Wednesday, April 21, 2021

Poza dobrem i złem, czyli o moralnym pustosłowiu

Najbardziej mściwy, złośliwy i destruktywny okazuje się na ogół ten, kto bezustannie gardłuje o potrzebie "miłości", "braterstwa" i "tolerancji". Jest tak dlatego, ponieważ tego rodzaju sloganowy trajkot świadczy o odarciu rzeczonych terminów z wszelkiej intelektualnej treści, czyniąc je wydmuszkami zawierającymi wyłącznie miałkie, próżne samozadowolenie.

"Tolerancja" odrywa się wówczas od świadomości, że, cytując klasyka, "to, co, tolerujemy, nie zasługuje na nic więcej", "braterstwo" przestaje mieć związek z jakąkolwiek konkretnie zdefiniowaną wspólnotą celów i potwierdzoną odpowiedzialnością w ich osiąganiu, a "miłość" - histeryczna afirmacja własnych i cudzych fanaberii - staje się przeciwieństwem swojej właściwej natury, czyli bezinteresownego dążenia do obiektywnego dobra drugiej osoby.

Kiedy więc pojęcia moralne całkowicie tracą swoją intelektualną treść, można przy ich pomocy usprawiedliwiać dowolny zakres niemoralności, nie mając nawet pojęcia, że się to robi. Jest się wtedy rzeczywiście "poza dobrem i złem", trwając w stanie nie cynicznego amoralizmu - który zachowuje związek przynajmniej z rozumem instrumentalnym - ale permanentnego normatywnego infantylizmu, który pozwala widzieć świat już wyłącznie w kategoriach zaspokojonych bądź niezaspokojonych doraźnych zachcianek, niezależnie od stopnia ich niedorzeczności. Wówczas otrzeźwienie wymaga już naprawdę bolesnego i wstrząsającego kontaktu z rzeczywistością.

PS. Analogicznie ma się rzecz w przypadku sloganowego trajkotu wypełnionego głównie terminami bardziej jednoznacznie intelektualnymi: najzagorzalszymi rozsadnikami ćwierćintelektualizmu i zabobonu są na ogół ci, którzy bezustannie gardłują o "postępie", "ekspertach" i "nauce". Podobnie jest również w odniesieniu do każdej innej kategorii terminów normatywnych.

Friday, April 16, 2021

Dopust natury czy wirus zorganizowanej złej woli?

To, czy obecna sytuacja epidemiczna jest u swoich źródeł rezultatem działania procesów czysto naturalnych, czy też wyjątkowo zuchwałą, globalnie skoordynowaną operacją domorosłych "władców świata", pozostaje kwestią otwartą, i można znaleźć rozsądne argumenty na rzecz obu powyższych stanowisk.

Jednakże z każdym kolejnym dniem, w którym owa sytuacja staje się zupełnie niepodobna do mnóstwa innych (i częstokroć nieporównanie groźniejszych) epidemii, przez jakie ludzkość przeszła do tej pory, tym bardziej wiarygodna staje się druga z rzeczonych wersji wydarzeń. Ściślej rzecz ujmując, im częściej mamy do czynienia z zapowiedziami niekończącej się serii nowych, coraz groźniejszych odmian wirusa, z próbami trwałego budowania jakiegoś groteskowo upadlającego "nowego porządku", czy z jaskrawymi przejawami psychologicznego urabiania globalnego społeczeństwa w kierunku postępującej bierności, bezmyślności i rezygnacji z "dawnych komfortów", w tym większym stopniu obecna sytuacja nosi znamiona nie niefortunnego zbiegu okoliczności, ale zorganizowanej złej woli.

Jeśli więc rozwój wypadków będzie konsekwentnie uwiarygadniał "opcję nienaturalną", wówczas ogół ludzi choć minimalnie dobrej woli będzie miał niepowtarzalną okazję zdania sobie sprawy, że główna linia społecznych konfliktów przebiega nie między "państwem ojczystym" i jego sojusznikami a "państwami wrogimi" i ich sojusznikami, ale między globalnym społeczeństwem pokojowych i produktywnych osób a globalnym zrzeszeniem rządowo-pozarządowo-korporacyjnym, które czerpie perwersyjną satysfakcję z oddawania się różnym formom ciemiężenia tego pierwszego, na gospodarczym pasożytnictwie począwszy a na ideologicznym upadlaniu skończywszy. Zdawszy zaś sobie z tego sprawę, ludzie dobrej woli będą mogli stać się również świadomi, że najpewniejszą - a być może jedyną - szansą na autentyczny powrót do normalności jest globalny, oddolny, konsekwentny i radykalny opór przeciwko wszelkim formom etatyzmu - niekoniecznie w imię jakiejkolwiek potencjalnie abstrakcyjnej filozofii społecznej, jak klasyczny liberalizm, libertarianizm, prawnonaturalizm czy woluntaryzm, ale w imię zwykłej, zdroworozsądkowej ludzkiej godności i przeciw galopującemu absurdowi.

PS. Gwoli uzupełnienia, jeśli najprawdziwszą okazałaby się niewspomniana wcześniej wersja numer trzy, oznaczająca naturalne powstanie wirusa a następnie sztuczne przedłużanie "sytuacji kryzysowej", wówczas z punktu widzenia strategii przywracania normalności byłaby ona tożsama z wersją numer dwa. Innymi słowy, również wówczas mielibyśmy do czynienia z konfliktem globalnie skoordynowanej złej woli i jej faktycznych oraz potencjalnych ofiar, które musiałyby odnaleźć w sobie świadomość swojej sytuacji oraz konsekwentną, bezkompromisową wolę jej naprawy.

Friday, April 9, 2021

Rzeczywistość, infantylizm i horyzont zdarzeń

Możliwa jest rzeczowa dyskusja z dogmatykiem, jako że dogmaty są dla niego obiektywnym fundamentem rzeczywistości. Możliwa jest rzeczowa dyskusja z romantykiem, jako że poprzez natężenie uczuć pragnie on przebić zasłonę nierzeczywistości i "sięgnąć do źródła". Możliwa jest rzeczowa dyskusja z relatywistą, jeśli tylko zdemaskuje się go jako cynicznego pragmatyka, gotowego zawsze wyciskać z rzeczywistości osobisty zysk. Możliwa jest nawet rzeczowa dyskusja z tzw. postmodernistą, jeśli tylko uświadomi mu się arogancję jego sofistyki, obliczoną na czerpanie samochwalczej satysfakcji z tego, że przekonało się innych do zastąpienia rzeczywistości nierzeczywistością.

Niemożliwa jest dopiero rzeczowa dyskusja z infantylistą, czyli kimś, dla kogo kategoria rzeczywistości jest immanentnie zbyt poważna i wymagająca, a więc zbyt grożąca zachwianiem jego dążności do trwania w stanie permanentnego miałkiego samozadowolenia. Infantylizm jest więc ostatecznym stadium wojny z rzeczywistością - stadium, w którym jest to już nie tyle wojna, co histeria, obliczona nie na świadomy konflikt z logiką i faktami, ale na odruchowe epatowanie swoimi złudzeniami. W dodatku jest to zjawisko samonapędzające się, bo każda konfrontacja infantylisty z rzeczywistością wzmaga w nim jedynie jego histeryczne odruchy - zwłaszcza jeśli zostaną one uprzednio politycznie zagospodarowane, bo infantylizm jest też, rzecz jasna, ostatecznym orężem w zakresie realizacji odwiecznej strategii divide et impera.

Zatem, jako że historia się nie powtarza, a nawet słabo się rymuje, dominacja infantylizmu jako domyślnego życiowego nastawienia sprawia, że wszelkie dalsze prognozy zderzają się z historycznym horyzontem zdarzeń. To natomiast, czy to dobrze, czy źle, i co z tym ewentualnie zrobić, to już nie pytanie psychologiczne, socjologiczne, antropologiczne czy nawet filozoficzne, ale już wyłącznie eschatologiczne.

Saturday, February 27, 2021

Świadomość fundamentów najnowszej wieży Babel

Jeśli poszukuje się obecnie niezawodnego drogowskazu w zakresie ideologicznych wymysłów i związanych z nimi społecznych procesów, którym należy stawiać kategoryczny opór, to trudno o bardziej sztandarowy ich amalgamat, niż agenda podejrzanej rządowo-"pozarządowo"-korporacyjnej koterii perorującej od ostatnich kilku miesięcy o rzekomej potrzebie "zresetowania świata". Agenda ta łączy bowiem w krystalicznie przejrzysty sposób cały szereg (notabene już mocno zwietrzałych) uzupełniających się wzajemnie totalitarnych i paratotalitarnych ideologii, zakładających nie tylko maksymalne zniszczenie ludzkiej wolności osobistej, ale też maksymalne zagłuszenie w człowieku jego specyficznie ludzkiej godności i duchowej tożsamości. Składają się na nią m.in. następujące elementy:

1. Maltuzjański "ekologizm", zakładający centralne sterowanie globalną gospodarką w celu rozmyślnego zahamowania jej potencjału rozwojowego, w czym już na poziomie deklaratywnym jest on bardziej jawnie niszczycielski od klasycznego komunizmu. Jako że ów światopogląd zakłada przy tym uwłaczające płaszczenie się człowieka przed ontologicznie podrzędnym wobec niego światem natury, zawiera on jednocześnie podteksty o charakterze pseudopogańskiego, festynowo-terapeutycznego ersatzu dojrzałej religijności.

2. Socjoinżynieryjny technokratyzm, zakładający powstanie globalnego systemu inwigilacyjnej kontroli, cenzury informacyjnej, obostrzeń "sanitarnych" i algorytmicznej manipulacji na wzór chiński. Ów element zakłada z kolei uwłaczające zrównanie człowieka z maszyną (czy nawet sugerowanie wyższości tej drugiej), a więc absurdalne zacieranie granic między podmiotem a przedmiotem oraz między jaźnią a narzędziem.

3. "Kapitalizm interesariuszy", czyli pseudomoralizatorska, oligarchiczna atrapa systemu wolnej przedsiębiorczości, w ramach której sojusz "wielkiego rządu", "wielkiego pozarządu" i "wielkiego biznesu" może neutralizować niewygodne, konkurencyjne wobec siebie podmioty poprzez zarzucanie im niewywiązywania się z ich rzekomych obowiązków wobec wydumanych, arbitralnie zdefiniowanych "grup interesariuszy".

4. Neomarksizm alias "polityczna poprawność" alias "polityka tożsamości" alias "teoria krytyczna" alias "inkluzywność i różnorodność". Ten z kolei element, idealnie dopełniający się zwłaszcza z punktem poprzednim, polega na rozszerzaniu marksistowskiej idei walki klas z obszaru ekonomicznego na obszar szeroko rozumianej tożsamości i kultury, gdzie może się ona toczyć na nieograniczonej liczbie frontów, trwając w postaci permanentnej ideologicznej awantury. W ramach owej awantury można następnie dowolnie mnożyć rzekome "wykluczone grupy interesariuszy", których domniemane "uzasadnione roszczenia" mogą służyć jako narzędzie dowolnie szeroko zakrojonej gospodarczej reglamentacji i ideologicznej cenzury.

5. Permanentna katastroficzna propaganda strachu i normalizacja stanu "zarządzania kryzysowego", wynikająca w sposób naturalny ze wszystkich poprzednich punktów.

Pełna, globalna realizacja wszystkich elementów powyższej agendy doprowadziłaby, rzecz jasna, do powstania społeczeństwa tak zdemoralizowanego, ogłupionego, marnotrawczego i dysfunkcjonalnego, że implodowałoby ono jeszcze szybciej, niż sowiecki komunizm wojenny - i to być może w sposób nieodwracalny. Nie jest to jednak wystarczająca pociecha biorąc pod uwagę fakt, że samobójczość podobnych wymysłów nigdy nie przeszkadzała zblazowanym, aroganckim ideologom używać wszystkich swoich wpływów politycznych i środków finansowych, aby próbować je urzeczywistniać, szkodząc w nieporównanie większym stopniu innym, niż sobie samym.

Większą pociechą może być tu zatem to, że im bardziej przerośnięta, kosztowna i wydumana jest dana wieża Babel, tym trudniej nawet rozpocząć na dobre jej budowę, mając zaś z wyprzedzeniem świadomość jej docelowego kształtu, tym łatwiej jest ową budowę sabotować - nawet jedynie na poziomie budzenia wspomnianej świadomości wśród jak największej liczby ludzi dobrej woli. Wszystkie wieże Babel są w ostatecznym rachunku skazane na upadek, ale warto wyprzedzająco zadbać o to, żeby nie skończyć pod ich gruzami - zwłaszcza jeśli wykazując podobną dbałość nie ma się nic do stracenia. Być może zaś nigdy dotąd nie było łatwiej jej wykazywać - i być może nigdy dotąd nie była ona pilniejsza.

Friday, February 26, 2021

Postne wskazówki w świecie przesytu marnością

W świecie bezprecedensowego przerostu informacji nad wiedzą wybiórcza ignorancja staje się najistotniejszym elementem roztropności. W świecie bezprecedensowego przerostu doraźności nad ponadczasowością odwieczna tradycja staje się najpewniejszym warunkiem aktualności. W świecie bezprecedensowego przerostu środków nad celami dyskretne wyrzeczenie staje się najsolidniejszym gwarantem zaspokojenia. Zaś w świecie bezprecedensowego przerostu ilości nad jakością konsekwentna wstrzemięźliwość staje się najżywotniejszym źródłem obfitości.

Thursday, February 25, 2021

Atrapy wartości są gorsze od ich przeciwieństw

Najprzebieglejszy przeciwnik prawdy, dobra i piękna nie neguje ich istnienia ani nie wynosi na piedestał ich przeciwieństw, ale twierdzi, że są to zjawiska zbyt poważne, doniosłe i zasadnicze, żeby ktokolwiek miał prawo przypisywać im jakąkolwiek jednoznaczną treść. Innymi słowy, nie twierdzi on, że należy żyć kłamliwie, źle i szpetnie, ani też że nie da się żyć prawdziwie, dobrze i pięknie, ale że najlepiej jest żyć "szczerze, sympatycznie i z fantazją" - czyli tak, żeby nieskończone pokłady samozadowolenia zdołały zawsze zagłuszyć choćby i najbardziej naglące pragnienie samorefleksji.

Saturday, February 13, 2021

Władza twarda i miękka w służbie "wielkiej fikcji"

Żyjemy w świecie, który ma znacznie więcej wspólnego nie z twardym, a z "miękkim" totalitaryzmem - tzn. nie w świecie, w którym dobrze i trwale zdefiniowani jedni żyją kosztem równie dobrze i trwale zdefiniowanych drugich, ale w świecie "wielkiej fikcji, w ramach której każdy próbuje żyć kosztem wszystkich pozostałych". Jest to więc świat represyjny w pierwszym rzędzie wobec umysłowej godności, a dopiero w ostatnim rzędzie wobec cielesnej nietykalności - to pierwsze odgrywa dużo istotniejszą rolę w dziele uniwersalizacji pasożytnictwa, które jest kluczowym elementem rządzenia przez dzielenie.

Stąd konieczność i naturalność sojuszu między władzą "twardą" a "miękką": między monopolistycznym dzierżycielem środków przymusu bezpośredniego a oligarchicznym właścicielem środków przymusu pośredniego - sektorem "opiniotwórczych środków masowego przekazu" - pielęgnującym fikcję uniwersalnego dostępu do tego pierwszego i uniwersalnych korzyści zeń płynących. Sojusz ów chwieje się tylko wtedy - i na ogół jedynie tymczasowo - gdy jeden z powyższych podmiotów zechce jednoznacznie zademonstrować swoją wyższość nad drugim, czy to np. dokonując "informacyjnego sabotażu" rytuałów wyborczych, czy to np. dążąc do zastąpienia oligarchicznego modelu medialnego bardziej siermiężnym modelem dyktatorskim.

Mając na uwadze wszystko co powyższe, w obliczu chwiania się podobnych sojuszy nie należy postrzegać sytuacji ani przez pryzmat zagrożenia dla "wolności słowa", ani przez pryzmat antyoligarchicznego schadenfreude, tylko przez pryzmat świadomości natury owego aliansu komplementarnych form zniewolenia. Innymi słowy, każda taka sytuacja jest doskonałą okazją do tego, żeby zarówno bronić się przed wszelkimi grabieżczymi zakusami władzy "twardej", jak i permanentnie odciąć się od otępiającego wpływu władzy "miękkiej" - ilekroć "wielka fikcja" zaczyna choć w najmniejszym stopniu trzeszczeć w szwach, trzeba wykorzystać sposobność do jak najpełniejszego i jak najtrwalszego stanięcia w prawdzie.

Friday, February 12, 2021

O dwustuletnim triumfalnym pochodzie bełkotu

Abstrahując od innych (dobrych bądź złych) zjawisk komunikacyjnych dokonujących się w owym czasie, ostatnich dwieście lat można określić jako triumfalny pochód bełkotu zdobywającego coraz to kolejne społeczne przyczółki. Wiek XIX to wiek rozochoconego bełkotu "intelektualistów". Wiek XX wiek to wiek rozochoconego bełkotu dziennikarzy przesiąkniętych bełkotem "intelektualistów". Wiek XXI to wiek rozochoconego bełkotu mas przesiąkniętych bełkotem dziennikarzy przesiąkniętych bełkotem "intelektualistów". Pozostaje mieć nadzieję, że ponowny tryumf "tak, tak; nie, nie" nastąpi wtedy, gdy okaże się w sposób oczywisty, że każdy wystarczająco wszechobecny bełkot jest nieodróżnialny od ciszy.

Tuesday, February 9, 2021

Infantylizm jako ostateczny kulturowy ślepy zaułek

Dlaczego infantylizm - definiująca cecha dzisiejszej kultury - jest tak wyjątkowo groźny? Dlatego, że uniemożliwia on podejmowanie jakichkolwiek poważnych wyzwań, co z kolei wynika z tego, że wzdraga się on przed poważnym, przejrzystym i jednoznacznym definiowaniem rzeczywistych problemów. Jako że wszystkie problematyczne kwestie usiłuje on przedstawić w postaci gry, zabawy, wygłupu, wyreżyserowanej "przygody" czy - w ostateczności - komedii absurdu, prowadzi on do wyjątkowo bałamutnego unikania wyzwań, polegającego na ich zastępowaniu niewykonalnymi, urojonymi pseudowyzwaniami. W rezultacie osoba folgująca karykaturalnym wręcz złudzeniom na temat siebie i otaczającego świata może żyć w przekonaniu, że owo folgowanie jest tożsame z odważną walką o "lepszy świat" i o swój dostęp do niego.

Nie chodzi tu więc jedynie o emocjonalność czy sentymentalizm, bo np. romantyzm - choć też deficytowy pod względem czynnika rozumowego - zachęcał do podejmowania realnych wyzwań z uwagi na głębię, refleksyjność i konsekwencję wzbudzanych przez siebie namiętności. Nie chodzi tu też jedynie o to, co można by nazwać rewolucyjnym ideologicznym zaczadzeniem, bo "klasyczne" rewolucyjne ideologie - jakkolwiek koszmarne i koszmarnie złudne były ich cele - domagały się jednocześnie bardzo konkretnego i wręcz tradycyjnego etosu samozaparcia będącego warunkiem niezbędnym podejmowania szeroko zakrojonych działań organizacyjnych. Tymczasem infantylizm to połączenie emocjonalności tak miałkiej, że nie jest ona nawet w stanie wyrazić samej siebie w logicznie zbornej formie, i roszczeniowości tak wydumanej, że nie ma ona w sobie cienia konstruktywnej jakości nawet na poziomie czysto instrumentalnym.

Nie wydaje się być zatem przesadnym stwierdzenie, że infantylizm jest ostatecznym kulturowym ślepym zaułkiem. Tym samym można go przezwyciężyć jedynie robiąc całą serię ostrożnych, ale konsekwentnych kroków wstecz. Innymi słowy, można się mu przeciwstawić poprzez "apofatyczne" kształtowanie charakteru - dążenie do wypracowania wszystkich klasycznych przymiotów osobowych nie po to, żeby coś sprawniej osiągnąć, ale po to, żeby wydobyć się spod wielu nawarstwień iluzorycznych osiągnięć i powiązanych z nimi równie iluzorycznych ambicji. O sukcesie na tym polu można zaś mówić dopiero wtedy, kiedy w ramach owego wycofywania się dotrze się w końcu do czegoś tak fundamentalnie rzeczywistego, że satysfakcja z jego odnalezienia będzie się wiązała z poczuciem nie zasługi czy powodzenia, a jedynie wdzięczności.

Friday, January 29, 2021

O rynkach finansowych w "świecie klaunów"

W angielskojęzycznych środkach przekazu coraz popularniejsze staje się określenie "clown world". Zdaje się, że należy je tłumaczyć po prostu jako "świat klaunów", bo np. sformułowanie "świat błazeński" brzmi już zbyt dostojnie - wszakże od nadwornego błazna oczekiwało się intelektualnej przenikliwości i emocjonalnej powściągliwości. Tutaj zaś chodzi nie o cięty dowcip czy nawet o zwykłą, poczciwą śmieszność, ale o groteskę i zażenowanie.

Ów świat klaunów - jak sama nazwa wskazuje - jest zjawiskiem o charakterze globalnym i wielopłaszczyznowym. Nie oszczędza więc on również rynków finansowych, gdzie rozmaite przejawy "klaunowatości" (nieunikniony neologizm) dopełniają się w sposób przewidywalnie symetryczny. Oto z jednej strony można na nich zaobserwować trwającą już od miesięcy i coraz bardziej bezwstydną groteskę pt. "im gorzej, tym lepiej", w ramach której - na tle zrujnowanej gospodarki pozagiełdowej - centralnoplanistyczne politbiura zwane bankami centralnymi transferują na konta skoligaconych z nimi oligarchów biliony "wyczarowanych z powietrza" wirtualnych wpisów księgowych. Z drugiej strony natomiast można tam zaobserwować zaskakująco skuteczne hece urządzane przez giełdową drobnicę, która zajmuje pozycje przeciwne względem oligarchów nie po to, żeby współuczestniczyć w hayekowskiej procedurze "zbiorowego odkrywania cen", ale po to, by udowodnić, że ona również potrafi od czasu do czasu wykonywać manipulacyjne cyrkowe sztuczki.

Użyte w tych okolicznościach stwierdzenie, że rynki finansowe są kluczowym obszarem dokonywania się rachunku ekonomicznego, który jest fundamentem racjonalnej alokacji zasobów gospodarczych, brzmi - oględnie rzecz ujmując - osobliwie. Nie trzeba też dodawać, że powyższe zjawiska stanowią krystalicznie czystą wodę na młyn "ekonomistów ludowych", utwierdzonych jak nigdy w swoim przeświadczeniu, że rynki finansowe równają się na poziomie definicyjnym "wielkiemu kasynu" i "oligarchicznej zabawce do okradania naiwnych".

Co może uczynić w tym momencie ktoś, kto aspiruje do szerzenia rzetelnej wiedzy ekonomicznej? Wydaje się, że może uczynić tylko to, co zawsze - tzn. opisywać logiczną naturę konkretnych narzędzi i instytucji gospodarczych, podkreślając jednakowoż, że owe narzędzia i instytucje mogą sprzyjać wielkoskalowej współpracy społecznej tylko w takim stopniu, w jakim ich użytkownicy dorośli do owego celu. Instrumenty takie jak akcje, obligacje, spekulacja czy krótka sprzedaż nie różnią się pod tym względem od instrumentów takich jak język, pismo, logika czy matematyka - ich konstruktywny bądź destruktywny potencjał jest wyłącznie pochodną osobowej jakości użytkownika. Przy czym w świecie klaunów stwierdzenie, że ową osobową jakość mogą zapewnić odpowiednie "regulacje" i "obostrzenia", brzmi wyjątkowo niedorzecznie, bo najniebezpieczniejszy jest ten klaun, który, żyjąc złudzeniami własnej powagi, próbuje dyrygować innymi ("zaiste, wariat na swobodzie największą klęską jest w przyrodzie").

Czy takie ujęcie sprawy nie skazuje krzewiciela rzetelnej wiedzy ekonomicznej na "funkcjonalną bierność"? Być może tak właśnie jest, ale niewykluczone, że jest to pozycja optymalna. Próby politycznego szarpania się ze światem klaunów to ostatnie, na co taka osoba powinna się decydować. Kiedy natomiast ów świat ostatecznie wykolei się w swojej autodestrukcyjnej inercji i - w optymistycznym wariancie - trzeba będzie zacząć "budować od zera", wówczas taka osoba może mieć nadzieję, że w międzyczasie zdołała zgromadzić choćby minimalnie liczne audytorium tych, którzy wiedzą teraz, co budować, jak i po co (oraz czego absolutnie nie odbudowywać). Jeśli natomiast - w wariancie pesymistycznym - świat klaunów okaże się ostateczną "fazą schyłkową", wówczas krzewiciel rzetelnej wiedzy do końca zachowa swoją godność, trwając na "intelektualnym posterunku" niczym legendarny wartownik z Pompejów.

Tak czy inaczej, w żadnym przypadku nie dołączy on ani do etatystyczno-oligarchicznych deformatorów rynków finansowych, ani do "trybunów ludowych" pokrzykujących, że rynki finansowe są z definicji zdeformowane i jako takie powinny zniknąć. Innymi słowy, w żadnym przypadku nie ugnie się on przed potwarzą sugerującą, że rzetelna wiedza staje się fałszywa z uwagi na karygodną (i zupełnie przewidywalną) nierzetelność jej użytkowników. Pod względem intelektualnym to już bardzo wiele - a być może to nawet wszystko, co w podobnych okolicznościach można i warto uczynić.

Thursday, January 28, 2021

Wiedza samooczywista a informacyjny szum

Kluczowa jest obecnie umiejętność korzystania z wiedzy samooczywistej - tzn. tego wszystkiego, ku czemu intuicyjnie prowadzi naturalne światło rozumu, głos sumienia, poczucie dobrego smaku i poważne traktowanie obiektywnej rzeczywistości. Umiejętność ta stanowi zasadniczy filtr, który pozwala orientować się we wszechobecnym informacyjnym szumie, przyjmującym w najlepszym razie formę "intelektualnej waty cukrowej", a w najgorszym razie formę bałamutnej trucizny.

Podstawową rzeczą w tym kontekście jest świadomość tego, że niezłomne trzymanie się owej wiedzy samooczywistej jest czymś zupełnie innym niż tzw. dogmatyzm czy ciasnota umysłowa. Osoba ciasna umysłowo jest uprzedzona do logicznych argumentów i wiarygodnie wykazanych faktów, które nie odpowiadają jej ze względów osobistych, ale nie próbują zaciemniać naturalnego światła rozumu, zagłuszać sumienia, gorszyć poczucia dobrego smaku ani szydzić z obiektywnej rzeczywistości. Natomiast osoba trzymająca się wiedzy samooczywistej konsekwentnie - i od pewnego momentu już w zasadzie odruchowo - opędza się od tego wszystkiego, co próbuje ją opleść siecią bełkotu, szaleństwa i obrzydliwości, choćby paradowało w kostiumie naukowego artykułu, wnikliwego reportażu czy rygorystycznego eksperymentu.

Istnieją oczywiście sytuacje - choć są one mniej częste, niż by się mogło wydawać - gdy trudno jest mieć pewność, którą z powyższych postaw się przyjęło (lub którą przyjął ktoś inny). Niemniej tego rodzaju nieuniknione trudności nie usprawiedliwiają intelektualnej obojętności czy "bezwarunkowej intelektualnej otwartości", bo te prowadzą wprost do poddania się informacyjnemu szumowi, który będzie wówczas konsekwentnie drążył umysły swoich ofiar jak przysłowiowa kropla skałę. Nie dać się tu wyprowadzić na manowce jest rzeczą niełatwą, ale założyć, że czasem manowców nie da się odróżnić od prostych dróg - jest rzeczą zabójczą.

Wednesday, January 20, 2021

Wszystkie fałszywe konflikty a jedyny prawdziwy

Wszystkie fałszywe konflikty - między tradycją a innowacją, rozmysłem a spontanicznością, sprawiedliwością a wyrozumiałością czy wolnością a porządkiem - biorą się z prób zaciemnienia najważniejszego i najprawdziwszego z konfliktów: tego między rzeczywistością a nierzeczywistością. Kto zacznie wierzgać przeciwko temu, co jest, jakie jest, i inne być nie może, ten bez przerwy i w każdym obszarze będzie się gubił wśród tego, co być może i być powinno.

Sunday, January 17, 2021

The Obvious Bad and the Unobvious Worse

The era of true anti-intellectualism arrives not when intellectuals have to dread the stupidity of simpletons, but when simpletons have to dread the stupidity of intellectuals. The era of true demoralization arrives not when moralists succumb to barbarians, but when moralists turn out to be barbarians. The era of true decadence arrives not when sophisticates are unable to civilize hillbillies, but when hillbillies have to civilize sophisticates. And the era of true hostility arrives not when tolerance vanishes under a wave of superstition, but when tolerance becomes the most potent source of superstition.

Saturday, January 16, 2021

Plan działania w obliczu sieciowej cenzury

Optymalny plan działania wydaje się przedstawiać w sposób następujący: na stronach splamionych ideologiczną cenzurą należy pozostać tak długo, jak długo zupełnie szczerze i otwarcie można na nich wyrażać fakty, argumenty, opinie i idee, które uważa się za warte wyrażenia, nie spotykając się osobiście z jakimikolwiek cenzorskimi nieprzyjemnościami. W rezultacie zachowuje się korzyść z wciąż dominującego zasięgu oddziaływania, nie dając jednocześnie cenzorom satysfakcji wynikającej z "samooczyszczenia" się danej strony z elementów "umiarkowanie niepożądanych". Oczywiście można argumentować, że postępując w ten sposób wciąż przysparza się danemu serwisowi dochodów reklamowych, ale na chwilę obecną można już racjonalnie założyć, że w odniesieniu do wiadomej oligarchii owe dochody będą konsekwentnie znaczyć coraz mniej w porównaniu do możliwości bycia na zawołanie podpiętym pod centralnobankierską kroplówkę.

Jeśli natomiast miało się już w danym miejscu do czynienia z cenzorskimi nieprzyjemnościami, wówczas, jak sądzę, ma się do wyboru dwie opcje. Jeśli uzna się, że treści czynnie zwalczane można przekazywać równie skutecznie ubierając je w eufemistyczny bądź kosmetycznie zaszyfrowany język, wówczas można działać dwutorowo, posługując się owym językiem w serwisie skompromitowanym, ale wciąż dominującym zasięgowo, korzystając jednocześnie z alternatyw, które pozwalają na "stawianie kawy na ławę". Jeśli natomiast uzna się, że komunikacyjne zabawy w kotka i myszkę są niewarte zachodu, wówczas bez pardonu należy opuścić serwisy skompromitowane, przenosząc się całkowicie na witryny alternatywne - początkowo na tyle liczne, żeby zachować dywersyfikację na pączkującym wciąż rynku, ale nie na tyle liczne, żeby ich jednoczesna obsługa stała się zbyt niewygodna. Potem zaś trzeba już jedynie czekać na rozwój wydarzeń, reagując na bieżąco zgodnie z własnym ich osądem.

Monday, January 11, 2021

O dobrym momencie do przełamywania wpływu rozzuchwalonych informacyjnych molochów

Nie mamy dziś do czynienia z wyborem między wolnością słowa a prawem prywatnych firm do swobodnego zarządzania swoimi zasobami. To jest kwestia nieistotna, bo takie bądź inne jej prawne rozstrzygnięcie zachowuje stan ścisłej symbiozy między informacyjnymi molochami a międzynarodówką biurokratyczną.

Mamy zamiast tego do czynienia z wyborem między mniej lub bardziej bierną akceptacją "powszechnego werdyktu dziejów" a działaniami zorientowanymi na mniej lub bardziej czynne wspieranie serwisów komunikacyjnych, które nie czuły się w obowiązku, żeby jakikolwiek "powszechny werdykt dziejów" podstemplować (nawet jeśli nie uważamy, że werdykt najbardziej obiektywny jest ścisłym przeciwieństwem tego pierwszego).

Innymi słowy, możemy zachować bierność wobec coraz bardziej rozzuchwalonej i jednoznacznie stronniczej informacyjnej monokultury albo wykorzystać znakomity moment do przełamania silnie zakorzenionych i coraz bardziej uwierających efektów sieciowych. Nie jest to wybór trudny do rozstrzygnięcia, a motywacji do jego dokonania nie powinno dziś nikomu brakować.

Podsumowując, niekoniecznie chodzi o to, żeby nagle zniknąć z serwisu X i pojawić się w serwisach A, B i C, ale o to, żeby przynajmniej zrozumieć wagę tego, że niektórzy są do tego zmuszeni, docenić wysiłki tych, którzy im to umożliwiają, i na miarę własnych możliwości stanowczo oprotestować tych, którzy rzucają kłody pod nogi tym drugim.

Saturday, January 9, 2021

O oczywistym złym i nieoczywistym gorszym

Era prawdziwego antyintelektualizmu nastaje nie wtedy, gdy intelektualiści muszą drżeć przed głupotą prostaczków, ale wtedy, gdy prostaczkowie muszą drżeć przed głupotą intelektualistów. Era prawdziwej demoralizacji nastaje nie wtedy, gdy moraliści ulegają barbarzyńcom, ale wtedy, gdy moraliści okazują się barbarzyńcami. Era prawdziwej dekadencji nastaje nie wtedy, gdy esteci nie są w stanie ukulturalnić kołtunów, ale wtedy, gdy kołtuni muszą ukulturalniać estetów. Zaś era prawdziwej wrogości nastaje nie wtedy, gdy tolerancja ginie pod falą przesądów, ale wtedy, gdy tolerancja staje się najobfitszym źródłem przesądów.

Monday, January 4, 2021

"Rekonstruktorzy świata" versus ludzie dobrej woli

W momencie, gdy podejrzane globalne zrzeszenia podmiotów rządowych, "pozarządowych" i korporacyjnych zaczynają otwarcie perorować o "konieczności wykorzystania rzadkiej okazji" do "zresetowania świata" i "przebudowy społeczeństwa", wówczas ze skali odnośnego niebezpieczeństwa najłatwiej zdać sobie sprawę zadając elementarne pytanie o główny motyw snucia podobnych wizji.

Odpowiedzią o wiele zbyt trywialną byłaby sugestia, że chodzi tu o pieniądze, zwłaszcza jeśli głównymi tubami propagandowymi takich wizji są najbogatsi z bogatych i politycznie najlepiej ustosunkowani z dobrze ustosunkowanych. Innymi słowy, trudno jest wiarygodnie sugerować, że zwykła sybarycka chciwość motywuje finansowanie globalnie zakrojonej ideologicznej kampanii przez tych, którzy w rankingu majątkowym są już na samym szczycie, a ich polityczne powiązania sprawiają, że nie muszą się oni bać utraty swojej pozycji.

Odpowiedzią nieadekwatną byłaby również konkluzja, że chodzi tu o wulgarnie rozumianą władzę, czyli możliwość wmuszania w innych swojej woli za pomocą zorganizowanej fizycznej opresji, choćby i w skali globalnej. Tego rodzaju środek odurzający jest stosunkowo mało atrakcyjny dla domorosłych "rekonstruktorów świata", gdyż sycenie się nim stawiałoby ich w jednym szeregu z przaśnymi dyktatorami z krajów peryferyjnych, co na elementarnym poziomie urągałoby pysze tych pierwszych.

Wydaje się zatem, że chodzi tu o władzę rozumianą w sposób najgłębszy i najpełniejszy: nie o orwellowski "but tłamszący ludzką twarz", ale o przysłowiowy "rząd dusz". Innymi słowy, rzecz nie w tym, żeby upodlić, wywłaszczyć i zdemoralizować zwykłego człowieka, ale w tym, żeby to on sam zaczął błagać o swoje upodlenie, wywłaszczenie i zdemoralizowanie. Albo - co na jedno wychodzi - żeby tak długo i nachalnie bombardować go infantylizującą propagandą, dialektyką i lawiną strachów, aż stanie się on całkowicie bierny w obliczu zewnętrznych, choćby i wyjątkowo miękkich środków nacisku, przegrywając informacyjną wojnę na wyczerpanie.

Ktoś mógłby tu zupełnie słusznie zasugerować, że tego rodzaju kompletna przegrana zwykłych ludzi w starciu z samozwańczymi "rekonstruktorami świata" byłaby samobójcza również dla tych drugich, bo autentycznie domknięty system globalnego duchowego totalitaryzmu musiałby się rozpaść znacznie szybciej, niż znane z historii lokalne fizyczne totalitaryzmy (choćby z uwagi na całkowitą niemożność korzystania z rachunku ekonomicznego i merytokratycznej struktury motywacji). Stąd - można by skonkludować - rojenia zblazowanych miliarderów i międzynarodowych biurokratów o "zielonych nowych ładach", "bezwarunkowych dochodach podstawowych", "inkluzywnych kapitalizmach", "transhumanizmach" itp. są wyłącznie andronami, którym nie warto poświęcać uwagi. Tymczasem nawet - a może zwłaszcza - wtedy, gdy w pełni zdajemy sobie sprawę z samobójczego i autodestrukcyjnego charakteru podobnych rojeń, musimy zachowywać świadomość, że fakt ten nigdy nie powstrzymywał ich orędowników przed próbami narzucenia ich światu. A nigdy dotychczas nie mieli oni dzisiejszych środków, zasobów i globalnych możliwości koordynacyjnych.

Podsumować całą kwestię można następująco: jako że w przedstawionej powyżej rozgrywce stawką jest nie ludzki majątek czy nawet fizycznie rozumiana ludzka wolność, ale ludzka dusza, to, co jest w niej główną siłą domorosłych "władców świata", jest w niej również ich główną słabością. Wystarczy w stopniu elementarnym trzymać się logiki, zdrowego rozsądku, prawd samooczywistych i szeroko rozumianej "powagi życia", żeby opisany wyżej propagandowy infantylizm nie tylko nie miał na daną osobę żadnego wpływu, ale też mógł być przez nią skutecznie ośmieszany w oczach innych, potencjalnie bardziej podatnych jednostek. Tylko dzięki sile i godności osobistej da się przetrzymać informacyjną wojnę na wycieńczenie, konsekwentnie odrzucając kolejne, coraz bardziej głupie i nachalne oferty "zyskania całego świata w zamian za utratę swojej duszy". Wbrew pozorom asortyment takich ofert nie tylko nie jest nieskończony, ale możliwe wręcz, że jest już na ostatecznym wyczerpaniu - grunt w tym, żeby wola zwykłych ludzi do konsekwentnego mówienia im "nie" wyczerpała się choć nieco później, niż one.

Sunday, January 3, 2021

Pryncypialność i roztropność wśród zamętu

Powszechnym dziś zjawiskiem jest tożsamościowa mętność - nie wiadomo, gdzie kończy się polityczny reżim, a zaczyna się jego korporacyjna przybudówka czy "pozarządowa" tuba propagandowa. Stąd wszelkie przejawy "współpracy międzysektorowej" budzą dziś z miejsca uzasadnioną nieufność.

W tego rodzaju otoczeniu roztropność okazuje się równie istotna, co pryncypialność. Innymi słowy, zasady pozostają w takim otoczeniu niezmiennie zasadnicze, ale równie kluczowa okazuje się umiejętność właściwego opisania poszczególnych podmiotów w konkretnych sytuacjach, do których owe zasady się odnosi. Hołdując zatem niezmiennie nienaruszalności praw własności prywatnej, przedsiębiorczej autonomii czy swobodzie stanowczego wyrażania kwestii normatywnych, należy wówczas zachowywać szczególną ostrożność w stwierdzaniu, że np. dane zjawisko jest tryumfem skoordynowanej współpracy rynkowej (a nie np. "publiczno-prywatnym" ersatzem), czy że dana decyzja jest przejawem swobodnego dysponowania swoją prywatną przestrzenią (a nie np. przejawem "miękkiej cenzury" spod znaku korporacyjnego socjalizmu).

Ilekroć chce się rozstrzygnąć na własny użytek dowolną kwestię o podobnym charakterze, zwłaszcza jeśli ma ona globalny zasięg, należy zadać sobie wszystkie stosowne pytania: o pryncypia, o fakty, o logikę, o interesy, o powiązania i o szeroko rozumianą formę przekazu. Następnie zaś uzyskane odpowiedzi należy rozważyć w swoim sumieniu i na tej podstawie podjąć decyzję.

Nie powinno się więc oczekiwać, że proste, przejrzyste i bezwyjątkowe zasady postępowania będą zawsze prowadzić do równie prostych i przewidywalnych odpowiedzi. Wręcz przeciwnie, prawdziwym hołdem dla podobnych zasad jest dbałość o to, żeby stosować je konsekwentnie nawet w najbardziej mętnych (i celowo zamąconych) sytuacjach, to zaś wymaga na ogół użycia jak najszerszej gamy źródeł wiedzy i jak najszerszego spektrum odnośnych perspektyw. To z kolei musi prowadzić do formułowania odpowiedzi wysoce uszczegółowionych i zindywidualizowanych, nie dających się łatwo przewidzieć na bazie przynależności do jakichkolwiek uogólnionych grup ideowych. Inaczej być nie może i nie powinno - bo tylko wówczas wielkie idee mogą nie okazać się prostymi wytrychami.