Hollywoodzką ekranizację "Troi", która weszła na ekrany kinowe 22 lata temu, można potraktować jako wysoce symboliczny znak czasu - otóż tzw. wysokobudżetowa popkultura była już podówczas pieczołowicie przygotowanym koniem trojańskim, ale jeszcze nie wydobyły się z niego rozsadniki topornego antycywilizacyjnego agitpropu. Stąd ową ekranizację szło się oglądać niejako z marszu, nie oczekując po niej niczego poza widowiskową rozrywką - i dokładnie to się otrzymywało.
Natomiast dzisiejszą niesławną ekranizację "Odysei" poprzedziła tak natarczywa i szydercza w swej wymowie kampania promocyjna, że już wyłącznie na jej bazie domyślnie chce się ten twór omijać szerokim łukiem - mimo że uczciwe recenzje sugerują, że jest on zwyczajnie nudny, rozwlekły i dialogowo siermiężny, a nie jakoś szczególnie zideologizowany. To zaś przywodzi na myśl kolejną wysoce symboliczną konstatację - otóż twórcy popkulturowego konia trojańskiego błąkają się obecnie po komercyjno-ideologicznych morzach i oceanach, nie wiedząc do końca, czy w większym stopniu służyć Mammonowi, czy Baalowi.
Najwyższa więc pora, by pomóc im rozwiązać ów dylemat i uwolnić ich od zgubnej służby obu tym bożkom, doprowadzając hollywoodzkie truchło do ostatecznego rozkładu wskutek jego konsekwentnego bojkotu, jawiącego się już dziś jako opcja standardowa i nieokupiona zupełnie żadnymi kosztami alternatywnymi. Wszakże nie godzi się przedłużać agonii tego, czego zasadniczym znakiem rozpoznawczym jest już wyłącznie epatowanie swymi przedśmiertnymi drgawkami.
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment