Friday, October 22, 2021

Nie mylmy zła z zabawą, a brzydoty z kontestacją

Jedna z istotniejszych prawd nagminnie ignorowanych przez dzisiejszego człowieka, zwłaszcza w odniesieniu do tzw. popkultury oraz do tzw. sztuki współczesnej, brzmi następująco: jeśli coś wygląda jak głupota, zło i brzydota, brzmi jak głupota, zło i brzydota i ogólnie kojarzy się z głupotą, złem i brzydotą, to jest to głupota, zło i brzydota, a nie zabawa, rozrywka, ironia, pastisz, kontestacja, oryginalność, nonkonformizm czy emancypacja. Najlepszy sposób, żeby kogoś zbałamucić, to zalewać go niekończącą się serią coraz większych bałamuctw przy jednoczesnym utwierdzaniu go w przekonaniu, że wystarczy "nie brać ich na serio" i "zachowywać wobec nich dystans", żeby pozostać na nie odpornym lub wręcz bezpiecznie umilać i urozmaicać sobie nimi życie.

Monday, October 18, 2021

Normalność jako kluczowa życiowa przewaga

Tak jak w królestwie ślepców jednooki jest królem, i tak jak w czasach powszechnego kłamstwa mówienie prawdy jest rewolucyjnym aktem, tak też w świecie galopującej nienormalności świadome bycie normalnym daje człowiekowi kluczową życiową przewagę. W takim świecie przed ogółem ludzi otwiera się wielka, jasna via negativa: wystarczy nie wierzgać przeciw obiektywnym prawom rzeczywistości - od biologicznych począwszy a na ekonomicznych skończywszy - aby zachować nie tylko wewnętrzny spokój, ale również zadowolenie z życia oraz poczucie dobrego humoru.

Oczywiście jeszcze lepiej jest normalności czynnie bronić, uzupełniając zadowolenie z życia zapałem w zakresie realizacji jego przyrodzonego jakościowego potencjału. To wymaga już jednak dyscypliny woli, której wykształcenie stanowi istotne wyzwanie w każdych okolicznościach. Tymczasem unikatową cechą świata galopującej nienormalności jest to, jak łatwo jest wznieść się w nim ponad przeciętność wyłącznie na bazie "biernej" pokory wobec praw rzeczywistości - i jak łatwo trwać dzięki temu w stanie wewnętrznej równowagi. Tym samym być może najmniejszym wysiłkiem dobrej woli jest w takim świecie uświadomienie bliźnim jego natury, czyli tego, jak niewiele w nim trzeba, by być głęboko wdzięcznym za to, czego się nie ma, kim się nie jest i po jakie "poznanie dobrego i złego" nigdy się nie sięgnęło.

Saturday, October 16, 2021

Bałamutne frazy w służbie złowieszczych zamiarów

Nawet krótkie i stosunkowo niewinne frazy mogą stanowić narzędzie służące urabianiu świadomości społecznej w kierunku akceptacji dla rozmaitych złowrogich agend. Wystarczy jednak minimum językowego wyczucia - minimum wyczulenia na herbertowską "sprawę smaku" - żeby owe frazy z łatwością zidentyfikować, a następnie mieć się na baczności przed posługującymi się nimi środowiskami.

Przykładowo: cóż to jest "zrównoważony rozwój"? Rozwój niesie z sobą schumpeterowską "kreatywną destrukcję", a więc - przynajmniej tymczasowo - wytrąca gospodarkę ze stanu równowagi, otwierając przed nią nowe jakościowe horyzonty. Sugerowanie zatem, iż ktoś miałby z automatu "równoważyć" rozwój powinno budzić natychmiastowe skojarzenia z zakusami globalnych oligarchów i międzynarodowych biurokratów, którzy obawiają się, iż zbyt wiele kreatywnej destrukcji uniemożliwi im konsekwentne pasożytowanie na jej owocach.

Albo cóż to jest "mowa nienawiści"? Nienawiść wobec złych rzeczy jest właściwą reakcją, która wywołuje emocjonalny zapał wzmacniający przekonanie, iż owych rzeczy należy się wystrzegać. Wynoszenie więc stwierdzeń nienawistnych do rangi osobnej i immanentnie niepożądanej kategorii komunikacyjnej powinno budzić natychmiastową świadomość, że ma się do czynienia z topornym cenzorskim narzędziem służącym normalizacji rozmaitych postaci zła i zagłuszaniem jego przeciwników.

Cóż to jest wreszcie "dystans społeczny"? Zdrowe relacje społeczne muszą się opierać na bliskości i intymności, zatem "dystans społeczny" stanowi wewnętrzną sprzeczność. Jeśli natomiast mowa w danym kontekście o dystansie podyktowanym względami sanitarnymi, wówczas - abstrahując od kwestii tego, na ile jakiekolwiek obostrzenia sanitarne są w owym kontekście uzasadnione - należy mówić wprost o kwarantannie czy izolacji, a nie posługiwać się bałamutnymi i demoralizującymi sugestiami, jakoby duchowo zdrowe społeczeństwo mogło funkcjonować na odległość.

Mowa nasza ma być: "tak, tak; nie, nie". Co nadto pochodzi od złego. Zdajmy sobie zatem czym prędzej sprawę, do jakiego stopnia tzw. dyskurs publiczny - a czasem i prywatny - jest przesycony takimi złowieszczymi naddatkami i podejrzanie zgrzytliwymi sformułowaniami. Następnie zaś zadbajmy o to, żeby je z owego dyskursu konsekwentnie wyczyścić, co będzie pierwszym i zasadniczym krokiem ku temu, żeby też oczyścić życie społeczne - a czasem i prywatne - z wpływu antycywilizacyjnych ideologicznych bałamuctw i powiązanych z nimi politycznych planów.

Wednesday, October 13, 2021

Pajdokracja, gerontokracja i kruchość systemu

Znamienną obserwacją ideologiczno-demograficzną jest fakt, iż panujący obecnie w świecie infantylizm, którego polityczną emanację stanowi nominalna pajdokracja, prowadzi jednocześnie do realnej gerontokracji.

Nominalna pajdokracja - czyli powszechne prawo do folgowania swoim doraźnym zachciankom, wydumanym fanaberiom i ostentacyjnym kaprysom przy pomocy cudzych środków - to propagandowy sztafaż pozwalający na najpełniejsze urzeczywistnienie zasad ustrojowych demokracji przedstawicielsko-redystrybucyjnej, czyli bastiatowskiej wielkiej fikcji, w ramach której każdy próbuje żyć kosztem wszystkich pozostałych. Jednakowoż grupą demograficzną, która w ostatecznym rachunku pociąga za sznurki owej pajdokracji, jest w coraz większym stopniu zgromadzenie gerontów - osób w okolicach 80-tego czy nawet 90-tego roku życia (Biden, Soros, Murdoch, Pelosi, Fauci, John Kerry, Klaus Schwab itp.). Nawet wśród zarządców "średniego szczebla" w strukturach globalnej władzy rzadko można napotkać kogoś, kto nie przekroczył 60-tki, co jeszcze sto lat temu kojarzyło się z wiekiem "zasłużonego męża stanu" sukcesywnie odciążającego się z obowiązków kierowniczych.

Naiwnym wyjaśnieniem powyższego fenomenu byłoby powołanie się na postęp medycyny czy "zanik kulturowych stereotypów". Tymczasem wyjaśnienie bardziej pogłębione odnosi się tu wprost do ideologicznego-mentalnościowego kształtu współczesności i jego naturalnych politycznych implikacji. W kontekście tego drugiego warto poczynić co najmniej następujące obserwacje:

1. Im skuteczniej wdroży się w globalnej skali system nominalnie pajdokratyczny, w tym większym stopniu stanie się on realnie oligarchiczny - w im większym stopniu fasada "demokracji przedstawicielskiej" stanie się wszechobecnym i maksymalnie "inkluzywnym" cyrkiem pełnym roszczeniowych krzykaczy, tym swobodniej będą się mogły za nią panoszyć zacementowane grupy interesu od dawna wtajemniczone w "realną politykę". Nie sposób się zatem dziwić, że wiodącą rolę w owych mniej lub bardziej zakulisowych gremiach będą wieść najstarsi spośród wciąż sprawnie funkcjonujących weteranów owego "politycznego brydża".

2. Z punktu poprzedniego można wysnuć wniosek, iż ostateczni decydenci i szare eminencje w globalnym systemie nominalnie pajdokratycznej władzy są na ogół osobami, które jakąś formę władzy sprawują już od wielu dekad. To z kolei sprawia, że władza nie jest już dla nich środkiem do żadnego zewnętrznego celu, ale celem samym w sobie - perwersyjną grą, w której uczestniczą oni siłą zawodowego nawyku i quasi-narkotycznego odurzenia. Z tego natomiast wynika, że nikt wyraźnie młodszy nie jest dla nich w tej grze poważnym konkurentem.

3. I wreszcie punkt być może najważniejszy i najbardziej intrygujący: im bardziej w globalnym społeczeństwie utrwalona jest mentalność pajdokratyczna, w tym większym stopniu każde kolejne pokolenie staje się niezdolne do skutecznego sprawowania władzy i trzymania systemu w ryzach. Stąd coraz większa koncentracja gerontów u szczytu piramidy władzy, świadcząca o ich coraz większych problemach ze znalezieniem "godnych następców". Z tego z kolei wynika, że wraz z przeminięciem obecnego pokolenia rządzących gerontów zbudowany i utrwalony przez nich system pajdokratyczny musi wejść w fazę gwałtownej i niekontrolowanej dezintegracji, kiedy to nikt nie będzie już w stanie wiarygodnie łatać spęczniałego globalnego nawisu długu, szminkować zardzewiałych bismarkowskich piramid emerytalnych czy dyrygować neomarksistowskimi "wojnami kulturowymi".

Dla osób, które życzą współczesnemu systemowi źle i wiedzą, że i tak prędzej czy później musi się on rozpaść, podobna prognoza może być zapowiedzią upragnionego katharsis. Niemniej trzeba tu zwrócić uwagę na fakt, iż jego natura jest w tym kontekście mieczem obosiecznym: z jednej strony postępujący infantylizm jego młodszych uczestników gwarantuje jego samozagładę, ale z drugiej strony tenże sam infantylizm sprawia, iż w kluczowym momencie trudno oczekiwać możliwości jego zastąpienia czymkolwiek bardziej konstruktywnym i kulturowo zdrowszym. Co więcej, nie sposób się tu spodziewać nawet powrotu klasycznego barbarzyństwa, gdyż nawet ono wymaga odpowiedniego stopnia "pierwotnej" organizacyjnej dojrzałości. Stąd to, co pojawi się w następstwie upadku globalnej pajdokracji, to w wymiarze cywilizacyjnym wielka i bezprecedensowa niewiadoma. Jedyne zatem, co można uczynić w ramach roztropnego wyjścia jej na spotkanie, to kultywować lokalne "benedyktyńskie" wspólnoty, które mają jak najmniej wspólnego z butwiejącym status quo. Wyłącznie wtedy można bowiem liczyć raczej na los Noego, niż na los głupich panien czy członków Sanhedrynu.

Saturday, October 9, 2021

Wolność, dowolność i świadomość zobowiązań

Dać sobie wmówić, żeby "być sobą” i "żyć po swojemu” to najprostsza droga do tego, żeby stać się nikim i żyć byle jak - czyli zgodnie z życzeniami zarządców ludzkiej masy. Świadomie wolny człowiek docenia zamiast tego wszelkie okazje ku temu, żeby być kim trzeba i żyć jak należy. Innymi słowy, pomylenie wolności z dowolnością to najprostsza droga do jej nieuświadomionej utraty, podczas gdy jej utożsamienie z możliwością coraz doskonalszego wypełnienia wewnętrznych zobowiązań to najlepsza ochrona przed wszelkimi zewnętrznymi represjami, które wabią nieskończoną obfitością namiastek za cenę jedynego konkretu.

Thursday, September 30, 2021

NWO a polityczny instynkt samozachowawczy

Jeśli ktoś uważa, że NWO nie tylko istnieje, ale też rozpoczęło półtora roku temu wdrażanie swojego z dawna planowanego globalnego przewrotu (do tego stopnia, że jego funkcjonariusze zupełnie wprost używają już tej frazy w czasie swoich konferencji), to komuś takiemu zdecydowanie nie brakuje politycznego instynktu samozachowawczego. Jeśli natomiast ktoś uważa, że na przestrzeni ostatniego półtora roku wciąż wydarzyło się za mało, żeby uznać istnienie NWO, ten powinien przynajmniej przyznać, że zagrożenie ze strony hipotetycznego NWO lub tworu NWO-podobnego jest znacznie większe, niż wcześniej gotów był przypuszczać.

Tak czy inaczej należy uczciwie stwierdzić, że błazeńskie prześmiewki ze straszenia NWO - nawet jeśli przyjmowało ono nieraz formę fantazyjnie wyolbrzymioną - okazały się wymownym świadectwem stępienia politycznego instynktu samozachowawczego znacznej części globalnego społeczeństwa. Warto jak najpilniej wyciągnąć z tego faktu stosowną lekcję - nie popadając w przeciwną skrajność, ale przyjmując do świadomości, że, choć działania domorosłych "władców świata" jak najbardziej można w dużej mierze tłumaczyć głupotą, to jednak główną siłą napędową owej głupoty są przede wszystkim nieskończone pokłady zorganizowanej złej woli. Tylko wówczas będzie bowiem możliwe zmobilizowanie przeciwko niej podobnie nieskończonych pokładów woli dobrej, bez których nie ma szansy na finalne nad nią zwycięstwo.

Tuesday, September 28, 2021

Powtórka ze złego, czyli autodestrukcja bez ambicji

Klasyczny, czerwony komunizm jako nagrodę za powszechne zniewolenie obiecywał powszechny dobrobyt, natomiast dzisiejszy zielony komunizm otwarcie obiecuje w to miejsce powszechną nędzę. Klasyczny scjentyzm jako nagrodę za podporządkowanie się "światopoglądowi naukowemu" obiecywał podbój wszechświata, natomiast dzisiejszy ludyczno-gadżeciarski pop-scjentyzm otwarcie proponuje zamiast tego bycie zastąpionym przez "sztuczną inteligencję". Klasyczny romantyzm jako nagrodę za sprzeciwienie się "mieszczańskim konwenansom" obiecywał wzmacniającą świadomość "bólu istnienia", natomiast dzisiejszy infantylny pop-psychologizm oferuje w zastępstwie upupiające "spełnianie marzeń" i "kochanie siebie".

O ile można więc zrozumieć, że rozmaitym upokarzającym człowieka i poniżającym jego naturę ideologiom można było ulegać w świetle przedstawianych przez nie triumfalistycznych celów, o tyle trudniej jest być wyrozumiałym dla kogoś, kto przyklaskuje jawnie autodestrukcyjnym ideologicznym środkom w imię jeszcze bardziej jawnie autodestrukcyjnych ideologicznych celów. Można jedynie zachowywać przy tym rozsądną nadzieję, że taka kombinacja duchowo samobójczych impulsów jest skazana na spalenie się w przedbiegach, oszczędzając wszystkim ludziom dobrej woli kontaktu z jakimikolwiek poważniejszymi "realizacjami" zawartych w niej "wizji", choćby te ostatnie trwały nie dłużej niż mgnienie oka przed swoim nieuchronnym rozpadem.