnie powinni cieszyć się na nieuchronne zwycięstwo. Nie ma bowiem ostatecznie tego złego, co by na dobre nie wyszło - nawet jeśli w kluczowym momencie może się wydawać, że jest zupełnie na odwrót.

Tuesday, May 11, 2021

Tiktok i Snapchat: wirtualne pralnie mózgów

Drodzy Rodzice: zadbajcie o to, żeby bezwzględnie odwieść Wasze pociechy - młodsze i starsze - od jakiegokolwiek kontaktu z aplikacjami nazywającymi się Tiktok i Snapchat. Nie siłowo, bo to może nadać im polor "zakazanego owocu", ale przy pomocy mądrej i troskliwej perswazji. Jest to zadanie tym pilniejsze w erze mniej lub bardziej wymuszonej wirtualizacji wielu dziedzin życia, kiedy to Internet staje się wyjątkowo żarłocznym pożeraczem czasu.

Czemu rzeczone aplikacje są tak groźne? Dosadnie, ale ze wszech miar prawdziwie rzecz ujmując, są to wielkie, wyjątkowo agresywne pralnie mózgów funkcjonujące w oparciu o "miękkie" formy technik MKUltra. Komu obcy jest ten termin, ten powinien zapoznać się choćby z podstawowymi materiałami na temat odnośnego zjawiska. Jest to zasadniczo temat "bez dna", ale w kontekście wyżej wymienionych "mediów społecznościowych" techniki MKUltra polegają na dosłownym "praniu mózgu" (konsekwentnym rozmiękczaniu zdolności poznawczych, wrażliwości moralnej, naturalnych intuicji duchowych i poczucia dobrego smaku) poprzez bezustanne, natarczywe bodźcowanie, percepcję podprogową i wytwarzanie permanentnej narkotyczno-hipnotycznej atmosfery. Do spreparowanego i trwale zinfantylizowanego w ten sposób umysłu - a szczególnie podatne na podobną preparację i trwałą infantylizację są wciąż rozwijające się umysły dzieci i młodzieży - można następnie wtłoczyć dźwięki, obrazy i komunikaty normalizujące każdy absurd, każde bałamuctwo, każdą wulgarność i każdą perwersję, które są wówczas traktowane jako kolejne formy "rozrywki", "kreatywności" czy "samoekspresji".

Biorąc powyższe pod uwagę, nie powinno dziwić, że w ostatnim czasie pojawił się wyjątkowy wysyp osób - a zwłaszcza dzieci i "młodszej młodzieży" - które, zachowując się przez dłuższy czas normalnie, deklarują nagle ni z tego, ni z owego, że chcą "zmienić płeć", że są "osobami bezpłciowymi", że mają depresję z powodu rzekomej "katastrofy klimatycznej", czy że należy klękać przed neomarksistowskimi terrorystami znanymi jako BLM (względnie przyłączać się do rynsztokowo-chuligańskich wybryków, jakich byliśmy świadkami w październiku zeszłego roku, abstrahując od materii intelektualnego sporu, który rzekomo je motywował). Przestrzegam przed bagatelizowaniem powyższych zjawisk i sprowadzaniem ich do poziomu zwyczajnego młodzieżowego fiksum dyrdum, które z czasem wietrzeje z głowy - to nie jest odwieczne sztubackie "eksperymentowanie z zakazanym owocem", ale typowe zachowania dysocjacyjne i post-traumatyczne wynikające ze stania się bezwiednymi ofiarami wyrachowanych technik kontroli behawioralnej.

Aplikacje Tiktok i Snapchat nie są tu jedynymi winowajcami - w mniejszym stopniu wpływ MKUltra zaznacza się również na Instagramie (do którego też proponuję swoje pociechy zniechęcić, bo nie jest to żadne nieodzowne medium komunikacyjne), a także w popularnych teledyskach i serialach (zwłaszcza na Netfliksie), ale tu już można stosować zasadę oddzielania ziarna od plew - na zasadzie kontrastu da się je na ogół odróżnić. Natomiast dwie pierwsze z wymienionych wyżej aplikacji zostały stworzone wyłącznie w nikczemnych celach psychomanipulacyjnych - przy czym pierwsza z nich była wedle niedawnych danych najczęściej pobieraną aplikacją na świecie. To powinno uzmysłowić nam skalę i intensywność odnośnych zagrożeń.

Powyższe uwagi nie są żartem, hiperbolą, panikarstwem ani gołosłowną gderliwością, ale rzetelnym opisem bardzo precyzyjnie zorganizowanych i bardzo sowicie opłacanych działań, które - jeśli nie postawi się im kontry - doprowadzą do powstania pokolenia tak intelektualnie, moralnie i duchowo wyjałowionego, że normalne życie będzie dla niego obowiązkiem absolutnie niemożliwym do udźwignięcia. Jeśli więc jesteście rodzicami, to podobną kontrę jak najszybciej postawcie - a jeśli nimi nie jesteście, to poinformujcie w tej sprawie wszystkich waszych znajomych, którzy nimi są: nie w duchu alarmistycznym, ale cierpliwie naświetlając związki przyczynowo-skutkowe, które nabrały szczególnej roli w dzisiejszym świecie bezprecedensowej komunikacyjnej niedbałości i dziecinnej doraźności.

Monday, May 10, 2021

Covidizm: polityczna religia samozniewolenia

Covidizm to polityczna religia posiadająca swoje własne rytuały, kapłanów, pseudosakramenty, tabu i koncepcję świeckiego zbawienia. Jako taka służy ona upowszechnianiu zachowań depersonalizacyjnych, dystansujących od innych (tak fizycznie, jak i psychologicznie), hipochondrycznych i mizantropicznych, nadając im sankcję "rozsądnej profilaktyki zdrowotnej" i "obywatelskiego obowiązku". Ponadto jest to bezprecedensowy eksperyment psychologiczny testujący to, w jakim stopniu w erze powszechności wirtualnej komunikacji możliwe jest masowe kształtowanie opinii i urabianie trwałych nawyków społecznych przy pomocy wszechobecnego astroturfingu, gaslightingu, clickbaitingu, "gotowania żaby" i kultywowania syndromu sztokholmskiego (zwłaszcza w wydaniu pop-scjentystycznym).

Jako że nie ma tego złego, co by na dobre wyjść nie mogło, warto wykorzystać okres intensywnego krzewienia owej politycznej religii jako wielką i kluczową lekcję z zakresu praktycznej epistemologii, czyli rozpoznawania, kiedy, w jakim stopniu i w jaki sposób rzekomo obiektywne dane medyczne są manipulowane i przefiltrowywane w celu podporządkowania ich opisywanym wyżej celom socjotechnicznym. Nie jest to zadaniem prostym, gdyż uzyskanie w tym kontekście stosownych umiejętności poznawczych wymaga zdobycia odpowiedniej wiedzy z całego szeregu dyscyplin, żadnej z których - będąc laikiem - nie da się opanować w trybie przyspieszonym na poziomie specjalistycznym. Nie ma jednak innego sposobu na pogłębianie mądrości praktycznej, bez której zawsze będzie się ofiarą adeptów sztuki "ojca kłamstwa".

Sunday, May 9, 2021

O kompletnym arsenale przeciw "piekłu na Ziemi"

Jeśli za cokolwiek można być wdzięcznym domorosłym "władcom świata", to za to, że wprost przedstawili oni ostatnimi czasy pełen zestaw elementów, z których pragnęliby zbudować swoje idealne "piekło na Ziemi". Na zestaw ów składają się: maltuzjańska "kontrola populacyjna", pseudopogański "kult natury", socjoinżynieryjny technokratyzm, permanentna neomarksistowska indoktrynacja oraz globalny polityczno-korporacyjny komunofaszyzm. Co istotne, w żadnym z owych elementów nie ma nic odkrywczego: są to wszystko zjawiska równie destruktywne i immanentnie dysfunkcjonalne, co ideologiczne wtórne i zwietrzałe.

Głównym pożytkiem z czytelnego opisania powyższej kombinacji jest to, że wszyscy ludzie dobrej woli mogą z kolei uzyskać jasną świadomość tego, zestawienie jakich elementów należy owej kombinacji przeciwstawić. W tym kontekście wspomnieć z kolei należy: wolność osobistą, własność prywatną, swobodę konkurencji, przedsiębiorczą innowacyjność, regionalną autonomię, silne rodziny i wspólnoty lokalne, klasyczne cnoty, prawo naturalne, dobrowolnie ukształtowane tradycje oraz "stary dobry Boży ład". Do tego pakietu również nie ma potrzeby niczego dodawać: jest on równie nienowatorski, co kompletny w swojej niezmiennej wartości.

Po obu stronach mamy zatem pełne i gotowe arsenały, co nieodparcie sugeruje, że "ostateczne starcie" jest już na horyzoncie. Ufam głęboko, że jego rozstrzygnięcie może być tylko jedno: dobra strona zwycięża - i to w sposób całkowity.

Friday, May 7, 2021

"Bycie sobą": czyli bycie tym, kim chcą, żebyś był

Wszechobecne propagandowo-infantylizujące zwroty takie jak "bądź sobą", "bądź, kim chcesz", "możesz wszystko", "spełniaj marzenia", "kochaj siebie", "nie pozwalaj się osądzać" itp. można odbierać dwojako. Z jednej strony można się nauczyć je całkowicie ignorować jako lukrowane pustosłowie i pop-psychologiczną mowę-trawę - i to jest dla zdecydowanej większości osób wybór optymalny. Z drugiej jednak strony można do tego stopnia bezwiednie przesiąknąć ich wpływem, że sukcesywnie traci się wskutek tego zdolność do rozumowania w poważnych normatywnych kategoriach, takich jak obowiązki, cnoty, przywary, wyrzeczenia, samodyscyplina, skrucha czy sprawiedliwa kara. To zaś może być z moralnego punktu widzenia wyjątkowo i nieodwracalnie wyniszczające.

Dla porównania, bycie konsekwentnie indoktrynowanym abstrakcyjnymi, pseudonaukowymi frazami powiązanymi z ideologią udającą logicznie skonstruowany system myślowy może być w ostatecznym rachunku mniej groźne. Jeśli np. słyszy się bezustannie o "wartości poznawczej materializmu dialektycznego", "niewątpliwych ustaleniach laborystycznej teorii wartości" czy "walce klas jako o sile napędowej historii", to w pewnym momencie próbuje się przeanalizować wszystkie te ezoteryczne stwierdzenia i zrekonstruować we własnym umyśle opartą na nich doktrynę. Wówczas nasze zdolności dedukcyjne zostają mimo wszystko pobudzone do działania - i możemy wówczas dojść do wniosku, że rzeczona doktryna jest w ostatecznym rachunku jednym wielkim zbiorem sofizmatów i przekłamań.

Jeśli natomiast nasze zdolności dedukcyjne i nasza moralna wrażliwość zostaną wystarczająco rozmiękczone "byciem sobą", "kochaniem siebie" i resztą wspomnianej wcześniej lakierowanej paplaniny (wszakże logika to, jak wiadomo, etyka myślenia), wówczas możemy być całkowicie - choć bezwiednie - gotowi na to, by w następnej kolejności ochoczo połykać sałatki słowne na temat "zrównoważonego rozwoju", "holistycznej ekologii", "bezwarunkowego dochodu" czy "gospodarki inkluzywnej". Innymi słowy, tam, gdzie marksizm-leninizm ze swoimi naukowo-filozoficznymi pretensjami może się rozbić o mur obronny naszego zdrowego rozsądku, tam marksizm-lennonizm ze swoim upupiająco-sztubackim trajkotem może obrócić ten mur obronny w kartonową atrapę.

Podsumowując, przed wielopiętrowymi ideologiami należy się mieć w równym stopniu na baczności, co przed parowyrazowymi sloganami. Zwłaszcza, że intelektualne spustoszenie wywołane przez te pierwsze może być niczym innym, jak przygotowaniem gruntu pod skuteczne rozpanoszenie się tych drugich - najpierw trzeba zrujnować kulturę intelektualną, żeby potem zbudować w jej miejsce brokatową imitację. A zatem to przede wszystkim tę ostatnią należy starannie usunąć, żeby móc cokolwiek odbudować na stałych fundamentach rozumu, sumienia i dobrego smaku - w innym razie będzie się jedynie coraz dalej brnęło na manowce iluzji.

Sunday, May 2, 2021

Media społecznościowe jako pogromcy złudzeń

Niektórzy ganią tzw. media społecznościowe za rzekome ogłupianie ludzi, budowanie podziałów i przyzwyczajanie do ordynarności. Tymczasem należałoby je raczej pochwalić za obnażenie złudzeń ludzi w kwestii ich domniemanej inteligencji, wzajemnej życzliwości i braterskiego współistnienia. Innymi słowy, tzw. media społecznościowe nie tyle podminowały intelektualne, moralne i estetyczne fundamenty ludzkiej cywilizacji ostatnich kilku dekad (a w pewnych obszarach może nawet ostatnich kilku wieków), co w istotnym sensie wykazały, że owe fundamenty zbudowane zostały na piasku.

Jak powszechnie wiadomo, prawda nas wyzwoli, a pierwszym krokiem na drodze wyzwolenia jest właśnie odarcie z iluzji - zaś w kwestii stworzenia zbiorowego obrazu współczesnych ludzi dysponujących powszechną możliwością "wyrażenia siebie" nikt się w większym stopniu nie przysłużył prawdzie, niż właśnie rzeczone media.

PS. Abstrahuję tutaj od tematu informacyjnej kryptocenzury i algorytmicznej manipulacji - to jest zupełnie osobne zagadnienie, ale i ono ma znaczący konstruktywny potencjał, związany przede wszystkim z budową świadomości, że zwłaszcza w tzw. erze informacji rzetelna wiedza wcale nie jest dostępna od ręki, w przeciwieństwie do nieskończonej masy jej ersatzów.

Wednesday, April 28, 2021

"Lockdown": etatystyczna destrukcja w pigułce

Destruktywny nonsens zwany "lockdownami" skupia jak w soczewce wszystkie immanentne szkody powodowane przez etatyzm, czyli panoszącą się zinstytucjonalizowaną agresję wobec wolności osobistej, własności prywatnej i decyzyjnej autonomii:

1. Nie da się osiągać jakichkolwiek konstruktywnych celów próbując dyrygować społeczeństwem za pomocą zorganizowanych represji. Podobne działania są nie tyle nieskuteczne, co przeciwskuteczne: jako że, celem przeżycia, ludzie muszą kontynuować swoją produktywną działalność niezależnie od jakichkolwiek odgórnych zakazów, podobne zakazy spychają jedynie ową działalność do szarej strefy i wzmagają desperację jej uczestników, wskutek czego spada naturalna dbałość o względy sanitarne, a zatem liczba zakażeń niebezpiecznymi patogenami nie maleje albo wręcz wzrasta.

2. Zorganizowane represje są nie tylko niezdolne do osiągnięcia jakichkolwiek konstruktywnych celów, ale też zawsze generują mnóstwo negatywnych efektów ubocznych. Masowe zwolnienia, bankructwa i inne przejawy utraty źródeł dochodu, które są nieodzowną konsekwencją totalitarnego "zamykania gospodarki", sprawiają, iż ludzie nie tylko nie zmniejszają skali swojego kontaktu z nieznanymi wcześniej groźnymi patogenami, ale też znacznie częściej padają ofiarami wszelkich innych dolegliwości, nie mając środków na ich leczenie bądź uciekając w desperacji w zachowania autodestrukcyjne. Tym samym nie tylko nie spada liczba zgonów związanych z zagrożeniem epidemicznym, ale też rośnie liczba zgonów związana z szeregiem innych, nadzwyczaj spotęgowanych zagrożeń.

3. Człowiek żyjący w przewlekłej represyjnej nierzeczywistości traci w przyspieszonym tempie swoje człowieczeństwo, wymagające stałych interakcji o charakterze rodzinnym, towarzyskim, kulturalnym czy religijnym. Jednocześnie ci, którzy odpowiadają za tworzenie owej nierzeczywistości, dostają wówczas dodatkową motywację do prześcigania się w przejawach ostentacyjnego złodziejstwa, cwaniactwa i pasożytnictwa. Nie tylko nie wzrastają wówczas szanse na ocalenie swojego zdrowia fizycznego, ale też znacząco spadają szanse na ocalenie swojego zdrowia duchowego.

Wszystkie powyższe uwagi powinny na chwilę obecną być już oczywistością dla każdego doświadczającego od ponad roku kolejnych fal totalnej etatystycznej destrukcji tzw. lockdownu. Pozostaje więc mieć nadzieję, że ów okres okaże się przyśpieszoną lekcją kluczowych prawd ekonomicznych, politycznych i etycznych dla wszystkich ludzi choć minimalnie dobrej woli, której zwieńczeniem będzie powiedzenie konsekwentnego "tak" wolności osobistej, własności prywatnej i decyzyjnej autonomii oraz bezkompromisowego "nie" wszelkim formom etatystycznej rujnacji. Jest to być może ostatnia okazja, by stanowczo podjąć podobną decyzję: w imię już nie tyle ochrony swojego majątku czy swojej cielesnej nietykalności, ale w imię zachowania minimum własnej godności.