Sunday, May 12, 2019

Prewencyjne i konstruktywne formy cywilizacyjnej odnowy, czyli o długiej drodze do słusznego celu

To, jaki wpływ cywilizacyjny jest w ostatecznym rachunku wywierany przez tą grupę osób, której najpopularniejszym przedstawicielem jest na obecną chwilę jungowski psycholog Peterson, jest dla mnie wciąż kwestią niejednoznaczną.

W swoim wymiarze "negatywnym" - tzn. w wymiarze tego, czemu owa grupa się przeciwstawia - jest to wpływ niemal całkowicie pożyteczny. Ci, którzy potrafią masowo odwodzić ludzi od trucizny neomarksizmu i jego intelektualnej przykrywki, czyli tzw. postmodernizmu, z całą pewnością przygotowują grunt pod odbudowę cywilizacji, zwłaszcza w jej wymiarze kulturowym. Nie muszą być oni nawet w tym zakresie szczególnie oryginalni - ważne za to, żeby byli sugestywni, a więc zdolni do skutecznego używania tych narzędzi promocyjnych, jakimi posługują się popularne dziś antycywilizacyjne nurty, po to, aby je umiejętnie obrócić przeciwko nim samym. W tym sensie Peterson i spółka radzą sobie zupełnie dobrze.

Sytuacja staje się mniej oczywista w momencie, gdy dochodzimy do pytania o zdolności owych osób w zakresie budowania autentycznie pozytywnego cywilizacyjnego potencjału. Najbardziej charakterystyczną cechą współczesnej kultury jest w mojej opinii infantylizm, czyli połączenie intelektualnej miałkości, emocjonalnej niedojrzałości, duchowej nonszalancji i komunikacyjnego niedbalstwa. Pozytywny potencjał cywilizacyjny buduje zatem ten, kto umożliwia uczestnikom kultury czynne przezwyciężenie wszystkich powyższych zjawisk. Jeśli więc np. terapeutyczne porady Petersona posiłkujące się jungowską analizą mitycznych archetypów są w stanie umożliwić szerokim rzeszom osób wzniesienie się ponad poziom terapeutyczny i mitotwórczy w swoim rozumieniu roli cywilizacji, wówczas można mówić w tym kontekście nie tylko o sukcesie prewencyjnym, ale również o sukcesie konstruktywnym. Tak byłoby choćby wówczas, gdyby petersonowska terapia i jungowska analiza była dla szerokich rzesz osób wyłącznie przystankiem pośrednim na drodze do np. filozofii arystotelesowsko-tomistycznej, mistyki chrześcijańskiej czy gruntownego zrozumienia ostatecznych celów "mitopoetyckiego" przedsięwzięcia literackiego takich dogłębnie konstruktywnych przedstawicieli kultury współczesnej (lub niemal współczesnej) jak Tolkien czy C. S. Lewis.

Jeśli natomiast osoby, które dostały się w orbitę Petersona i spółki pozostaną na poziomie przekonania, że cywilizacja to jedno wielkie terapeutyczne narzędzie umożliwiające nam życie "tak jakby wszechświat miał sens" - czy, używając bardziej ortodoksyjnie jungowskiego języka, umożliwiające nam życie w zgodzie z instynktownymi wymogami naszej "zbiorowej nieświadomości" - wówczas mówienie o nie tylko prewencyjnym, ale też konstruktywnym sukcesie cywilizacyjnym będzie mocno wątpliwe. Jedna forma kulturowego infantylizmu będzie bowiem wówczas zastąpiona wyłącznie inną jego formą - New Age miałkiego egzystencjalnego ludyzmu zostanie zastąpiony New Age'em równie miałkiego egzystencjalnego terapeutyzmu, jednakowo bezradnego w zakresie autentycznego pogłębiania relacji społeczeństwa z obiektywnymi kategoriami prawdy, dobra i piękna.

Podsumowując, to, czy popularność Petersona i osób mu podobnych to z dawna wyczekiwany zwiastun cywilizacyjnej odnowy, pozostaje kwestią wysoce dyskusyjną i o wiele zbyt wczesną do rozstrzygnięcia. Może tak być i chciałbym, żeby tak było, ale jeśli ma tak być, to ci, których Peterson i spółka odwiedli od najbardziej toksycznych antycywilizacyjnych zjawisk, muszą zachowywać stałą i głęboką świadomość, że to dopiero początek ich drogi ku autentycznej kulturowej dojrzałości.

Saturday, April 27, 2019

Dewolucja etatystycznej indoktrynacji i jej skutki

Używając klasycznego języka teologicznego, można powiedzieć, że władza to najgorsza forma pychy, a pycha to najgorsza forma grzechu - kwintesencja buntu wobec obiektywnej struktury rzeczywistości, w tym jej obiektywnej struktury moralnej. Tym samym zupełnie naturalnym i niezaskakującym jest nowotestamentowe stwierdzenie Szatana, iż wszystkie królestwa tego świata należą do niego. Państwo - monopolistyczny aparat zideologizowanej agresji, przemocy i grabieży - wprost urasta tu do rangi najpotężniejszego rozsadnika zorganizowanego, zinstytucjonalizowanego zła, w sposób programowy stawiającego na głowie wszystkie zasady, wartości i przymioty moralne.

Tego rodzaju zjawisko wywołuje, rzecz jasna, naturalny opór ze strony intuicji moralnych zwykłych, niezindoktrynowanych ludzi, w związku z czym kluczowe w zakresie konsolidacji wszelkiej władzy politycznej jest ich zneutralizowanie i zagłuszenie. Historycznie rzecz biorąc odbywało się to na różne sposoby. Początkowo samozwańczy władcy próbowali tworzyć wrażenie, iż są bogami, a więc istotami, których nie obowiązuje konwencjonalna moralność. W późniejszym okresie twierdzili, że nawet jeśli nie są bogami, to są wyłącznymi ziemskimi przedstawicielami bogów, a więc ludźmi dysponującymi szczególnymi przywilejami moralnymi. Po dziś dzień twierdzą oni natomiast, że nie są co prawda pomazańcami klasycznie rozumianych bogów, ale są za to wyłącznymi przedstawicielami rozmaitych świeckich bożków i mitycznych abstrakcji, takich jak "lud", "naród", "społeczeństwo", "wola powszechna", itp.

Do bałamuctwa o charakterze quasi-religijnym od pewnego momentu doszło w tym kontekście bałamuctwo o charakterze pseudonaukowym. Na tym polu można się zatem spotkać ze stwierdzeniami takimi jak te, że wyłącznie zorganizowany przymus jest w stanie doprowadzić do powstania nierywalizacyjnych i niewykluczalnych "dóbr publicznych", że wyłącznie wydatki deficytowe są w stanie stymulować "bezczynne zasoby" w warunkach recesji, że wyłącznie polityczne manipulowanie stopami procentowymi i podażą pieniądza jest w stanie zapewnić gospodarce "makroekonomiczną stabilność", itp.

Co jednak dzieje się wtedy, gdy wszystkie powyższe formy proetatystycznej propagandy stają się zbyt wyświechtane, zbyt łatwe do natychmiastowego obalenia i zbyt nieatrakcyjne w powszechnym odbiorze? Mogłoby się wydawać, że los etatyzmu jest wówczas przypieczętowany, gdyż wyczerpane zostają wówczas wszystkie sposoby zagłuszania naturalnych, zdrowych intuicji moralnych ludzkości. Jeśli jednak szerokie rzesze ludzkie zostaną w międzyczasie wystarczająco rozpieszczone powszechnym dobrobytem i wystarczająco zinfantylizowane ludyczno-życzeniowym podejściem do świata, wówczas etatystyczne bałamuctwo może pokusić się o przyjęcie jeszcze innej, bezprecedensowo zuchwałej i ostentacyjnie niedorzecznej formy - już nie quasi-religijnej i nie pseudonaukowej, ale bajkowo-magicznej, w ramach której państwo staje się czarodziejskim polem zakrzywiającym rzeczywistość, gdzie największy absurd staje się głębokim rozsądkiem i vice versa.

Sztandarowym współczesnym przykładem owego bajkowo-magicznego populizmu, łączącego w sobie najbardziej wulgarne formy populizmu quasi-religijnego i pseudonaukowego, jest tzw. współczesna teoria monetarna (MMT). Wedle owej "teorii" w obszarze etatystycznego pola zakrzywiającego rzeczywistość przestają obowiązywać nie tylko jakiekolwiek prawa ekonomii, ale nawet jakiekolwiek zdroworozsądkowe definicje - inflacyjna kreacja pieniądza staje się kreacją "usług publicznych", podatkowy zabór mienia staje się narzędziem stabilizacji cenowej, pieniądz staje się arbitralnym tworem legislacyjnym, obniżka deficytów rządowych staje się erozją prywatnych oszczędności, itp. Innymi słowy, w owym postawionym na głowie świecie niemożliwe staje się nie tylko wymienianie jakichkolwiek logicznych argumentów, ale nawet jednoznaczne i sensowne zdefiniowanie jakichkolwiek stosownych terminów - grunt, że wszystko w nim zmierza ku automatycznemu wnioskowi, że zinstytucjonalizowana agresja i grabież jest w stanie stworzyć coś z niczego, zaspokajając dowolne zachcianki klienteli danej władzy.

Z jednej strony można by uznać, że etatystyczna propaganda jest w stanie przyjmować tak groteskowe formy wyłącznie w przeddzień swojej ostatecznej kapitulacji, co byłoby wnioskiem ze wszech miar optymistycznym. Z drugiej jednak strony można przyjąć, że w społeczeństwie na tyle rozkapryszonym i zinfantylizowanym, by brać twory takie jak MMT za dobrą monetę, zadanie edukacyjne (i być może również wychowawcze) stojące przez zwolennikami ekonomicznego i moralnego zdrowego rozsądku wciąż pozostaje ogromne. Tak czy inaczej, mowa tych ostatnich tym bardziej musi dziś brzmieć: "Tak - tak, nie - nie", gdyż wytrwałe powtarzanie elementarnych prawd ma efekt wyzwalający niezależnie od rodzaju niewolniczych bałamuctw, z którymi ma się do czynienia. Prędzej czy później owe bałamuctwa się wyczerpią i ostatecznie zawalą się pod ciężarem własnej pychy, niezborności i niedorzeczności. Zza ich fasady wyłoni się zaś wtedy w pełnej okazałości realny świat, ku któremu od zawsze usiłowali kierować ludzkość przeciwnicy etatystycznej fikcji - świat, którego wielkie możliwości będzie wtedy wreszcie można w pełni wykorzystywać, mając przy tym cały czas na uwadze jego równie wielkie i nieusuwalne ograniczenia.

Wednesday, April 24, 2019

Austriacka szkoła ekonomii a "postmodernizm"

W okołometodologicznych niszach intelektualnych pojawia się od czasu do czasu pogląd, jakoby wiele istotnych teoretycznych wniosków sformułowanych przez przedstawicieli austriackiej szkoły ekonomii dawało się w naturalny sposób pogodzić z tzw. postmodernizmem. Postmodernizm - stanowisko podkreślające równoważność wszelkich subiektywnych "narracji" na temat otaczającej rzeczywistości - ma rzekomo naturalnie współbrzmieć z subiektywistyczną teorią wartości, z kluczową ekonomiczną rolą "wiedzy utajonej" powiązanej z indywidualnymi doświadczeniami poszczególnych podmiotów gospodarczych, z ostatecznie arbitralnym charakterem suwerenności konsumenckiej, itp.

Tymczasem owe pozorne punkty styczne okazują się zupełnie nieistotne w świetle zasadniczych epistemologicznych różnic między przyczynowo-realistyczną metodologią szkoły austriackiej a metodologicznym nihilizmem tzw. postmodernistów. Dla przedstawicieli ASE subiektywny charakter fundamentalnych danych ekonomicznych jest jedynie punktem wyjściowym dla logiczno-dedukcyjnego procesu, którego zwieńczeniem jest uświadomienie sobie intersubiektywnego charakteru kluczowych danych katalaktycznych - cen, płac, stóp procentowych, itd. - a więc charakteru umożliwiającego precyzyjne porównywanie indywidualnych "narracji" rynkowych i ich poddawanie rygorowi twardych ograniczeń budżetowych. Co więcej, dla przedstawicieli ASE owe subiektywne dane ekonomiczne oraz ich intersubiektywne katalaktyczne derywaty są poddane jak najbardziej obiektywnym prawom logiki działania, całkowicie niezależnym od czyichkolwiek "narracyjnych" wymysłów czy zachcianek. Innymi słowy, pod względem swoich osądów poznawczych austriacki przyczynowy realizm nie tylko nie ma nic wspólnego z tzw. postmodernizmem, ale jest wręcz jego ścisłym przeciwieństwem.

Warto nadmienić w tym kontekście, że, ściśle rzecz ujmując, podejście metodologiczne szkoły austriackiej nie ma też nic wspólnego z tzw. modernizmem, jeśli ten drugi rozumieć jako comte'owski pozytywizm, laplace'owski scjentyzm, walrasowski matematyzm czy bismarckowsko-keynesistowską inżynierię społeczną. Zamiast tego jest ono kontynuacją premodernistycznego podejścia arystotelesowsko-tomistycznego, które na bazie introspekcyjnie identyfikowalnych aksjomatów i dedukcyjnie wywodzonych z nich wniosków usiłuje uchwycić logiczną esencję poszczególnych zjawisk zachodzących w otaczającej rzeczywistości. W tym sensie jest ono spadkobiercą najstarszej i filozoficznie najdojrzalszej tradycji metodologicznej, której zawdzięczamy samo zjawisko podziału nauk i przyporządkowywania im odpowiednich źródeł wiedzy oraz narzędzi badawczych. Można tym samym powiedzieć, że jest to podejście najbliższe ponadczasowym ambicjom poznawczym poszukiwaczy prawdy i miłośników mądrości, które są diametralnie przeciwne nihilistycznemu samozadowoleniu przedstawicieli tzw. ponowoczesności. Obserwacja ta prowadzi zaś do podsumowującego wniosku, że istotnym elementem budowania w sobie prawdziwej intelektualnej dojrzałości i samoświadomości jest zachowywanie należytej ostrożności wobec fałszywych intelektualnych sojuszników.

Wednesday, April 17, 2019

Modern Civilization: Impressive, but Not Great

Modern civilization is uniquely capable of rebuilding great cathedrals, but it is uniquely incapable of building great cathedrals. It is capable of spectacular recreation, but it is spectacularly incapable of creation. It commands unprecedented resources, but it often uses them in an unprecedentedly unresourceful manner. It is remarkably long on qualitative potential, but remarkably short on qualitative achievement.

In other words, it is an all-purpose tool without a purpose: an embodiment not so much of a tragically necessary tradeoff, but of a tragically wasted opportunity. Thus, what it needs is not will, but discipline, not progress, but direction, not freedom from arbitrary discrimination, but freedom to prudent discrimination, and not unrestricted self-realization, but the unhampered pursuit of virtue.

Tuesday, April 9, 2019

"Publiczne szkolnictwo" to instytucjonalny fundament umysłowego zniewolenia

"Publiczne szkolnictwo" to instytucjonalny fundament umysłowego zniewolenia. Należy zawsze pamiętać, że stworzyć wolne społeczeństwo to nie unieszkodliwić fizycznie rządzących, ale wyzwolić mentalnie rządzonych, a to właśnie siłą narzucona "powszechna oświata" jest najskuteczniejszym narzędziem hodowania tych drugich - narzędziem, dzięki któremu "wielka fikcja, w ramach której każdy próbuje żyć kosztem wszystkich pozostałych" urasta w ich wyobraźni do rangi największej i najbardziej zasadniczej rzeczywistości.

Wolność zaczyna się od świadomości, że nie istnieje nic takiego jak prawo do rządzenia, zaś głównym, choć niepisanym celem "powszechnej oświaty" - czyli najskuteczniejszej z dotychczasowych form powszechnej propagandy - jest ową świadomość zacierać w intelektualnie kluczowym okresie ludzkiego życia i czynić to w skali totalnej.

Jedyną niezawodną w tym kontekście obroną jest wyłącznie zdrowy rozsądek, bo choć prawdziwe wykształcenie pozwala na radzenie sobie z ignoranckimi przesądami, to wyłącznie zdrowy rozsądek pozwala na radzenie sobie z wykształconymi przesądami. A to te drugie nie tylko zapewniają swoich wyznawców, że są oni wolni od przesądów, ale też, że są oni na nie odporni, co czyni z nich niewolników doskonałych - osoby przekonane, że wolność to możliwość zarządzania własną klatką.

Saturday, March 16, 2019

Wolność osobista kontra kulturowy infantylizm

Obecne czasy można bez przesady nazwać czasami bezprecedensowego kulturowego infantylizmu. Wyraża się on w tym, że dominujący dziś przekaz kulturowy sprowadza się do serii sloganów stanowiących kwintesencję bezrefleksyjnego i roszczeniowego folgowania wszelkim swoim doraźnym kaprysom, miałkim fanaberiom i ostentacyjnym dziwactwom. Są to slogany takie jak: "bądź sobą", "możesz być, kim zechcesz", "za nic nie przepraszaj", "mam gdzieś, co o mnie myślą", itp.

Jest to zjawisko o tyle nowe i inne od np. romantycznego subiektywizmu, o ile romantyk gotów był cierpieć za swoją indywidualność, ponosić odpowiedzialność za swoją nieprzystawalność i wierzyć, że pogłębiając swój subiektywny punkt widzenia wytycza on nowe ścieżki ku pewnemu obiektywnemu absolutowi. Tymczasem konsument współczesnych kulturowych sloganów nie myśli za swoją rzekomą indywidualność ani cierpieć, ani ponosić odpowiedzialności, ani dążyć na jej bazie do jakichkolwiek obiektywnych wartości - chce on przy jej pomocy jedynie epatować, tupać nóżką i zabijać nudę.

Zjawisko to jest o tyle niebezpieczne, o ile na pierwszy rzut oka zdaje się ono mieć związek z uwielbieniem dla wolności osobistej i dla szeroko rozumianej orientacji klasycznie liberalnej. Tymczasem klasyczny liberalizm - jak również dojrzała forma jego współczesnego rozwinięcia, czyli libertarianizmu - nierozerwalnie łączy wolność z odpowiedzialnością i konsekwentnie podkreśla, że wolność oderwana od odpowiedzialności prędko staje się swoją własną karykaturą, której nikt nie jest gotów bronić w szczery i zdyscyplinowany sposób. Karykatura owa nie tylko nie zabezpiecza więc niczyjej swobody działania, ale jest wręcz jej przeciwieństwem, bo umożliwia domaganie się w imię wolności rozmaitych przywilejów dla ostentacyjnych roszczeniowców, takich jak np. "antydyskryminacyjny" zakaz jawnego wyrażania dezaprobaty wobec ich obyczajowej czy wizerunkowej ostentacji. W ten sposób autentyczna, głęboka wolność ginie w imię walki o swoją miałką atrapę.

Podsumowując, zwolennicy klasycznego liberalizmu i libertarianizmu nie tylko nie powinni szukać we współczesnych kulturowych sloganach echa jakiejkolwiek aprobaty dla drogich im wartości, ale powinni stawiać im konsekwentny odpór, podkreślając, że wolność osobista tylko wtedy jest wartością trwałą i owocną, kiedy służy rozwijaniu obiektywnych przymiotów charakteru, na czele z roztropnością, odpowiedzialnością i samodyscypliną. Tylko wówczas wolny człowiek będzie w stanie autentycznie "być sobą" - to znaczy kimś, kto w pełni realizuje swój obiektywny osobowy potencjał.

Wednesday, March 6, 2019

Miękki totalitaryzm a propaganda miłych słów

"Twardy totalitaryzm" dawnego typu dąży do siłowego podporządkowania wszystkich członków społeczeństwa pewnym dogmatycznym zakazom i nakazom. Natomiast nowego typu "miękki totalitaryzm" dąży do podminowania wszelkiego rodzaju myślenia i działania opartego na obiektywnych normach, wartościach i zasadach, aż do momentu, w którym jedyną obiektywną zasadą stanie się zasada zorganizowanej przemocy, czyli politycznej kontroli.

Nic więc dziwnego, że słowami-kluczami miękkototalitarnej nowomowy są pojęcia takie jak "tolerancja", "inkluzywność", "różnorodność", "otwartość" czy "wyrozumiałość". Jest to przy tym nowomowa o tyle szczególna, o ile nie tworzy ona nowych słów, wypaczając jedynie znaczenia słów powszechnie znanych i powszechnie traktowanych jako nacechowane pozytywnie. Uprawnione zatem jest np. mówienie, że chrześcijaństwo było od zawsze religią otwartą i inkluzywną, jak długo określenia te zachowują swoje pierwotne znaczenie - tzn. znaczenie podkreślające, że każdy, niezależnie od swojego pochodzenia czy statusu społecznego, mógł podjąć chrześcijańskie zobowiązania i dążenia do chrześcijańskich celów. Tymczasem to samo stwierdzenie wypowiedziane w duchu miękkototalitarnej propagandy oznacza coś diametralnie innego, tzn. sugestię, że każdy ma prawo naginać chrześcijańskie zobowiązania do swoich roszczeń, a chrześcijańskie cele do swoich zachcianek. Podobne stwierdzenie dąży zatem jawnie do wydrenowania chrześcijaństwa z jego obiektywnej treści, w kwestii przestrzegania której nigdy nie było ono "otwarte" ani "inkluzywne".

W ten sposób normatywnie wymagające tradycje oraz instytucje przekształca się w ich wychowawczo bezsilne karykatury, a wartości mające bardzo konkretne zastosowania - do których zalicza się również tolerancja i otwartość - czyni się miałkimi liczmanami albo zjawiskami budzącymi odruchową złość i niechęć. To zaś prowadzi wprost do całkowitej infantylizacji społeczeństwa, a tym samym do możliwości dowolnego wodzenia go za nos politycznymi marchewkami i dowolnego okładania go politycznymi kijami. Należy o tym pamiętać zwłaszcza wtedy, gdy słyszy się triumfalistyczne slogany o życiu w "wolnym, otwartym i tolerancyjnym społeczeństwie" - pamiętając zaś o tym, należy zachowywać świadomość, że znaczenia poszczególnych słów (zwłaszcza tych miło brzmiących) są znacznie liczniejsze, a zależności między nimi dużo bardziej złożone, niż to zawsze przedstawiają rzekomi dobroczyńcy ludzkości.