W wydawnictwie Instytutu Misesa ukazała się monografia zbiorowa upamiętniająca pięćdziesiątą rocznicę otrzymania Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla przez Friedricha Augusta von Hayeka.
W monografii tej znajduje się m.in. artykuł mojego autorstwa pt. "Hayek a gospodarka informacyjna", w którym staram się wykazać, iż dorobek austriackiego ekonomisty nadaje się doskonale do schładzania entuzjazmu zarówno "technosocjalistów" rojących o centralnym sterowaniu gospodarką przez tzw. sztuczną inteligencję, jak i "technokapitalistów" gotowych wierzyć w to, że w postępie automatyzacji i cyfryzacji można upatrywać rogu powszechnej obfitości.
Do lektury monografii zachęcam wszystkich pragnących przekonać się co do tego, jak ponadczasowo aktualna i inspirująca jest myśl hayekowska, zwłaszcza na tle miałkiego i koniunkturalnego przyczynkarstwa obecnego aż nadto wyraźnie w tzw. ekonomicznym głównym nurcie.
Saturday, August 8, 2026
Friday, July 31, 2026
"Sprawiedliwość poetycka" w świecie bezprawia
W senacie amerykańskim odbyło się ostatnio teatralno-marionetkowe "przesłuchanie" głównego wodzireja festiwalu chińskiej grypy, który odmówił odpowiedzi na wszelkie zadane mu pytania. W świecie zuchwałego bezprawia, w którym przyszło nam żyć, żadnej kary nie poniesie najprawdopodobniej ani on, ani żaden z jego współpracowników, tak samo jak żadnej kary nie poniósł nikt z towarzystwa dokazującego na Wyspach Dziewiczych (notabene w istotnej mierze zazębiającego się z gronem współpracowników rzeczonego wodzireja).
Zamiast jednak nadmiernie gorszyć się tym obiektywnie kompromitującym faktem, warto docenić "sprawiedliwość poetycką" wynikającą z tego, iż festiwal chińskiej grypy ostatecznie otworzył oczy znacznej części ludzi dobrej woli, dając im do zrozumienia, że jeśli "cały świat" zaczyna na gwałt popierać wdrażanie jakichkolwiek mniej lub bardziej wydumanych "kryzysowych obostrzeń", to tym niezłomniej trzeba się "całemu światu" postawić. Tylko wtedy bowiem można nie ponieść szkody na swojej duszy, choćby się wydawało, że trzeba to okupić zantagonizowaniem "całego świata" - co, jak się okazuje, nie jest absolutnie żadną stratą, gdyż jego "władze i zwierzchności" zwłaszcza dziś zachowują się w swym skrajnie tandetnym koniunkturalizmie jak chorągiewki na wietrze.
Mając więc na uwadze, jakimi jeszcze wymysłami tego rodzaju może nas zechcieć uraczyć "cały świat", przedstawiając je jako "bezpieczne i skuteczne" remedia na wywoływane przez siebie partykularne draki (wojny, klęski żywiołowe, problemy migracyjne itp.), nie należy nigdy zapominać, że ma się do czynienia z kolosem na glinianych nogach, który w ostatecznym rachunku nie jest w stanie tknąć wewnętrznej wolności i zasłużonej godności człowieka dobrej woli nawet małym palcem, jeśli tylko powie mu się wyraźne i jednoznaczne "non possumus".
Zamiast jednak nadmiernie gorszyć się tym obiektywnie kompromitującym faktem, warto docenić "sprawiedliwość poetycką" wynikającą z tego, iż festiwal chińskiej grypy ostatecznie otworzył oczy znacznej części ludzi dobrej woli, dając im do zrozumienia, że jeśli "cały świat" zaczyna na gwałt popierać wdrażanie jakichkolwiek mniej lub bardziej wydumanych "kryzysowych obostrzeń", to tym niezłomniej trzeba się "całemu światu" postawić. Tylko wtedy bowiem można nie ponieść szkody na swojej duszy, choćby się wydawało, że trzeba to okupić zantagonizowaniem "całego świata" - co, jak się okazuje, nie jest absolutnie żadną stratą, gdyż jego "władze i zwierzchności" zwłaszcza dziś zachowują się w swym skrajnie tandetnym koniunkturalizmie jak chorągiewki na wietrze.
Mając więc na uwadze, jakimi jeszcze wymysłami tego rodzaju może nas zechcieć uraczyć "cały świat", przedstawiając je jako "bezpieczne i skuteczne" remedia na wywoływane przez siebie partykularne draki (wojny, klęski żywiołowe, problemy migracyjne itp.), nie należy nigdy zapominać, że ma się do czynienia z kolosem na glinianych nogach, który w ostatecznym rachunku nie jest w stanie tknąć wewnętrznej wolności i zasłużonej godności człowieka dobrej woli nawet małym palcem, jeśli tylko powie mu się wyraźne i jednoznaczne "non possumus".
Wednesday, July 22, 2026
Wolność słowa, vox populi i czatbotowa pulpa
Wszechobecność "sztucznointeligentnej" papki werbalnej oraz ochoczość, z jaką masy użytkowników Internetu posiłkują się jej generatorami, obnaża w bezprecedensowym stopniu fakt, iż możliwość publicznego wyrażania swojej opinii na rozmaite tematy nie jest wartością samą w sobie - staje się ona natomiast wręcz antywartością w momencie, gdy podobne opinie są wyrażane przez postacie funkcjonalnie niepiśmienne, a do takich zalicza się lwia część osób sięgających entuzjastycznie po czatbotowe protezy.
Z powyższego nie wynika rzecz jasna, jakoby wolność słowa nie była jedną z fundamentalnych wartości społecznych. Wynika z tego jednakże, iż wolność słowa z konieczności idzie w parze z zobowiązaniem do wykształcenia w sobie autentycznie własnego, indywidualnego głosu i stylu wypowiedzi odzwierciedlającego naszą niepowtarzalną osobowość i nasz unikatowy zbiór przekonań, który jesteśmy gotowi gruntownie uzasadnić i za który jesteśmy gotowi brać odpowiedzialność.
Tylko tak traktowana wolność słowa może bowiem nie dopuścić do zaistnienia sytuacji, w której domniemany vox populi staje się nieodróżnialny od ogłuszającego skrzekotu elektronicznych papug - a więc od wyjątkowo perfidnej formy wieży Babel, gdzie wszyscy zdają się mówić tym samym, automatycznie tłumaczonym językiem, ale język ten staje się nośnikiem groteskowej wręcz beztreściwości, wśród której ginie wszelka szansa nie tylko na odkrycie, ale nawet na zdefiniowanie prawdy (a zwłaszcza Prawdy przez wielkie P).
Z powyższego nie wynika rzecz jasna, jakoby wolność słowa nie była jedną z fundamentalnych wartości społecznych. Wynika z tego jednakże, iż wolność słowa z konieczności idzie w parze z zobowiązaniem do wykształcenia w sobie autentycznie własnego, indywidualnego głosu i stylu wypowiedzi odzwierciedlającego naszą niepowtarzalną osobowość i nasz unikatowy zbiór przekonań, który jesteśmy gotowi gruntownie uzasadnić i za który jesteśmy gotowi brać odpowiedzialność.
Tylko tak traktowana wolność słowa może bowiem nie dopuścić do zaistnienia sytuacji, w której domniemany vox populi staje się nieodróżnialny od ogłuszającego skrzekotu elektronicznych papug - a więc od wyjątkowo perfidnej formy wieży Babel, gdzie wszyscy zdają się mówić tym samym, automatycznie tłumaczonym językiem, ale język ten staje się nośnikiem groteskowej wręcz beztreściwości, wśród której ginie wszelka szansa nie tylko na odkrycie, ale nawet na zdefiniowanie prawdy (a zwłaszcza Prawdy przez wielkie P).
Labels:
ai,
czatbot,
indywidualizm,
język,
komunikacja,
wolność słowa
Monday, July 20, 2026
Wysokobudżetowy popkulturowy koń trojański i zgubna ideologiczna odyseja jego twórców
Hollywoodzką ekranizację "Troi", która weszła na ekrany kinowe 22 lata temu, można potraktować jako wysoce symboliczny znak czasu - otóż tzw. wysokobudżetowa popkultura była już podówczas pieczołowicie przygotowanym koniem trojańskim, ale jeszcze nie wydobyły się z niego rozsadniki topornego antycywilizacyjnego agitpropu. Stąd ową ekranizację szło się oglądać niejako z marszu, nie oczekując po niej niczego poza widowiskową rozrywką - i dokładnie to się otrzymywało.
Natomiast dzisiejszą niesławną ekranizację "Odysei" poprzedziła tak natarczywa i szydercza w swej wymowie kampania promocyjna, że już wyłącznie na jej bazie domyślnie chce się ten twór omijać szerokim łukiem - mimo że uczciwe recenzje sugerują, że jest on zwyczajnie nudny, rozwlekły i dialogowo siermiężny, a nie jakoś szczególnie zideologizowany. To zaś przywodzi na myśl kolejną wysoce symboliczną konstatację - otóż twórcy popkulturowego konia trojańskiego błąkają się obecnie po komercyjno-ideologicznych morzach i oceanach, nie wiedząc do końca, czy w większym stopniu służyć Mammonowi, czy Baalowi.
Najwyższa więc pora, by pomóc im rozwiązać ów dylemat i uwolnić ich od zgubnej służby obu tym bożkom, doprowadzając hollywoodzkie truchło do ostatecznego rozkładu wskutek jego konsekwentnego bojkotu, jawiącego się już dziś jako opcja standardowa i nieokupiona zupełnie żadnymi kosztami alternatywnymi. Wszakże nie godzi się przedłużać agonii tego, czego zasadniczym znakiem rozpoznawczym jest już wyłącznie epatowanie swymi przedśmiertnymi drgawkami.
Natomiast dzisiejszą niesławną ekranizację "Odysei" poprzedziła tak natarczywa i szydercza w swej wymowie kampania promocyjna, że już wyłącznie na jej bazie domyślnie chce się ten twór omijać szerokim łukiem - mimo że uczciwe recenzje sugerują, że jest on zwyczajnie nudny, rozwlekły i dialogowo siermiężny, a nie jakoś szczególnie zideologizowany. To zaś przywodzi na myśl kolejną wysoce symboliczną konstatację - otóż twórcy popkulturowego konia trojańskiego błąkają się obecnie po komercyjno-ideologicznych morzach i oceanach, nie wiedząc do końca, czy w większym stopniu służyć Mammonowi, czy Baalowi.
Najwyższa więc pora, by pomóc im rozwiązać ów dylemat i uwolnić ich od zgubnej służby obu tym bożkom, doprowadzając hollywoodzkie truchło do ostatecznego rozkładu wskutek jego konsekwentnego bojkotu, jawiącego się już dziś jako opcja standardowa i nieokupiona zupełnie żadnymi kosztami alternatywnymi. Wszakże nie godzi się przedłużać agonii tego, czego zasadniczym znakiem rozpoznawczym jest już wyłącznie epatowanie swymi przedśmiertnymi drgawkami.
Sunday, July 19, 2026
Mises, Rothbard i fundamenty "nauki o wolności"
Mises jest niewątpliwie znaczniejszym ekonomistą niż Rothbard, jako że ten drugi nie jest pionierem nowatorskich teorii, a jedynie (a w zasadzie aż) wybitnym kompilatorem, erudycyjnym syntetyzatorem i pomysłowym przyczynkarzem w najlepszym tego słowa znaczeniu. Niemniej Rothbard jako filozof i historyk idei zdaje się mieć trafniejsze intuicje od swojego mistrza w zakresie tego, na jakich pierwszych zasadach należy oprzeć kompleksową i interdyscyplinarną "naukę o wolności".
Mises to kantysta ulegający w ostatecznym rachunku sceptycyzmowi co do możliwości poznania "rzeczy samych w sobie". Rothbard to arystotelik podkreślający, że działanie to pomost między myślą a rzeczywistością, pozwalający na konkretne przekształcanie obiektywnie poznanego otaczającego świata. Dla Misesa prawa ekonomii to finalnie jedynie "prawa myśli". Dla Rothbarda to prawa rzeczywistości. Mises to etyczny subiektywista traktujący wszelkie wartości i powinności jako tożsame z indywidualnymi preferencjami, które nie poddają się naukowej ocenie. Rothbard to prawnonaturalista twierdzący, że obiektywne prawidła ekonomii i etyki wyrastają z tego samego prakseologicznego rdzenia. Mises traktuje rozważania metafizyczne i teologiczne jako badawczo nieprzenikalne. Rothbard upatruje w najbardziej niszczycielskich ideologiach herezji religijnych i przejawów metafizycznej pychy.
Podsumowując, ekonomia Rothbarda może być słusznie postrzegana jako jedynie (albo, znowu, aż) błyskotliwe rozwinięcie ekonomii Misesa, ale jego szersza intelektualna wizja wydaje się trafniej opisywać ogół powodów, dla których ludzkość samobójczo kopie pod sobą dołki, i trafniej przedstawiać ogół źródeł wiedzy, czerpanie z których jest konieczne, by przerwać tę spiralę autodestrukcji. Stąd można uznać, że Mises i Rothbard są równorzędnymi gigantami myśli, których dorobek jest nie tylko ponadczasowo aktualny, ale też coraz cenniejszy - co warto podkreślić zwłaszcza przy okazji stulecia tego drugiego, biorąc pod uwagę jego wciąż względnie mniejszą rozpoznawalność.
Mises to kantysta ulegający w ostatecznym rachunku sceptycyzmowi co do możliwości poznania "rzeczy samych w sobie". Rothbard to arystotelik podkreślający, że działanie to pomost między myślą a rzeczywistością, pozwalający na konkretne przekształcanie obiektywnie poznanego otaczającego świata. Dla Misesa prawa ekonomii to finalnie jedynie "prawa myśli". Dla Rothbarda to prawa rzeczywistości. Mises to etyczny subiektywista traktujący wszelkie wartości i powinności jako tożsame z indywidualnymi preferencjami, które nie poddają się naukowej ocenie. Rothbard to prawnonaturalista twierdzący, że obiektywne prawidła ekonomii i etyki wyrastają z tego samego prakseologicznego rdzenia. Mises traktuje rozważania metafizyczne i teologiczne jako badawczo nieprzenikalne. Rothbard upatruje w najbardziej niszczycielskich ideologiach herezji religijnych i przejawów metafizycznej pychy.
Podsumowując, ekonomia Rothbarda może być słusznie postrzegana jako jedynie (albo, znowu, aż) błyskotliwe rozwinięcie ekonomii Misesa, ale jego szersza intelektualna wizja wydaje się trafniej opisywać ogół powodów, dla których ludzkość samobójczo kopie pod sobą dołki, i trafniej przedstawiać ogół źródeł wiedzy, czerpanie z których jest konieczne, by przerwać tę spiralę autodestrukcji. Stąd można uznać, że Mises i Rothbard są równorzędnymi gigantami myśli, których dorobek jest nie tylko ponadczasowo aktualny, ale też coraz cenniejszy - co warto podkreślić zwłaszcza przy okazji stulecia tego drugiego, biorąc pod uwagę jego wciąż względnie mniejszą rozpoznawalność.
Friday, July 10, 2026
Szydercza parodia "Odysei" jako przejaw trwającego pędu ku duchowej autodestrukcji
Ewidentnie wydany został odgórny rozkaz, żeby we wszelkich kanałach informacyjnych rozpocząć zmasowaną kampanię marketingową filmu będącego podobno ekranizacją "Odysei", który to film już na długo przed wejściem na ekrany zdążył okryć się groteskową niesławą. Dość wspomnieć, że murzyńska aktorka ma w nim odgrywać rolę Heleny Trojańskiej, a więc postaci, której imię znaczy tyle, co "jasna" lub "świetlista" i której skóra jest opisywana w "Iliadzie" jako mająca kolor kości słoniowej.
Niemniej bardziej znamienny jest w tym kontekście charakter owej kampanii marketingowej. Otóż w dużej mierze nie tyle usiłuje ona zachęcać do obejrzenia wzmiankowanego filmu, co - idąc w zaparte - próbuje infantylnie i nieudolnie wyszydzać tych, którzy słusznie dopatrują się w nim niemal podręcznikowego wzorca "marksizmu popkulturowego". To zaś prowadzi do nieodkrywczego, ale dla wielu wciąż nie dość oczywistego wniosku - a mianowicie do konkluzji, iż tzw. wysokobudżetowy przemysł rozrywkowy już od dłuższego czasu nie dba o zarabianie pieniędzy czy wypracowywanie zysków. Co więcej - nie dba on już nawet o skuteczność w zakresie ideologicznego urabiania odbiorców, bo na chwilę obecną idzie on już wyraźnie pod prąd oddolnej reakcji globalnego społeczeństwa wobec jego nachalnych zapędów indoktrynacyjnych.
Co zatem jest jego celem? Otóż jest nim folgowanie czystej, bezinteresownej, wichrzycielskiej złośliwości - i pod tym względem nie różni się on niczym od obecnego świata tzw. globalnej polityki czy międzynarodowej biurokracji. Wszakże wojny wszczynane dziś przez rozmaitych politycznych decydentów nie mają żadnych konkretnych i konwencjonalnie korzystnych celów - ani materialnych, ani ideologicznych. Podobnie ma się rzecz z obostrzeniami narzucanymi przez rozmaite biurokratyczne koterie - wszystkie one zdają się być obliczone na maksymalnie małostkowe upokorzenie ich ofiar i żywicieli, co w ostatecznym rachunku jest długofalowo samobójcze z punktu widzenia przede wszystkim tychże koterii.
Innymi słowy, mamy dziś do czynienia z tak ogłupiałym, złośliwym, szyderczym i finalnie autodestrukcyjnym pędem po stronie wszelkiego autoramentu wpływowych grup decyzyjnych, że można go sensownie postrzegać wyłącznie w kategoriach metafizycznych i duchowych, streszczających się w tym przypadku w archetypicznej formule "nie będę służył" (tzn. będę psuł, mącił, niszczył, bałamucił i wykoślawiał, bo rdzeń mojej tożsamości stanowi bunt wobec obiektywnego porządku rzeczywistości).
To z kolei prowadzi do konstatacji, że również od wszystkich ludzi dobrej woli należy dziś oczekiwać odłożenia perspektywy materialnej czy ideologicznej na drugi bądź trzeci plan i traktowania służby obiektywnemu porządkowi rzeczywistości jako nadrzędnego celu samego w sobie. Tylko w ten sposób bowiem można wzbudzić w sobie dość motywacji, determinacji i hartu ducha, by ostatecznie i trwale pokonać opisany wyżej front złowrogich sił - zwłaszcza w sytuacji, gdy przeważająca część materialnych, organizacyjnych i instytucjonalnych zasobów znajduje się wciąż w jego rękach. Nic wszakże nie pozostało na tym etapie ogółowi ludzi dobrej woli, jak tylko albo z miejsca wywiesić białą flagę, albo iść do końca po całkowite zwycięstwo - jest to więc wybór tak oczywisty i wyrazisty, jak jeszcze nigdy dotąd.
Niemniej bardziej znamienny jest w tym kontekście charakter owej kampanii marketingowej. Otóż w dużej mierze nie tyle usiłuje ona zachęcać do obejrzenia wzmiankowanego filmu, co - idąc w zaparte - próbuje infantylnie i nieudolnie wyszydzać tych, którzy słusznie dopatrują się w nim niemal podręcznikowego wzorca "marksizmu popkulturowego". To zaś prowadzi do nieodkrywczego, ale dla wielu wciąż nie dość oczywistego wniosku - a mianowicie do konkluzji, iż tzw. wysokobudżetowy przemysł rozrywkowy już od dłuższego czasu nie dba o zarabianie pieniędzy czy wypracowywanie zysków. Co więcej - nie dba on już nawet o skuteczność w zakresie ideologicznego urabiania odbiorców, bo na chwilę obecną idzie on już wyraźnie pod prąd oddolnej reakcji globalnego społeczeństwa wobec jego nachalnych zapędów indoktrynacyjnych.
Co zatem jest jego celem? Otóż jest nim folgowanie czystej, bezinteresownej, wichrzycielskiej złośliwości - i pod tym względem nie różni się on niczym od obecnego świata tzw. globalnej polityki czy międzynarodowej biurokracji. Wszakże wojny wszczynane dziś przez rozmaitych politycznych decydentów nie mają żadnych konkretnych i konwencjonalnie korzystnych celów - ani materialnych, ani ideologicznych. Podobnie ma się rzecz z obostrzeniami narzucanymi przez rozmaite biurokratyczne koterie - wszystkie one zdają się być obliczone na maksymalnie małostkowe upokorzenie ich ofiar i żywicieli, co w ostatecznym rachunku jest długofalowo samobójcze z punktu widzenia przede wszystkim tychże koterii.
Innymi słowy, mamy dziś do czynienia z tak ogłupiałym, złośliwym, szyderczym i finalnie autodestrukcyjnym pędem po stronie wszelkiego autoramentu wpływowych grup decyzyjnych, że można go sensownie postrzegać wyłącznie w kategoriach metafizycznych i duchowych, streszczających się w tym przypadku w archetypicznej formule "nie będę służył" (tzn. będę psuł, mącił, niszczył, bałamucił i wykoślawiał, bo rdzeń mojej tożsamości stanowi bunt wobec obiektywnego porządku rzeczywistości).
To z kolei prowadzi do konstatacji, że również od wszystkich ludzi dobrej woli należy dziś oczekiwać odłożenia perspektywy materialnej czy ideologicznej na drugi bądź trzeci plan i traktowania służby obiektywnemu porządkowi rzeczywistości jako nadrzędnego celu samego w sobie. Tylko w ten sposób bowiem można wzbudzić w sobie dość motywacji, determinacji i hartu ducha, by ostatecznie i trwale pokonać opisany wyżej front złowrogich sił - zwłaszcza w sytuacji, gdy przeważająca część materialnych, organizacyjnych i instytucjonalnych zasobów znajduje się wciąż w jego rękach. Nic wszakże nie pozostało na tym etapie ogółowi ludzi dobrej woli, jak tylko albo z miejsca wywiesić białą flagę, albo iść do końca po całkowite zwycięstwo - jest to więc wybór tak oczywisty i wyrazisty, jak jeszcze nigdy dotąd.
Sunday, June 21, 2026
Pożądany schyłek ery reżimowych świętych krów
Odkładając na bok przepychanki orderowe jako przejaw spektaklu dla gawiedzi, należy docenić fakt, że w tzw. dyskursie publicznym nie ma już przynajmniej żadnych "świętych krów". Ściślej rzecz ujmując, żaden reżim nie może już liczyć na to, że będzie się go zagłaskiwać w oparciu o czarnoksięskie uniwersalne wytrychy takie jak "interesy geopolityczne", "krzywdy historyczne", "systemowy rasizm" czy też inny anty-izm, zwłaszcza jeśli zachowuje się on w sposób wyjątkowo i niemal rozmyślnie arogancki wobec swoich domniemanych sojuszników.
Nie ma w tym kontekście znaczenia to, czy dany reżim znajduje się we wschodniej Europie, czy na Bliskim Wschodzie, ani też to, czy jego, zdawałoby się, kluczowy sojusznik znajduje się w jego bezpośrednim sąsiedztwie, czy za oceanem. Grunt za to w tym, żeby wszyscy ludzie dobrej woli jak najszybciej i jak najskuteczniej doprowadzili wszystkie pasożytujące na nich reżimy do materialnego bankructwa - biorąc pod uwagę, że ich ostateczne bankructwo intelektualne i moralne jest już dla nich przypuszczalnie aż nadto widoczne.
Nie ma w tym kontekście znaczenia to, czy dany reżim znajduje się we wschodniej Europie, czy na Bliskim Wschodzie, ani też to, czy jego, zdawałoby się, kluczowy sojusznik znajduje się w jego bezpośrednim sąsiedztwie, czy za oceanem. Grunt za to w tym, żeby wszyscy ludzie dobrej woli jak najszybciej i jak najskuteczniej doprowadzili wszystkie pasożytujące na nich reżimy do materialnego bankructwa - biorąc pod uwagę, że ich ostateczne bankructwo intelektualne i moralne jest już dla nich przypuszczalnie aż nadto widoczne.
Subscribe to:
Posts (Atom)