Friday, May 1, 2020

Charakter jako ostateczny gwarant solidności

Ostatecznym gwarantem społeczno-gospodarczej solidności (czy nawet, jak to określa modny żargon, "antykruchości") jest jakość występującego w danym społeczeństwie osobowego charakteru i powstałych na jego bazie międzyosobowych więzi. Charakter zaś to nie po prostu "indywidualny typ osobowy", ale dysponowanie całym zestawem silnie rozwiniętych osobowych przymiotów (albo, w mowie klasycznej, cnót) obejmujących wszelkie kluczowe w tym kontekście płaszczyzny: intelektualną, moralną, estetyczną i duchową.

Charakter jest przede wszystkim kluczowym spoiwem organizacyjnej i instytucjonalnej złożoności - dzięki niemu można konsekwentnie osiągać gabarytowo wielkie cele i stawiać czoła gabarytowo wielkim wyzwaniom, nie posiłkując się przy tej okazji protezami i ersatzami w postaci kolejnych warstw biurokratycznych reguł i wsobnych specjalizacji. Najbardziej natomiast "kruche" i niesolidne okazują się te systemy społeczno-gospodarcze, które są złożone jedynie z pozoru - takie, które są pełne organizacyjnych labiryntów i technologicznych udogodnień, a jednocześnie podszyte charakterologiczną miałkością i osobowościową przeciętnością.

Systemy "charakterne" potrafią zachować swój wewnętrzny wigor zarówno w latach tłustych, jak i w latach chudych - czasem to wręcz te drugie najbardziej sprzyjają jego odnowie. Natomiast systemy zwiotczałe w swoim bezpodstawnym samozadowoleniu zachowują się na ogół jak domki z kart nawet przy najlżejszym podmuchu niepowodzenia. Jedyną ich nadzieją jest wtedy to, że ogromna obfitość udogodnień i protez zgromadzona przez ich co bardziej zapobiegliwych przedstawicieli będzie się wyczerpywała na tyle wolno, że na powrót zdąży się przepracować najważniejszą w tym kontekście lekcję: tą mówiącą, że nawet nieskończenie wiele nieskończenie wymyślnych metod budowania na piasku w najmniejszym stopniu nie zastąpi budowania na skale.

Monday, April 27, 2020

Racjonalność w ekonomii: kiedy interes jednostki wchodzi w konflikt z interesem grupowym?

Pod tym adresem można obejrzeć nagranie przeprowadzonego przeze mnie webinarium pt. „Racjonalność w ekonomii: kiedy interes jednostki wchodzi w konflikt z interesem grupowym i jak temu zaradzić?" zorganizowanego pod egidą Instytutu Misesa.

Wśród rozmaitych problemów stojących na drodze harmonijnej współpracy rynkowej wymienia się nieraz sytuacje, w których interes własny poszczególnych jednostek wchodzi w konflikt z interesem całej grupy dotkniętej rezultatami konkretnych działań. W ramach niniejszego webinarium przedstawiłem rozmaite przykłady powyższego zjawiska oraz różne metody stosowane przez podmioty rynkowe w celu niwelowania jego niekorzystnych skutków. Innymi słowy, starałem się wykazać, iż przedsiębiorczy proces rynkowy nie tylko generuje naturalne harmonie ekonomiczne, ale też wytwarza na bieżąco nowatorskie sposoby likwidowania potencjalnych ekonomicznych dysharmonii.

Tuesday, April 21, 2020

The Ongoing History of Civilizational Change

When pre-civilizations become too small for their liveliness, they give way to civilizations. When civilizations become too pleased with their greatness, they give way to anti-civilizations. When anti-civilizations become too exhausted with their wickedness, they give way to pseudo-civilizations. When pseudo-civilizations become too saturated with their smugness, they give way to bygone civilizations. And since history does not repeat itself, God only knows what happens next.

Saturday, April 4, 2020

Czy koronawirus oddzieli prawdziwy wzrost gospodarczy od fałszywego?

To, że wybuch pandemii — a więc podręcznikowe wręcz zjawisko o charakterze „realnym” — okazał się w tym kontekście katalizatorem obnażającym nagromadzone przez ostatnich kilkanaście lat problemy gospodarcze o charakterze monetarnym, jest dobrym przyczynkiem do refleksji na temat różnic między realnym a iluzorycznym wzrostem gospodarczym, jak również, co istotniejsze, na temat granic obu z nich.

Z jednej strony wszelkie obiektywne wskaźniki gospodarcze — takie jak realne PKB per capita czy odsetek osób żyjących w ubóstwie — demonstrują jednoznacznie, że od czasu wybuchu rewolucji przemysłowej na przełomie XVIII i XIX wieku mamy do czynienia z bezprecedensowo szybkim tempem jak najbardziej rzeczywistego wzrostu i rozwoju gospodarczego. W sensie bezpośrednim za zjawisko to odpowiada pogłębiająca się intensyfikacja czynników takich jak specjalizacja, podział pracy, akumulacja kapitału, innowacyjność oraz przedsiębiorczość. W sensie ostatecznym natomiast kluczowy zdaje się tu być wpływ stosownych idei oraz wyrosłych na ich gruncie instytucji, gdzie wśród tych pierwszych należałoby wymienić locke’owską laborystyczną teorię własności, Smithowską niewidzialną rękę czy tzw. burżuazyjną godność, zaś wśród tych drugich silne prawa własności, swobodę konkurencji czy stabilność monetarną.

Tymczasem z drugiej strony należy zauważyć, że w ów imponujący i jak najbardziej prawdziwy wzrost zwłaszcza w ciągu ostatniego stulecia wmieszał się jego fałszywy odpowiednik, pozostający z tym pierwszym w relacji czysto pasożytniczej. Wśród jego głównych źródeł można wymienić m.in. powstanie czysto dekretowych systemów monetarnych, regularną ekspansję pustego kredytu oraz konsekwentnie wzrastający poziom finansowania inwestycji długiem zamiast kapitału własnego, zaś za jego zasadniczy przejaw można uznać regularnie nawracające cykle koniunkturalne, znamionowane m.in. spektakularnym pęcznieniem i pękaniem baniek cenowych na rynkach aktywów. Czysto pasożytniczy charakter owego sztucznego wzrostu jest podstawowym faktem, który trzeba zawsze podkreślać przy omawianiu podnoszonej tu tematyki. Nie jest on bowiem w stanie w żaden sposób trwale spotęgować realnych procesów wzrostowych opisywanych w poprzednim akapicie, ale jest w stanie pojawić się wyłącznie w otoczeniu owych procesów, drenując istotną część ich produktywnego potencjału.

Jak zostało wcześniej zaznaczone, ostatecznym czynnikiem wpływającym na proporcje występowania obu rzeczonych rodzajów wzrostu jest intelektualna i moralna świadomość ich charakteru wśród ogółu członków społeczeństwa. W związku z tym szczególnie godne uwagi jest w tym kontekście to, jak wygląda typowa reakcja na sytuację, w której materialne zjawiska uderzające w realny rozwój gospodarczy ujawniają przy okazji godzące w niego zjawiska strukturalno-finansowe, będące podwaliną rozwoju iluzorycznego. Otóż, najkrócej rzecz ujmując, reakcja ta polega niemal zawsze na dolewaniu oliwy do ognia. Gdy rozprzestrzeniający się wirus przerywa globalne łańcuchy dostaw, obnażając tym samym w bezprecedensowo dobitny sposób „zzombifikowaną” naturę wielu międzynarodowych firm, w odpowiedzi następuje tym intensywniejsza kreacja kredytu z powietrza, dodatkowo cementująca ich strupieszałość. Gdy strach przed epidemią przekłuwa nabrzmiałe bańki cenowe na rynkach aktywów, monetarni centralni planiści prześcigają się w decyzjach o zbijaniu stóp procentowych do zera. A gdy kwarantannowe przestoje ujawniają zakres zaburzeń w obrębie kapitałowych struktur produkcji, tym bardziej próbuje się odwlekać stosowne procesy dostosowawcze — związane z bankructwami, zwolnieniami i upłynnieniami — składając na wyprzódki obietnice „pieniędzy z helikoptera”. Innymi słowy, potężny cios wymierzony realnemu wzrostowi, osłabionemu już wcześniej pasożytniczymi nawarstwieniami rozwoju sztucznego, zdaje się prowokować w sposób nieomal naturalny coraz intensywniejsze — i jak najbardziej celowe — osłabianie tego pierwszego.

Nasuwająca się tu ekonomiczno-socjologiczna refleksja na temat granic wzrostu jest nie tyle pesymistyczna, co otrzeźwiająca. Granice wzrostu sztucznego, posiłkującego się inflacyjną sztuczką tworzenia „darmowego kredytu”, są precyzyjnie określone: wyznacza je bądź to wejście danej gospodarki w stan recesji, bądź to — w najgorszym przypadku — całkowite zniszczenie działającego w jej obrębie systemu finansowego i monetarnego. Trudniejsza jest natomiast odpowiedź na pytanie, gdzie przebiegają granice wzrostu realnego, związanego z czynnikami zwiększającymi fizyczną produktywność gospodarki oraz jej organizacyjną efektywność. Jedna możliwa w tym kontekście odpowiedź brzmi następująco: wzrost i rozwój gospodarczy spowalniają w sposób trwały (lub nawet się zatrzymują) wtedy, gdy zbyt duży staje się rozziew między sprzyjającymi im czynnikami, a odnośnymi miękkimi instytucjami, przede wszystkim tymi o charakterze ideowym. Ściślej rzecz ujmując, akumulacja kapitału nie jest w stanie postępować w obliczu powszechnego przekonania, że rzadkość kapitału może być zmniejszona poprzez monetarne manipulacje, specjalizacja i podział pracy nie są w stanie postępować w obliczu powszechnego przekonania, że każdemu należy się „dochód bezwarunkowy”, a przedsiębiorczość nie jest w stanie funkcjonować w atmosferze konsekwentnie pogłębiającej się reżimowej niepewności. Zjawisko to można również przedstawić na bazie prawa malejących przychodów: przyrastający zasób kapitału fizycznego i organizacyjnego w oderwaniu od komplementarnego wobec niego kapitału intelektualnego i etycznego z czasem będzie przynosił coraz bliższe zeru lub nawet ujemne zwroty.

To, że opisany wyżej rozziew musi naturalnie rosnąć w miarę upływu czasu, nie jest, rzecz jasna, żadną logiczną koniecznością ani quasi-heglowskim prawem historii. Nie wydaje się jednak przesadą traktowanie powyższej prawidłowości w kategoriach solidnie umocowanej empirycznej generalizacji, zawartej już w biblijnej frazie „gdzie dobra się mnożą, mnożą się ich zjadacze”. Parafrazując inną znaną frazę, dobrobyt rozleniwia, a spektakularny dobrobyt rozleniwia spektakularnie. W momencie zaś, gdy nawet tak potężny szok podażowy, jakim jest wybuch globalnej pandemii, zdaje się nie tylko w żadnej mierze nie odwodzić społeczeństwa od wiary w najbardziej siermiężne ekonomiczne sofizmaty, ale wręcz ową wiarę umacniać, prawdopodobnym staje się wniosek, że definitywnie przekroczony został krytyczny próg społecznej roszczeniowości połączonej z ekonomiczną ignorancją.

Jak wspomniałem wcześniej, ów wniosek warto traktować w kategoriach nie tyle pesymizmu, co otrzeźwienia — nie tyle zniechęcenia, co nabrania szerszej i bardziej realistycznej gospodarczej perspektywy. Jeśli słusznie zakładamy, że — jak każdy przejaw postępu wykładniczego — obecna krzywa epidemiologiczna ulegnie w pewnym momencie zasadniczemu spłaszczeniu, powinniśmy poczynić to samo założenie w odniesieniu do krzywej opisującej trwający od dwustu lat wykładniczy wzrost gospodarczy. W obu tych przypadkach musimy bowiem w równym stopniu respektować ogólne prawo domagające się zachowania długoterminowej fizycznej (a może i metafizycznej) stabilności otaczającego nas świata.

W powyższej obserwacji nie zawierają się jakiekolwiek ustępstwa wobec doktryn prymitywistycznych, neoluddystycznych czy neomaltuzjańskich. Zawiera się w niej za to kolejne potwierdzenie odwiecznej, logicznie koniecznej prawdy, że życie na kredyt w pewnym momencie się kończy — przy czym wyjątkowo spektakularnie kończy się ono wtedy, gdy jest życiem na kredyt intelektualny i kulturowy. Idee, których kulminacją był wybuch rewolucji przemysłowej, kształtowały się mozolnie przez kilka tysięcy lat — ich podstaw intelektualnych należy szukać w klasycznym okresie starożytnej Grecji, ich podstaw organizacyjnych należy upatrywać w osiągnięciach starożytnego Rzymu, a ich podstaw duchowych w chrześcijaństwie oraz biblijnym judaizmie. Naturalną jest tu zatem konkluzja, iż odzyskanie rozwojowego impetu rewolucji przemysłowej może wymagać trwającego przynajmniej kilka wieków mozolnego odzyskiwania stosownej intelektualnej i kulturowej świadomości oraz dojrzałości. To przynajmniej zdaje się sugerować najszerzej rozumiane prawo malejących przychodów oraz wymóg elementarnej równowagi w obrębie najszerzej rozumianej instytucjonalnej struktury produkcji.

Tym natomiast, co z dużym prawdopodobieństwem może się odbywać w międzyczasie, może być nie apokaliptyczna zapaść czy gwałtownie postępująca gospodarcza prymitywizacja, ale długotrwała „rekonwalescencyjna stagnacja”. Innymi słowy, świat dającej się przewidzieć przyszłości może być nie światem latających samochodów czy turystycznych lotów na Marsa, ani też nie światem samowystarczalnych, quasi-amiszowskich osad, ale światem przewlekłego rozwojowego status quo, oznaczającego nie „koniec historii” rodem z książek Fukuyamy, ale kluczową okazję do przemyślenia i powolnego przetrawienia ostatnich kilku wieków historycznego dynamizmu w jego zarówno dobrych, jak i złych aspektach. Co istotne, jest to wizja nie wykluczająca tego, że nadal będzie trwał tzw. efekt doganiania, w ramach którego — nawet jeśli wolniej niż dotychczas — kraje rozwijające się będą się zbliżały do rozwojowego status quo krajów rozwiniętych. Co zaś jeszcze istotniejsze, jeśli odbudowywaną w tym okresie intelektualną i kulturową świadomość oraz dojrzałość traktować jako dobra par excellence jakościowe — a więc takie, które najtrudniej uchwycić w typowych makroekonomicznych wskaźnikach produktywności — wówczas można mieć poważne wątpliwości co do tego, czy ów okres należałoby rzeczywiście określać jako stagnacyjny. Tak czy inaczej, obecne kwarantannowe spowolnienie życia — czy też przynajmniej przestawienie go na jakościowo inny rodzaj prędkości — może być tu postrzegane jako znamienny prognostyk.

Niezależnie jednak od tego, w jakim stopniu powyższe przewidywania okażą się trafne, rola krzewicieli rzetelnej wiedzy ekonomicznej pozostaje niezmienna: jest nią niestrudzone opisywanie kluczowej różnicy między prawdziwym a fałszywym wzrostem gospodarczym, tak aby zmaksymalizować szanse na kontynuację (lub odrodzenie) tego pierwszego oraz zminimalizować materialnie i intelektualnie szkodliwy wpływ tego drugiego. W przypadku bowiem obu tych zjawisk szeroka akceptacja dla prawdziwych bądź fałszywych idei ekonomicznych (oraz ich normatywnych implikacji) jest kwestią absolutnie zasadniczą.

[Przedruk z mises.pl]

Tuesday, March 31, 2020

Wolność zawsze upomina się w końcu o siebie

Obecna sytuacja ma to do siebie, że jest z konieczności tymczasowa: strach szybko ustąpi miejsca znudzeniu, potem zniechęceniu, potem rozdrażnieniu i w końcu działaniu. Będzie to spektakularny przejaw spontanicznej koordynacji jednostkowych zachowań w oparciu o wspólnotę elementarnych przekonań: nikt, kto nie będzie się bał skutków ewentualnego zarażenia, nie będzie się tym bardziej bał ewentualnych represji ze strony reżimu, wiedząc doskonale, że podobnego strachu nie żywi większość jego współplemieńców. Innymi słowy, lud w niedługim czasie sięgnie na powrót po chleb i igrzyska, traktując wszelkie odgórne zakazy i pogróżki w tym zakresie jak legendarne zalecenia Marii Antoniny co do jedzenia ciastek, a szeregowi ochroniarze reżimu albo pozostaną wobec tego obojętni, albo się do ludu przyłączą.

Wnioskiem z tego płynącym nie jest ani to, że lud ma swój własny rozum, ani też to, że go nie ma, a jedynie to, że zorganizowaną agresją i zastraszaniem nie da się w sposób fundamentalny przetransformować rzeczywistości wbrew woli większej części jej mieszkańców. Inaczej rzecz ujmując, tam, gdzie ktoś chce w dobrej wierze wdrożyć rozwiązania wymagające znacznych poświęceń i drobiazgowej koordynacji ze strony ogółu członków społeczeństwa, tam w ostatecznym rozrachunku mogą sprawdzić się wyłącznie metody cywilizowane, czyli dobrowolne: perswazja, reputacja lub ostracyzm. Kto więc szczerze wierzy, że poważnie traktowana kwarantanna powinna trwać jeszcze przez kilka miesięcy, ten niech nie powtarza etatystycznej propagandy o rzekomo korzystnym wpływie ograniczania wolności w "sytuacjach wyjątkowych". Wolność w tej czy innej formie tak czy inaczej niebawem upomni się o siebie - kwestią jest tu jedynie to, co się jej wtedy zaoferuje.

Friday, March 27, 2020

"Proeksperckość", "antyeksperckość" i roztropność

W ostatnim czasie widać nad wyraz jasno, że właściwym nastawieniem w obliczu sytuacji kryzysowej nie jest ani programowo przekorna "antyeksperckość", ani programowo czołobitna "proeksperckość". Oba te nastawienia biorą bowiem swoje źródło w pysze - albo w pysze wynikłej z urażonej godności kogoś, kto nie życzy sobie, żeby pouczano go co do tego, jak należy żyć, albo w pysze wynikłej z miałkiego samozadowolenia typowego dla tych, którzy weszli w rutynę pouczania innych co do tego, jak należy żyć.

Jak się okazuje, niespodziewane wydarzenie o złożonych, dalekosiężnych skutkach jest w stanie łatwo przywołać do porządku zwolenników obu powyższych podejść. Jednocześnie dostarcza nam ono kolejnego potwierdzenia od dawna znanej prawdy, że zwłaszcza w sytuacji kryzysowej nic nie jest w stanie zastąpić zdrowego rozsądku, inaczej zwanego roztropnością czy też mądrością praktyczną. Ów przymiot charakteru, typowy dla mentalności przedsiębiorcy, z jednej strony nakazuje posiłkować się specjalistyczną wiedzą wtedy, gdy jest ona wymagana, ale z drugiej strony pozwala na zachowanie świadomości, że w ostatecznym rachunku każdy musi samodzielnie oceniać wiarygodność różnych źródeł owej wiedzy i brać pełną odpowiedzialność za jakość owych ocen.

Z kluczowej roli mądrości praktycznej w stanach powyższego zagrożenia wynika z kolei jeszcze istotniejsza rola wolności osobistej i decyzyjnej autonomii w tego rodzaju scenariuszach. Bez nich nie może być bowiem mowy ani o zachowaniu niezależności osądu w obliczu zalewu domniemanych opinii eksperckich, ani o powściąganiu odruchowej przekory w konfrontacji z rzeczywistymi głosami rozsądku. Innymi słowy, jedyną godną polecenia alternatywą wobec bezmyślnego robienia tego, co każą i bezmyślnego kontestowania tego, co każą, jest przemyślane robienie tego, co w ostatecznym rachunku wydaje nam się właściwe. Innej opcji nie ma - i powinniśmy cieszyć się z takiego stanu rzeczy.

Tuesday, March 24, 2020

Władza, wolność, autonomia i sytuacje kryzysowe

Tzw. władza nie jest żadnym organizatorem życia społecznego ani strażnikiem społecznego dobrobytu, tylko najszkodliwszym z instytucjonalnych pasożytów przyssanych do zdrowej społecznej tkanki. Widać to zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych, kiedy to możliwość oddolnego koordynowania działań zaradczych w oparciu o własny zdrowy rozum i o swoją znajomość szczegółowych okoliczności miejsca i czasu jest paraliżowana przez instytucjonalną niepewność generowaną przez arbitralne, nieegzekwowane i częstokroć wzajemnie sprzeczne rozporządzenia tzw. politycznych decydentów.

Trudno wyobrazić sobie w sytuacji kryzysowej bardziej destabilizujące zjawisko, niż regularne podejmowanie prób odgórnego i arbitralnego wyznaczania innym "reguł życia" powiązane z groźbami represji wobec "niesubordynowanych". A tym jest właśnie esencja działania monopolistycznych aparatów opresji. Stąd raz jeszcze należy stanowczo podkreślić, że zwłaszcza w stanach podwyższonego zagrożenia wolność osobista i decyzyjna autonomia to dobra absolutnie kluczowe, bez których nie może być mowy o szybkim i skutecznym powrocie do normalności.