Wednesday, October 9, 2019

Zmiany klimatyczne a totalitarna indoktrynacja

Zmiany klimatyczne są zjawiskiem tyleż naturalnym, co wciąż stosunkowo słabo zrozumianym, w związku z czym wydawanie jakichkolwiek kategorycznych sądów w zakresie ich powstawania i rozwoju jest w najlepszym razie nieroztropne.

W coraz większym stopniu nie ulega natomiast wątpliwości, że tzw. katastrofalne antropogeniczne zmiany klimatyczne to najbardziej nikczemne propagandowe bałamuctwo, jakim obecnie raczona jest ludzkość. Aby dojść do podobnego wniosku, nie trzeba powoływać się w tym kontekście na "czyny mówiące głośniej niż słowa", takie jak np. niesłabnący popyt na długoterminowe obligacje czy rosnące wciąż ceny nadmorskich nieruchomości. Wystarczy zamiast tego skupić się na tym, w jakim tonie wypowiadają się najbardziej konsekwentni zwolennicy owego bałamuctwa i jakie wprost przyświecają im cele.

Wszystkim już dziś wiadomo, że istnieje pewien "typ ludzki", którego jedynym, bezwzględnie realizowanym celem jest całkowite fizyczne i moralne upodlenie swojego bliźniego, stanowiące ostateczny wyraz całkowitej władzy nad nim. Najpełniejszym dotychczasowym ucieleśnieniem owego typu byli ci, którzy zbudowali, a następnie - jak długo było to możliwe - konserwowali system komunistyczny, czyniący jednostkę niewolnikiem absolutnym - tak materialnym, jak i duchowym. I choć system komunistyczny uległ spektakularnemu samozniszczeniu - co musiało się stać ze względów ekonomicznych - odpowiedzialny za niego "typ ludzki" wciąż istnieje i wciąż żywi dokładnie te same zamiary.

Skoro zaś w tak spektakularnie kompromitujący sposób upadły wszelkie domorosłe totalitarne utopie, które obiecywały swoim niewolnikom ziemski raj, w jaki sposób można wciąż agitować dziś skutecznie na rzecz totalitaryzmu? Otóż można to robić nie tyle mamiąc łatwowiernych kolejnymi wizjami powszechnego dobrobytu tworzonego w ramach "gospodarki planowej", co wprost im oświadczając, że totalitarne centralne sterowanie globalnym społeczeństwem jest jedyną alternatywą wobec rzekomego kataklizmu, który całkowicie zniszczy ludzką cywilizację. Pojawiająca się w tym kontekście frazeologia jest pod względem deklarowanych celów nie do odróżnienia od niegdysiejszej frazeologii marksistowsko-leninowskiej: społeczeństwa świata mają znów zaakceptować "żelazne ustalenia nauki" i podporządkować się "wielkiemu zbiorowemu działaniu na rzecz likwidacji systemowej niesprawiedliwości" oraz "kompleksowemu przemodelowaniu sposobu funkcjonowania globalnej gospodarki", co będzie wymagać "politycznej dyscypliny" i "rezygnacji z burżuazyjnych wygód".

Ani razu nie pojawia się natomiast w kontekście podobnej agitacji sugestia, że jeśli perspektywa "klimatycznej katastrofy" jest realna, to w pierwszej kolejności należałoby w bezprecedensowym stopniu zrezygnować z destruktywnego archaizmu zwanego polityką, a tym samym kategorycznie przestać rzucać kłody pod nogi wolnej przedsiębiorczości i oddolnej społecznej samoorganizacji, a więc jedynym zjawiskom, które dają szansę na sprostanie tak złożonym i wielkoskalowym wyzwaniom. Innymi słowy, intencje konsekwentnych piewców "walki z katastrofą klimatyczną" są aż nadto jasne - i są to intencje momentami groteskowo wręcz podobne do tych, które przyświecały zarządcom zrealizowanych dwudziestowiecznych dystopii.

Na szczęście nie wierzę, że istnieje jakakolwiek szansa na wdrożenie owego nowego "zielonego komunizmu", bo człowiek współczesny - w przeciwieństwie do wczesnodwudziestowiecznego proletariatu - jest o wiele zbyt rozkapryszony i zinfantylizowany, żeby móc podejmować jakiekolwiek "rewolucyjne akty poświęcenia". Nie zmienia to jednak faktu, że wyżej opisana apokaliptyczno-totalitarna indoktrynacja może wymiernie przyczynić się do dalszego demoralizowania już i tak mocno zdemoralizowanych społeczeństw tzw. krajów rozwiniętych i do dalszego obniżania już i tak bardzo niskiego poziomu ich ekonomicznej świadomości. To zaś są aż nadto wystarczające powody, aby nie ustępować jej ani na krok i przy każdej okazji obnażać jej jednoznacznie antycywilizacyjny charakter.

Tuesday, October 8, 2019

What Liberty Allows for and What it Demands

Liberty allows for recklessness, but it demands accepting its consequences; it does not repress vices, but it encourages the development of virtues; it tolerates diversity, but it excludes it from ventures based on unanimity; and it does not condemn self-love, but it flourishes in the love of one's neighbor.

In other words, liberty does not fight against things that are morally neutral, it does not respond to evil with greater evil, and it is a necessary condition of doing good. Thus, there is no good reason whatever to give up on it, but there are infinite good reasons to use it ever more fully.

Sunday, September 29, 2019

Intelektualizm, populizm i własny zdrowy rozum

Słyszy się czasem, że atmosfera obecnych czasów jest jakoby populistyczna i w swoim populizmie antyintelektualna. Równie często zdaje się jednak słyszeć, że, wręcz przeciwnie, cechuje się ona aż nadto widoczną uległością wobec tzw. intelektualistów oraz ich opinii.

Tymczasem między dwoma powyższymi stwierdzeniami nie musi zachodzić żadna niezgodność. Może być tak, że z jednej strony mamy dziś do czynienia z bezprecedensowym natężeniem rezonerstwa ze strony tzw. intelektualistów, przy pomocy którego próbuje się dość nachalnie urabiać opinię społeczną, z drugiej zaś strony mamy do czynienia z coraz bardziej niechętnymi reakcjami wobec owego rezonerstwa ze strony szerokich mas. Innymi słowy, może być tak, że zwłaszcza w dobie nagłówkowej komunikacji, informacyjnego szumu, umasowienia formalnej edukacji i zaniku tego, co można określić mianem klasycznego wykształcenia w duchu sztuk wyzwolonych, rzekomy intelektualny potencjał tzw. zawodowych intelektualistów prezentuje się coraz mierniej. To zaś, w połączeniu z coraz bardziej natrętnym powoływaniem się na niego w kontekście roztrząsania domniemanych "wielkich problemów świata", prowadzi w sposób naturalny do wzbierania coraz większej fali antyintelektualnego populizmu.

Nie wydaje się, żeby taki właśnie rozwój wydarzeń był szczególnie zaskakujący. Początków odrębnej klasy zawodowych intelektualistów należy upatrywać w procesie kształtowania się demokratyczno-redystrybucyjnych państw narodowych, w którym to procesie pełnili oni kluczową rolę ideologiczno-propagandową. Obecnie natomiast przyrodzona pycha i chęć trzymania z najsilniejszym pcha ich coraz mocniej w kierunku agitowania na rzecz konsolidacji władzy już nie lokalnej, ale globalnej, i nie plemienno-mitologicznej, ale "humanitarystyczno"-technokratycznej. Ta jednak - w przeciwieństwie do jej lokalnego, nacjonalistycznego odpowiednika - jest na tyle odległa od naturalnych wspólnotowych intuicji zdecydowanej większości mieszkańców świata, że spotyka się z coraz bardziej jawnie wyrażanym odrzuceniem, w parze z którym idzie rosnąca niechęć wobec klasy zawodowej stanowiącej jej ideologiczną forpocztę.

Z powyższych obserwacji zdają się wyłaniać dwa zasadnicze wnioski. Po pierwsze, intuicyjne nastawienie antyintelektualistyczne może być zjawiskiem o tyle pozytywnym, o ile wiązać się może ze wzrastającą świadomością, że tzw. intelektualiści, określani przez Hayeka mało pochlebnym mianem "handlarzy idei z drugiej ręki", w swojej masie nigdy nie byli w społeczeństwie siłą konstruktywną, specjalizując się raczej w mydleniu oczu, niż w pogłębianiu cudzego spojrzenia na świat. Po drugie natomiast - co jest kwestią znacznie istotniejszą - należałoby wykorzystać tę okazję, aby zdać sobie w pełni sprawę z faktu, że żadną alternatywą wobec intelektualistycznego bałamuctwa nie jest siermiężny, "chłopskorozumowy" populizm. Innymi słowy, nawet jeśli do inteligentnego (a tym bardziej mądrego) życia członkom społeczeństw nie są potrzebni intelektualiści, nie oznacza to, że nie są im potrzebni mędrcy, myśliciele, kontemplatycy czy wykwalifikowani specjaliści, a więc przedstawiciele grup stanowiących przejaw organicznego rozwoju umysłowego wolnych i intelektualnie niezależnych wspólnot ludzkich.

Podsumowując, rozgrywający się dziś konflikt między protekcjonalnym intelektualizmem a resentymentalnym populizmem należałoby wykorzystać jako doskonałą okazję do zdania sobie sprawy, że ani życie inteligentne nie wymaga dawania posłuchu samozwańczym intelektualistom, ani życie zdroworozsądkowe nie wymaga dawania posłuchu samozwańczym orędownikom "chłopskiego rozumu". Jak to niemal zawsze bywa, mądrość zaczyna się od rozumowej niezależności, a więc od wystąpienia z wszelkich tłumów - zwłaszcza jeśli wszystkie one odzywają się w coraz większym stopniu wyłącznie głosem miedzi brzęczącej i cymbałów brzmiących.

Friday, August 30, 2019

On the Crucial Role of Unobvious Virtues

When it turns out that the greatest enemy of truth is not falsehood, but gibberish, it turns out that the greatest intellectual virtue is not deductive brilliance or factual erudition, but common sense. When it turns out that the greatest enemy of decency is not hatred, but arbitrariness, it turns out that the greatest moral virtue is not kindness or mercy, but perseverance. When it turns out that the greatest enemy of good taste is not vulgarity, but ostentation, it turns out that the greatest aesthetic virtue is not elegance or refinement, but moderation. And when it turns out that the greatest enemy of civilization is not barbarity, but infantilism, it turns out that the greatest cultural virtue is not sophistication, but integrity.

Tuesday, August 27, 2019

Demokracja rynkowa a ideologiczne manipulacje

Jedną dobrą rzeczą, jaka może wyniknąć z bezprecedensowo nachalnego ideologicznego rezonerstwa przetaczającego się obecnie przez świat mass mediów, reklamy i popkultury, może być pełne i trwałe uświadomienie sobie faktu, jak względnie niewiele znaczą słowa, zwłaszcza te nic nie kosztujące, masowo produkowane i przyjmujące formę pseudomoralistycznych sloganów. To z kolei może doprowadzić do pełnego i trwałego uświadomienia sobie tego, jak wiele mogą znaczyć codzienne czyny dokonywane przez poszczególnych konsumentów w warunkach tego, co Ludwig von Mises określił mianem demokracji rynkowej. Być może to właśnie w reakcji na wyżej wspomniane ideologiczne rezonerstwo szeregowi konsumenci w wyjątkowej mierze zdadzą sobie sprawę z faktu, iż nie stanowią oni biernych odbiorców rozmaitych dóbr, usług i marketingowych komunikatów, ale czynnych twórców rynku i ostatecznych wyrazicieli kierunku jego rozwoju.

To natomiast może w bezprecedensowy sposób pomóc im zrozumieć, że w takim stopniu, w jakim ich świadome wybory nie stanowią o być lub nie być choćby i największych i najbardziej wpływowych firm, owe wybory nie dokonują się w otoczeniu rynkowym, ale etatystycznym - tzn. w otoczeniu, w którym podmioty gospodarcze ignorujące wolę znacznej części swoich klientów mogą przetrwać dzięki politycznym grantom, subsydiom, monopolistycznym przywilejom i ekspansjom pustego kredytu. Innymi słowy, może dojść w tym kontekście do szczególnego zrozumienia odwiecznej ekonomicznej prawdy, iż wrogiem autentycznie suwerennego konsumenta nie jest nigdy mityczny "globalny kapitał", ale jest nim zawsze zarówno globalny, jak i lokalny etatyzm, czyli wirus zorganizowanej agresji i pasożytnictwa zatruwający relacje rynkowe; dopiero zaś wtedy, gdy się owemu wrogowi skutecznie przeciwstawi, będzie można twierdzić z pełną odpowiedzialnością, że jakość globalnego rynku odpowiada w sposób bezpośredni jakości wyborów dokonywanych przez ogół jego pokojowych uczestników.

Monday, August 26, 2019

O zasadniczej roli nieoczywistych przymiotów

W momencie, gdy największym wrogiem prawdy okazuje się nie kłamstwo, tylko bełkot, najważniejszym intelektualnym przymiotem okazuje się nie dedukcyjna błyskotliwość czy znajomość faktów, tylko zdrowy rozsądek. W momencie, gdy największym wrogiem przyzwoitości okazuje się nie nienawiść, tylko dowolność, najważniejszym moralnym przymiotem okazuje się nie litość czy łaskawość, tylko samozaparcie. W momencie, gdy największym wrogiem dobrego smaku okazuje się nie wulgarność, tylko ostentacja, najważniejszym estetycznym przymiotem okazuje się nie finezja czy gustowność, tylko umiar. Natomiast w momencie, gdy największym wrogiem cywilizacji okazuje się nie barbarzyństwo, tylko infantylizm, najważniejszym kulturowym przymiotem okazuje się nie wyrafinowanie, tylko zasadniczość.

Tuesday, July 30, 2019

Tragedia i farsa, czyli marksistowski antymarksizm

Słynny marksistowski slogan głosi, że historia lubi się powtarzać - pierwszy raz jako tragedia, drugi jako farsa. Slogan ów został później sparafrazowany przez Nozicka, który stwierdził, że to marksizm lubi się powtarzać - pierwszy raz jako tragedia, drugi jako farsa. Otóż okazuje się, że to konkretne sformułowanie - w obu swoich wersjach - jest bardzo wnikliwe i nieomal profetyczne.

Marksizm tragiczny zdewastował w XX wieku połowę świata, pod względem zarówno fizycznym i gospodarczym, jak i mentalnym oraz kulturowym. Natomiast dzisiejszy marksizm farsowy jest jednym z istotnych czynników utrudniających odbudowę świata po owej dewastacji, zwłaszcza w zakresie drugiej pary wspomnianych wyżej względów. Przejawia się on np. w pojawieniu się coraz pokaźniejszej grupy osób, których pojmowanie procesów gospodarczych jest w wielu kluczowych punktach stricte marksistowskie, podczas gdy jednym z głównych elementów ich ideologicznej autoidentyfikacji jest silnie akcentowany deklaratywny antymarksizm.

Innymi słowy, mowa tu o osobach, które implicite w pełni akceptują założenia laborystycznej teorii wartości czy "eksploatacyjnej" teorii zysku, nie widząc w tym żadnej niezgodności ze swoim rzekomo antymarksistowskim światopoglądem, opartym przeważnie na założeniu, że ekonomia jest drugorzędna względem "walki rewolucyjnej" toczonej obecnie na polu kultury czy obyczajowości.

Tymczasem być może jest tak, że jednym z największych osiągnięć neomarksizmu spod znaku Szkoły Frankfurckiej i "teorii krytycznej" jest nie tylko zakażenie ideologią "walki klas" obszaru kultury, ale też całkowite odwiedzenie deklaratywnych obrońców kultury od zdobywania rzetelnej wiedzy ekonomicznej, a tym samym świadomości, że marksizm jest przede wszystkim zbiorem zideologizowanych i zhistoriozofizowanych potocznych gospodarczych przesądów. Rezultatem jest to, że ignoranckie frazesy o "złodziejskiej wymianie czegoś za nic" czy "spekulacyjnym odrywaniu cen od obiektywnej wartości dóbr" słyszy się już nie tylko od jawnych ideologów marksizmu, ale też od płomiennych orędowników rzekomego antymarksizmu.

Nie trzeba dodawać, że w obliczu tego rodzaju mętliku pojęciowego krzewienie rzetelnej wiedzy ekonomicznej - a tym samym budowanie autentycznie antymarksistowskiego systemu globalnej współpracy społecznej opartego o naturalne harmonie ekonomiczne - obarczone jest dodatkowymi trudnościami. Stąd tak istotne jest dziś to, aby w kontekście solidnego nauczania ekonomii - oraz innych nauk społecznych - dbać w sposób szczególny o uporządkowanie owego mętliku. Tylko wówczas uda się skutecznie wyjść naprzeciw nie tylko staroświeckiemu kłamstwu, ale też nowoczesnemu bełkotowi, który z tych dwojga jest być może groźniejszym wrogiem prawdy.