Tuesday, July 16, 2024

Spektakl, zamach, cud, czy wszystko w jednym?

W temacie "spektakl czy nie spektakl" można na chwilę obecną rzec przynajmniej tyle: otóż zaaranżować można z całą pewnością kwestie takie, jak dogodne przystawienie drabiny do jedynego istotnego wzniesienia w okolicy, uporczywe ignorowanie przez rzekomo wysokiej klasy profesjonalistów podejrzanej postaci, na którą zwracali im uwagę zebrani wokół "amatorzy", czy też rażące złamanie protokołu bezpieczeństwa przez snajpera, który zamiast wystrzelić prewencyjnie do ewidentnego zamachowca, wystrzelił dopiero w reakcji na atak tamtego. Trudno natomiast przyjąć, że da się zaaranżować zwrot głowy w ostatniej chwili, postrzelenie "jedynie" ucha i śmierć postronnej osoby.

Innymi słowy, wiele wskazuje na to, że życzono sobie śmierci oczywistej postaci, ale opatrznościowo zdołała ona ocalić życie - i jest to wniosek niezależny od tego, czy uznaje się ją za "wolny elektron" autentycznie przeszkadzający kryptokratyczemu reżimowi, czy za jego pacynkę, która miała zostać poświęcona dla "większej sprawy". Liczą się w tym kontekście konsekwencje, a te w wypadku śmierci inkryminowanej figury natychmiastowo pogrążyłyby USA w wojnie domowej, pretekst opanowania której mógłby posłużyć reżimowi do podpalenia kolejnych globalnych beczek prochu lub zintensyfikowania konfliktów zbrojnych w tych miejscach, gdzie obecnie już się one toczą. W jakim celu? Otóż nie w celu gospodarczym czy politycznym - bo potencjalna nuklearna anihilacja nie sprzyja ani bogactwu, ani władzy, nawet z punktu widzenia kompleksu militarno-bezpieczniackiego - ale w celu czysto psychopatycznym, pozwalającym poczuć się samozwańczym "elitom za elitami" jak dosłowni bogowie, zdolni do uznaniowego zakończenia tego wszystkiego, co Pan Bóg onegdaj rozpoczął.

Tak czy inaczej, ludzkość po raz kolejny otrzymała na kredyt więcej czasu na uporządkowanie swoich spraw - i to nie w wymiarze gospodarczym czy politycznym, bo tamtejsze ogniska choroby są wyłącznie symptomami, a nie przyczynami, tylko w wymiarze moralnym, duchowym i personalnym (w najgłębszym tego słowa znaczeniu). Na to bowiem, jak potoczą się kolejne wydarzenia w spektaklu zwanym "światową polityką", nie ma decydującego wpływu żaden człowiek ani nawet żadna społeczność - każdy człowiek ma natomiast prawo i obowiązek postępować w codziennym życiu tak słusznie i godnie, jakby kurtyna mogła opaść w dowolnej chwili. Więcej zrobić nie sposób - ale też w ostatecznym rachunku nic więcej zrobić nie trzeba.

Saturday, July 6, 2024

Indeksowe fundusze ETF jako potencjalne katalizatory giełdowych baniek

Indeksowe ETF-y, od dawna fetowane jako najbezpieczniejsze instrumenty umożliwiające pasywne inwestowanie w zdywersyfikowane portfele akcyjne, mają istotny, a rzadko podnoszony mankament: mogą łatwo sprzyjać pęcznieniu giełdowych baniek. Nie może być inaczej w sytuacji, gdy popularność i dostępność ETF-ów konsekwentnie rośnie, podczas gdy liczba akcji wyemitowanych przez spółki przynależące do danego indeksu pozostaje niezmienna.

Innymi słowy, jak głosi najbardziej podstawowa prawda ekonomiczna, nie istnieje nic takiego jak darmowy obiad czy zysk bez ryzyka. A zatem, im więcej osób próbuje pasywnie "podczepiać się" pod ogólny wzrost gospodarczy poprzez regularne inwestycje w akcje największych spółek giełdowych, w tym większym stopniu, ceteris paribus, ich wyceny odrywają się od czynników fundamentalnych.

Nawet więc przy założeniu, że główną i najczęstszą przyczyną baniek giełdowych jest ekspansja monetarna banków centralnych, indeksowe ETF-y okazują się bardzo poręcznymi pasami transmisyjnymi owej ekspansji, przyczyniającymi się do przewlekłości sztucznych boomów i spekulacyjnych manii, a tym samym zwiększającymi ryzyko utopienia istotnej części swojego kapitału w ich fazie szczytowej.

Rzeczony problem mógłby zniknąć wtedy, gdyby spółki indeksowe regularnie emitowały nowe akcje. Wówczas w miarę upływu czasu coraz więcej osób mogłoby się stawać ich udziałowcami, ale dokonywałoby się to kosztem wartości udziałów wcześniejszych akcjonariuszy. Zmniejszyłoby to zatem tempo wzrostu wyceny indeksów (potencjalnie zmniejszając ogólną atrakcyjność akcji względem innych klas aktywów inwestycyjnych), ale mogłoby uczynić ów wzrost bardziej harmonijnym i konsekwentnym w dłuższej perspektywie.

Innym rozwiązaniem byłoby tu wchodzenie na giełdę coraz większej liczby dużych spółek, które trafiałyby następnie do wielu równolegle funkcjonujących indeksów kapitalizacyjnych, choć to rodziłoby naturalne pytania o to, wedle jakiego klucza pozakapitalizacyjnego należałoby konstruować owe indeksy, a tym samym zmniejszałoby zalety dywersyfikacyjne związane z inwestowaniem w odnośne ETF-y.

Finalny wniosek wypływający z powyższych uwag wydaje się być następujący: chcąc sukcesywnie i realnie pomnażać swój kapitał, nie da się do końca uciec od podejścia aktywnego, a więc wymagającego osobistej inicjatywy i indywidualnego osądu prognostycznego. To zaś oznacza, że wszelkie rzekome "święte Graale" zapewniające stabilne i przyzwoite zyski przy minimum ryzyka okazują się potencjalnie równie zwodnicze, co ich szerzej rozpoznane odpowiedniki kuszące astronomicznymi zyskami przy umiarkowanie dużym ryzyku. Słowem, raz jeszcze kłania się tu nam fundament zdrowej ekonomii głoszący, że bez pracy nie ma kołaczy, bez zachodu nie ma miodu, a pieczone gołąbki nie lecą same do gąbki - nawet (a może zwłaszcza?) w dobie powszechnej cyfryzacji, automatyzacji i dostępności tanich usług maklerskich.

Tuesday, July 2, 2024

Wolność naturalna versus "wolność" gnostycka

Na poziomie metafizycznym można w ostatecznym rachunku wyróżnić dwie koncepcje wolności, które - z braku bardziej przystępnych określeń - można by nazwać wolnością naturalną i wolnością gnostycką.

Wolnością naturalną może się w pełni cieszyć podmiot, który w pierwszej kolejności poprawnie zdefiniuje swój przyrodzony gatunkowy potencjał oraz immanentne prawa rządzące jego relacją z przedmiotowym otoczeniem, następnie zaś doprowadzi do sytuacji, w której żadne inne podmioty nie będą w stanie siłowo uniemożliwiać mu realizacji owego potencjału (samodzielnej bądź zespołowej), ani też on nie będzie w stanie uniemożliwiać im realizacji ich analogicznego potencjału.

Natomiast wolność gnostycka to hipotetyczny stan rzeczy, w którym dany podmiot nie tyle działa w oparciu o wiedzę dotyczącą immanentnych praw rzeczywistości, co skutecznie wyzwala się spod ich władzy, stając się swoim wyłącznym prawodawcą na poziomie nie tylko społecznym, ale też logicznym i metafizycznym. Innymi słowy, jest to stan rzeczy, w którym dany podmiot nie tyle może zrealizować swój potencjał w ontologicznie wyznaczonych mu granicach, co na mocy własnej woli unieważnia wszelkie tego rodzaju granice.

Aprobatę dla pierwszej z tych koncepcji można odnaleźć choćby w "Etyce wolności" Rothbarda, metodologicznie opartej na fundamentach arystotelesowsko-tomistycznych, dedukcyjno-prakseologicznych i przyczynowo-realistycznych. Afirmacja drugiej z nich pojawia się z kolei np. w "Jedynym i jego własności" Stirnera czy w tyradach szatana z "Raju utraconego" Miltona. I o ile pierwsza z nich pozwala w swej logicznej niesprzeczności i metafizycznej spójności na faktyczne spełnianie się podmiotu w jego bytowych możnościach, o tyle druga jest performatywnie antynomicznym mirażem, pogoń za którym prowadzi ostatecznie do samozniewolenia i samozniszczenia (wiążącego się na ogół z poważnymi szkodami dla otoczenia).

Stąd kluczowe jest niemylenie obu tych koncepcji w kontekście deliberacji nad zasadami prawno-politycznymi służącymi zabezpieczaniu wolności w życiu społecznym. Nieostrożność na tym polu może bowiem doprowadzić np. do sytuacji, w której realne prawo do decydowania o sobie utożsami się z wydumanym "prawem do bycia, kim się chce", a kardynalną zasadę równości wobec prawa uzna się za inną nazwę roszczeniowej i potencjalnie paraliżującej "zasady niedyskryminacji". Częste zaś grzęźnięcie w podobnych nieporozumieniach grozi zniechęcaniem do filozofii konsekwentnego poszanowania dla wolności osobistej, co jest zawsze rezultatem o tyle niefortunnym, o ile filozofia ta ma aż nadto wielu w pełni świadomych nieprzyjaciół lubujących się w jej oczernianiu.

Podsumowując, wolność ma przed sobą najlepsze perspektywy wtedy, gdy w pełni uwolni się od swoich bałamutnych karykatur: albo, inaczej rzecz ujmując, tym bardziej można się stawać wolnym człowiekiem, im bardziej jest się odpornym na zgubne przekonanie, że zwieńczeniem tego procesu jest stanie się Panem Bogiem.

Saturday, May 25, 2024

Wolność i własność jako stawki w walce uwznioślającego sensu z samobójczym absurdem

Bezwarunkowy szacunek dla własności prywatnej, swobody gospodarczej i wolnej przedsiębiorczości nie może wynikać jedynie czy przede wszystkim z tego, że służy on bogactwu czy dobrobytowi społecznemu. Zamiast tego powinien on wynikać nade wszystko z faktu, że tylko człowiek mogący swobodnie dysponować swoją sprawiedliwie zdobytą własnością może być coraz bardziej produktywny dla swoich bliźnich i cieszyć się w związku z tym zasłużoną nagrodą za swoją pracowitość, roztropność i obrotność.

Innymi słowy, głównym czynnikiem motywującym powinna być w tym kontekście nie zamożność, tylko godność wynikająca z samodyscypliny, o której zamożność jedynie poświadcza. Nie może być inaczej w świecie kompletnej inwersji wartości, w którym jej ofiary myślą z rozrzewnieniem o rozmaitych "ekosocjalizmach", "technokomunizmach" czy "kapitalizmach interesariuszy" (czyli polityczno-korporacyjnych komunofaszyzmach) nie wskutek rojeń o "powszechnym i darmowym dobrobycie", ale wskutek pragnienia powszechnej, reglamentowanej nędzy (w imię "praw zwierząt", "walki z globalnym ociepleniem", "inkluzywności" itp.).

Podsumowując, w świecie obłędnej ideologicznej mizantropii i duchowego samobójstwa naczelnym hasłem przyświecającym wszystkim orędownikom nienaruszalności wolności gospodarczej, własności prywatnej i swobody międzyludzkiej współpracy powinno być nie "wznosząca fala podnosi wszystkie łodzie", tylko "kto nie pracuje, niech też nie je". To znaczy: jeśli w imię ideologicznych fantazmatów ktoś chce nie tylko żywić się cudzym kosztem, ale też ograniczać możliwość dowolnie obfitego żywienia się przez innych, wówczas w opozycji do niego i jemu podobnych należy gromadzić przede wszystkim tych, którzy nie tyle hołdują "konsumpcyjnemu materializmowi", co doceniają unikatową wartość czynienia sobie ziemi poddaną. Tylko wówczas bowiem wolność i własność mogą okazać się stawką w najbardziej fundamentalnej z walk: tej o zwycięstwo uwznioślającego sensu nad samobójczym absurdem.

Friday, May 10, 2024

"Świat klaunów" a powszechność "antysemityzmu"

Obecny "świat klaunów" lubuje się w histerycznym nadużywaniu całego szeregu wyświechtanych propagandowych terminów, ale niewątpliwą palmę pierwszeństwa dzierży wśród nich "antysemityzm".

Jest to określenie do tego stopnia amorficzne w swojej uniwersalnej oskarżycielskiej poręczności, że oto zdołaliśmy się już przekonać o istnieniu m.in. "żydowskich antysemitów" (osób, którym krytyka poczynań pewnego politycznego tworu najwyraźniej odebrała ich genetyczną tożsamość), "arabskich antysemitów" (zapewne koranicznych rewizjonistów sugerujących, że Arabowie wywodzą się nie od Sema, tylko od, dajmy na to, Chama), "chrześcijańskich antysemitów" (postaci nie kwapiących się do usunięcia ze swoich egzemplarzy Pisma Św. fragmentów takich jak "krew Jego na nas i na nasze dzieci") i "wolnościowych antysemitów" (pryncypialnych wrogów penalizowania "antysemityzmu" jako przejawu "mowy nienawiści", traktujących samo to pojęcie jako zamach na wolność słowa).

Niemniej jako że "świat klaunów" ma przy wszystkich swoich niezliczonych wadach tę wyrównawczą zaletę, że ostatecznie ośmiesza on wykorzystywane przez siebie propagandowe liczmany, należy zachowywać nadzieję, iż taki właśnie los spotka również "antysemityzm", co poskutkuje automatycznym wykluczeniem z wszelkich poważnych dyskusji każdego, kto nieironicznie oskarży innych o ową "uniwersalną zbrodnię". Oczywiście także wyrażenie podobnej nadziei może być uznane w "świecie klaunów" za "antysemickie", niemniej trzeba ufać, że ci wszyscy, którzy wciąż poczuwają się do roli strażników choć minimum terminologicznej i argumentacyjnej powagi, każde takie oskarżenie potraktują jako komplement lub przynajmniej powód do rozbawienia.

Tam bowiem, gdzie wszechobecność klaunów już dawno odebrała ich wybrykom wszelki walor komiczny, pozostaje uśmiechać się na myśl, że naturalny opór wobec ich nużącego jazgotu z czasem odbierze im również wszelki walor sprawczy. Niech ta myśl towarzyszy więc jak najczęściej wszystkim ludziom dobrej woli, a tym prędzej stanie się ona dającą odetchnąć rzeczywistością.

Saturday, May 4, 2024

"Problem wieży Babel" to nie brak wspólnego języka, tylko obfitość indywidualnej pychy

Niektórym mogłoby się wydawać, że w erze Internetu i przyzwoicie funkcjonujących automatycznych tłumaczy skutecznie rozwiązany został "problem wieży Babel", co oznacza, że ludzkość jest obecnie w stanie komunikować się w globalnej skali przy pomocy "wspólnego języka". Bardzo nieprzekonująco brzmiałaby jednak sugestia, że ludzkość stała się dzięki temu wyjątkowo zjednoczona, pokojowa czy harmonijna.

Świadomość tego stanu rzeczy pozwala na przejrzyste uzmysłowienie sobie faktu, że pomieszanie języków to skutek, a nie przyczyna bezproduktywnych sporów i jałowych konfliktów. Wieża Babel była przede wszystkim spektakularnym pomnikiem ludzkiej pychy, a pomniki ludzkiej pychy mają to do siebie, że na pewnym etapie ich budowy okazuje się, że każdy z budowniczych ma inne rozumienie ich natury i inny pomysł co do ich ukończenia. To jest z kolei oczywistą konsekwencją założenia, że zasady rządzące rzeczywistością mają być nie poznawane, tylko czynnie kształtowane i podporządkowywane ludzkiej woli.

Innymi słowy, komunikacyjna jałowość wynika przede wszystkim nie z tego, że mówi się różnymi językami, ale z tego, że nie ma się sobie nic sensownego do przekazania, to zaś wynika w przeważającej mierze z mniemania, jakoby poszczególnym słowom czy zwrotom można było przypisywać dowolne znaczenie, bądź też jakoby kwestia znaczeń była, nomen omen, bez znaczenia.

Problemy porozumiewawcze są zatem przede wszystkim pochodną problemów poznawczych, a różnorodność interpretacji i stanowisk może być owocna jedynie wtedy, gdy dobrowolnie podporządkuje się je wszystkie zaznajamianiu się z prawdą - traktowaną jako zjawisko obiektywne, niezmienne i powściągające widzimisię podmiotu poznającego. Jedynie wtedy jest rzeczą niewątpliwie jasną, że prawda wyzwala - również z komunikacyjnych kajdan, które dany rozmówca sam sobie założył.

Sunday, April 28, 2024

Początkowo "arcyludzkie", końcowo nieludzkie

Klasyczni ideologiczni wichrzyciele dążyli do postawienia człowieka w miejsce Boga, podczas gdy ich obecni pogrobowcy dążą do postawienia natury bądź "sztucznej inteligencji" w miejsce człowieka. Innymi słowy, ci pierwsi dążyli do odrzucenia niebiańskiego raju stworzonego dla człowieka na rzecz ziemskiego raju stworzonego przez człowieka, podczas gdy ci drudzy roją o ziemskim raju istniejącym bez człowieka.

Dojrzewanie ideologicznego wichrzycielstwa ku jego ostatecznej formie jest zatem najwymowniejszym dowodem faktu, iż to, co zaczyna się jako "arcyludzkie", musi skończyć jako nieludzkie, to, co rodzi się jako demiurgiczne, musi umrzeć jako makabryczne, zaś pierwsza lekcja jest nieuchronnie tożsama z ostatnią: z im kto większym uporem próbuje stanowić o dobru i złu, w tym większym stopniu ulega temu drugiemu.