Sunday, January 17, 2021

The Obvious Bad and the Unobvious Worse

The era of true anti-intellectualism arrives not when intellectuals have to dread the stupidity of simpletons, but when simpletons have to dread the stupidity of intellectuals. The era of true demoralization arrives not when moralists succumb to barbarians, but when moralists turn out to be barbarians. The era of true decadence arrives not when sophisticates are unable to civilize hillbillies, but when hillbillies have to civilize sophisticates. And the era of true hostility arrives not when tolerance vanishes under a wave of superstition, but when tolerance becomes the most potent source of superstition.

Saturday, January 16, 2021

Plan działania w obliczu sieciowej cenzury

Optymalny plan działania wydaje się przedstawiać w sposób następujący: na stronach splamionych ideologiczną cenzurą należy pozostać tak długo, jak długo zupełnie szczerze i otwarcie można na nich wyrażać fakty, argumenty, opinie i idee, które uważa się za warte wyrażenia, nie spotykając się osobiście z jakimikolwiek cenzorskimi nieprzyjemnościami. W rezultacie zachowuje się korzyść z wciąż dominującego zasięgu oddziaływania, nie dając jednocześnie cenzorom satysfakcji wynikającej z "samooczyszczenia" się danej strony z elementów "umiarkowanie niepożądanych". Oczywiście można argumentować, że postępując w ten sposób wciąż przysparza się danemu serwisowi dochodów reklamowych, ale na chwilę obecną można już racjonalnie założyć, że w odniesieniu do wiadomej oligarchii owe dochody będą konsekwentnie znaczyć coraz mniej w porównaniu do możliwości bycia na zawołanie podpiętym pod centralnobankierską kroplówkę.

Jeśli natomiast miało się już w danym miejscu do czynienia z cenzorskimi nieprzyjemnościami, wówczas, jak sądzę, ma się do wyboru dwie opcje. Jeśli uzna się, że treści czynnie zwalczane można przekazywać równie skutecznie ubierając je w eufemistyczny bądź kosmetycznie zaszyfrowany język, wówczas można działać dwutorowo, posługując się owym językiem w serwisie skompromitowanym, ale wciąż dominującym zasięgowo, korzystając jednocześnie z alternatyw, które pozwalają na "stawianie kawy na ławę". Jeśli natomiast uzna się, że komunikacyjne zabawy w kotka i myszkę są niewarte zachodu, wówczas bez pardonu należy opuścić serwisy skompromitowane, przenosząc się całkowicie na witryny alternatywne - początkowo na tyle liczne, żeby zachować dywersyfikację na pączkującym wciąż rynku, ale nie na tyle liczne, żeby ich jednoczesna obsługa stała się zbyt niewygodna. Potem zaś trzeba już jedynie czekać na rozwój wydarzeń, reagując na bieżąco zgodnie z własnym ich osądem.

Monday, January 11, 2021

O dobrym momencie do przełamywania wpływu rozzuchwalonych informacyjnych molochów

Nie mamy dziś do czynienia z wyborem między wolnością słowa a prawem prywatnych firm do swobodnego zarządzania swoimi zasobami. To jest kwestia nieistotna, bo takie bądź inne jej prawne rozstrzygnięcie zachowuje stan ścisłej symbiozy między informacyjnymi molochami a międzynarodówką biurokratyczną.

Mamy zamiast tego do czynienia z wyborem między mniej lub bardziej bierną akceptacją "powszechnego werdyktu dziejów" a działaniami zorientowanymi na mniej lub bardziej czynne wspieranie serwisów komunikacyjnych, które nie czuły się w obowiązku, żeby jakikolwiek "powszechny werdykt dziejów" podstemplować (nawet jeśli nie uważamy, że werdykt najbardziej obiektywny jest ścisłym przeciwieństwem tego pierwszego).

Innymi słowy, możemy zachować bierność wobec coraz bardziej rozzuchwalonej i jednoznacznie stronniczej informacyjnej monokultury albo wykorzystać znakomity moment do przełamania silnie zakorzenionych i coraz bardziej uwierających efektów sieciowych. Nie jest to wybór trudny do rozstrzygnięcia, a motywacji do jego dokonania nie powinno dziś nikomu brakować.

Podsumowując, niekoniecznie chodzi o to, żeby nagle zniknąć z serwisu X i pojawić się w serwisach A, B i C, ale o to, żeby przynajmniej zrozumieć wagę tego, że niektórzy są do tego zmuszeni, docenić wysiłki tych, którzy im to umożliwiają, i na miarę własnych możliwości stanowczo oprotestować tych, którzy rzucają kłody pod nogi tym drugim.

Saturday, January 9, 2021

O oczywistym złym i nieoczywistym gorszym

Era prawdziwego antyintelektualizmu nastaje nie wtedy, gdy intelektualiści muszą drżeć przed głupotą prostaczków, ale wtedy, gdy prostaczkowie muszą drżeć przed głupotą intelektualistów. Era prawdziwej demoralizacji nastaje nie wtedy, gdy moraliści ulegają barbarzyńcom, ale wtedy, gdy moraliści okazują się barbarzyńcami. Era prawdziwej dekadencji nastaje nie wtedy, gdy esteci nie są w stanie ukulturalnić kołtunów, ale wtedy, gdy kołtuni muszą ukulturalniać estetów. Zaś era prawdziwej wrogości nastaje nie wtedy, gdy tolerancja ginie pod falą przesądów, ale wtedy, gdy tolerancja staje się najobfitszym źródłem przesądów.

Monday, January 4, 2021

"Rekonstruktorzy świata" versus ludzie dobrej woli

W momencie, gdy podejrzane globalne zrzeszenia podmiotów rządowych, "pozarządowych" i korporacyjnych zaczynają otwarcie perorować o "konieczności wykorzystania rzadkiej okazji" do "zresetowania świata" i "przebudowy społeczeństwa", wówczas ze skali odnośnego niebezpieczeństwa najłatwiej zdać sobie sprawę zadając elementarne pytanie o główny motyw snucia podobnych wizji.

Odpowiedzią o wiele zbyt trywialną byłaby sugestia, że chodzi tu o pieniądze, zwłaszcza jeśli głównymi tubami propagandowymi takich wizji są najbogatsi z bogatych i politycznie najlepiej ustosunkowani z dobrze ustosunkowanych. Innymi słowy, trudno jest wiarygodnie sugerować, że zwykła sybarycka chciwość motywuje finansowanie globalnie zakrojonej ideologicznej kampanii przez tych, którzy w rankingu majątkowym są już na samym szczycie, a ich polityczne powiązania sprawiają, że nie muszą się oni bać utraty swojej pozycji.

Odpowiedzią nieadekwatną byłaby również konkluzja, że chodzi tu o wulgarnie rozumianą władzę, czyli możliwość wmuszania w innych swojej woli za pomocą zorganizowanej fizycznej opresji, choćby i w skali globalnej. Tego rodzaju środek odurzający jest stosunkowo mało atrakcyjny dla domorosłych "rekonstruktorów świata", gdyż sycenie się nim stawiałoby ich w jednym szeregu z przaśnymi dyktatorami z krajów peryferyjnych, co na elementarnym poziomie urągałoby pysze tych pierwszych.

Wydaje się zatem, że chodzi tu o władzę rozumianą w sposób najgłębszy i najpełniejszy: nie o orwellowski "but tłamszący ludzką twarz", ale o przysłowiowy "rząd dusz". Innymi słowy, rzecz nie w tym, żeby upodlić, wywłaszczyć i zdemoralizować zwykłego człowieka, ale w tym, żeby to on sam zaczął błagać o swoje upodlenie, wywłaszczenie i zdemoralizowanie. Albo - co na jedno wychodzi - żeby tak długo i nachalnie bombardować go infantylizującą propagandą, dialektyką i lawiną strachów, aż stanie się on całkowicie bierny w obliczu zewnętrznych, choćby i wyjątkowo miękkich środków nacisku, przegrywając informacyjną wojnę na wyczerpanie.

Ktoś mógłby tu zupełnie słusznie zasugerować, że tego rodzaju kompletna przegrana zwykłych ludzi w starciu z samozwańczymi "rekonstruktorami świata" byłaby samobójcza również dla tych drugich, bo autentycznie domknięty system globalnego duchowego totalitaryzmu musiałby się rozpaść znacznie szybciej, niż znane z historii lokalne fizyczne totalitaryzmy (choćby z uwagi na całkowitą niemożność korzystania z rachunku ekonomicznego i merytokratycznej struktury motywacji). Stąd - można by skonkludować - rojenia zblazowanych miliarderów i międzynarodowych biurokratów o "zielonych nowych ładach", "bezwarunkowych dochodach podstawowych", "inkluzywnych kapitalizmach", "transhumanizmach" itp. są wyłącznie andronami, którym nie warto poświęcać uwagi. Tymczasem nawet - a może zwłaszcza - wtedy, gdy w pełni zdajemy sobie sprawę z samobójczego i autodestrukcyjnego charakteru podobnych rojeń, musimy zachowywać świadomość, że fakt ten nigdy nie powstrzymywał ich orędowników przed próbami narzucenia ich światu. A nigdy dotychczas nie mieli oni dzisiejszych środków, zasobów i globalnych możliwości koordynacyjnych.

Podsumować całą kwestię można następująco: jako że w przedstawionej powyżej rozgrywce stawką jest nie ludzki majątek czy nawet fizycznie rozumiana ludzka wolność, ale ludzka dusza, to, co jest w niej główną siłą domorosłych "władców świata", jest w niej również ich główną słabością. Wystarczy w stopniu elementarnym trzymać się logiki, zdrowego rozsądku, prawd samooczywistych i szeroko rozumianej "powagi życia", żeby opisany wyżej propagandowy infantylizm nie tylko nie miał na daną osobę żadnego wpływu, ale też mógł być przez nią skutecznie ośmieszany w oczach innych, potencjalnie bardziej podatnych jednostek. Tylko dzięki sile i godności osobistej da się przetrzymać informacyjną wojnę na wycieńczenie, konsekwentnie odrzucając kolejne, coraz bardziej głupie i nachalne oferty "zyskania całego świata w zamian za utratę swojej duszy". Wbrew pozorom asortyment takich ofert nie tylko nie jest nieskończony, ale możliwe wręcz, że jest już na ostatecznym wyczerpaniu - grunt w tym, żeby wola zwykłych ludzi do konsekwentnego mówienia im "nie" wyczerpała się choć nieco później, niż one.

Sunday, January 3, 2021

Pryncypialność i roztropność wśród zamętu

Powszechnym dziś zjawiskiem jest tożsamościowa mętność - nie wiadomo, gdzie kończy się polityczny reżim, a zaczyna się jego korporacyjna przybudówka czy "pozarządowa" tuba propagandowa. Stąd wszelkie przejawy "współpracy międzysektorowej" budzą dziś z miejsca uzasadnioną nieufność.

W tego rodzaju otoczeniu roztropność okazuje się równie istotna, co pryncypialność. Innymi słowy, zasady pozostają w takim otoczeniu niezmiennie zasadnicze, ale równie kluczowa okazuje się umiejętność właściwego opisania poszczególnych podmiotów w konkretnych sytuacjach, do których owe zasady się odnosi. Hołdując zatem niezmiennie nienaruszalności praw własności prywatnej, przedsiębiorczej autonomii czy swobodzie stanowczego wyrażania kwestii normatywnych, należy wówczas zachowywać szczególną ostrożność w stwierdzaniu, że np. dane zjawisko jest tryumfem skoordynowanej współpracy rynkowej (a nie np. "publiczno-prywatnym" ersatzem), czy że dana decyzja jest przejawem swobodnego dysponowania swoją prywatną przestrzenią (a nie np. przejawem "miękkiej cenzury" spod znaku korporacyjnego socjalizmu).

Ilekroć chce się rozstrzygnąć na własny użytek dowolną kwestię o podobnym charakterze, zwłaszcza jeśli ma ona globalny zasięg, należy zadać sobie wszystkie stosowne pytania: o pryncypia, o fakty, o logikę, o interesy, o powiązania i o szeroko rozumianą formę przekazu. Następnie zaś uzyskane odpowiedzi należy rozważyć w swoim sumieniu i na tej podstawie podjąć decyzję.

Nie powinno się więc oczekiwać, że proste, przejrzyste i bezwyjątkowe zasady postępowania będą zawsze prowadzić do równie prostych i przewidywalnych odpowiedzi. Wręcz przeciwnie, prawdziwym hołdem dla podobnych zasad jest dbałość o to, żeby stosować je konsekwentnie nawet w najbardziej mętnych (i celowo zamąconych) sytuacjach, to zaś wymaga na ogół użycia jak najszerszej gamy źródeł wiedzy i jak najszerszego spektrum odnośnych perspektyw. To z kolei musi prowadzić do formułowania odpowiedzi wysoce uszczegółowionych i zindywidualizowanych, nie dających się łatwo przewidzieć na bazie przynależności do jakichkolwiek uogólnionych grup ideowych. Inaczej być nie może i nie powinno - bo tylko wówczas wielkie idee mogą nie okazać się prostymi wytrychami.

Saturday, December 19, 2020

O zdrowym sceptycyzmie wobec nieznanych specyfików: podejście heurystyczne

W kwestii podejścia do "oczywistego farmaceutyku" laicy niemal z definicji zmuszeni są do posługiwania się zasadami heurystycznymi. Żadne alternatywne rozwiązanie nie byłoby tu uzasadnione, gdyż ślepe opieranie się na "autorytecie ekspertów" byłoby rezygnacją nie tylko z intelektualnego instynktu samozachowawczego, ale też z właściwie rozumianego ducha nauki, w świetle którego większość nie musi mieć racji, zwłaszcza jeśli chodzi o sądy prospektywne.

Wspomniane zasady heurystyczne stwarzają tymczasem znaczne pole dla zdrowego sceptycyzmu. Wystarczy wymienić tu trzy z nich:

1. Zasada optymalizacji ryzyka. Mając do wyboru ryzyko znane i względnie umiarkowane lub ryzyko nieznane (a więc potencjalnie fatalne), rozsądnie jest wybrać to pierwsze. Grupy niskiego ryzyka w sposób w pełni uzasadniony mogą więc uznać groźbę znanej i mało śmiertelnej choroby za rzecz mniej niebezpieczną niż groźby związane z niepewnym środkiem zaradczym. W wymiarze prospektywnym jest tak wręcz z definicji, bo nie da się powiedzieć nic konkretnego o długofalowych skutkach ubocznych nowego specyfiku w momencie oddawania go do masowego użytku.

2. Zasada ograniczonej racjonalności. Mając do czynienia z produktem, który wedle zdroworozsądkowej definicji oparty jest na technologii eksperymentalnej (tzn. nigdy wcześniej nie dopuszczonej do stosowania na ludziach), rozsądną jest niechęć do wejścia w rolę "królika doświadczalnego". W odpowiedzi bywa się nieraz zarzucanym rzekomymi "eksperckimi danymi", z których ma wynikać, że rzeczona technologia wcale nie jest eksperymentalna, bo np. istnieją już pokrewne produkty "nieeksperymentalne" tworzone w oparciu o "tę samą zasadę" itp., ale tu właśnie znajduje zastosowanie zasada ograniczonej racjonalności, tzn. świadomości ograniczoności czasu i zasobów kompetencyjnych laika. Innymi słowy, jako że tego rodzaju "wiadomości suplementarnych" nie da się na ogół z laickiego punktu widzenia rzetelnie zweryfikować (podobnie jak istniejących zawsze głosów sprzeciwu wychodzących od "ekspertów mniejszościowych"), nie powinny one wpływać na percepcję faktu bazowego, tzn. faktu, że zgodnie z pierwotnym przekazem podanym do publicznego użytku ma się do czynienia z eksperymentalnym novum. Czyli ze zjawiskiem, które roztropność nakazuje przyjmować z naturalnym dystansem.

3. Zasada zademonstrowanej preferencji. Jeśli producenci pewnych specyfików w pierwszej kolejności zapewniają sobie immunitet od odpowiedzialności za wszelkie ich niepożądane skutki, to tym samym przyznają oni, że owe skutki nie tylko mogą zaistnieć, ale też mogą być na tyle poważne, by - w razie braku wspomnianego immunitetu - w stopniu znaczącym nadszarpnąć ich zasoby finansowe w przypadku konieczności wypłaty odszkodowań. Jest to fakt ważący więcej niż choćby i najbardziej solenne zapewnienia co do bezpieczeństwa rzeczonych specyfików, gdyż czyny znaczą więcej niż słowa, a jurydyczne czyny znaczą dużo więcej niż marketingowe słowa.

Dodatkowym atutem powyższych zasad jest to, że mają one powszechne zastosowanie, a więc nie wymagają przyjęcia dodatkowych założeń o charakterze bioetycznym czy politycznym (co nie znaczy oczywiście, że nad przyjęciem podobnych założeń nie należy się poważnie zastanowić). Uprawomocniają więc one postawę sceptycznego dystansu - tzn. decyzję o niestawaniu w pierwszym szeregu użytkowników - nawet wówczas, gdy nie mamy ani moralnych zastrzeżeń co do natury danego produktu, ani moralnych podejrzeń co do intencji jego producentów czy dystrybutorów. Tylko tyle i aż tyle.