Sunday, July 19, 2026

Mises, Rothbard i fundamenty "nauki o wolności"

Mises jest niewątpliwie znaczniejszym ekonomistą niż Rothbard, jako że ten drugi nie jest pionierem nowatorskich teorii, a jedynie (a w zasadzie aż) wybitnym kompilatorem, erudycyjnym syntetyzatorem i pomysłowym przyczynkarzem w najlepszym tego słowa znaczeniu. Niemniej Rothbard jako filozof i historyk idei zdaje się mieć trafniejsze intuicje od swojego mistrza w zakresie tego, na jakich pierwszych zasadach należy oprzeć kompleksową i interdyscyplinarną "naukę o wolności".

Mises to kantysta ulegający w ostatecznym rachunku sceptycyzmowi co do możliwości poznania "rzeczy samych w sobie". Rothbard to arystotelik podkreślający, że działanie to pomost między myślą a rzeczywistością, pozwalający na konkretne przekształcanie obiektywnie poznanego otaczającego świata. Dla Misesa prawa ekonomii to finalnie jedynie "prawa myśli". Dla Rothbarda to prawa rzeczywistości. Mises to etyczny subiektywista traktujący wszelkie wartości i powinności jako tożsame z indywidualnymi preferencjami, które nie poddają się naukowej ocenie. Rothbard to prawnonaturalista twierdzący, że obiektywne prawidła ekonomii i etyki wyrastają z tego samego prakseologicznego rdzenia. Mises traktuje rozważania metafizyczne i teologiczne jako badawczo nieprzenikalne. Rothbard upatruje w najbardziej niszczycielskich ideologiach herezji religijnych i przejawów metafizycznej pychy.

Podsumowując, ekonomia Rothbarda może być słusznie postrzegana jako jedynie (albo, znowu, aż) błyskotliwe rozwinięcie ekonomii Misesa, ale jego szersza intelektualna wizja wydaje się trafniej opisywać ogół powodów, dla których ludzkość samobójczo kopie pod sobą dołki, i trafniej przedstawiać ogół źródeł wiedzy, czerpanie z których jest konieczne, by przerwać tę spiralę autodestrukcji. Stąd można uznać, że Mises i Rothbard są równorzędnymi gigantami myśli, których dorobek jest nie tylko ponadczasowo aktualny, ale też coraz cenniejszy - co warto podkreślić zwłaszcza przy okazji stulecia tego drugiego, biorąc pod uwagę jego wciąż względnie mniejszą rozpoznawalność.

Friday, July 10, 2026

Szydercza parodia "Odysei" jako przejaw trwającego pędu ku duchowej autodestrukcji

Ewidentnie wydany został odgórny rozkaz, żeby we wszelkich kanałach informacyjnych rozpocząć zmasowaną kampanię marketingową filmu będącego podobno ekranizacją "Odysei", który to film już na długo przed wejściem na ekrany zdążył okryć się groteskową niesławą. Dość wspomnieć, że murzyńska aktorka ma w nim odgrywać rolę Heleny Trojańskiej, a więc postaci, której imię znaczy tyle, co "jasna" lub "świetlista" i której skóra jest opisywana w "Iliadzie" jako mająca kolor kości słoniowej.

Niemniej bardziej znamienny jest w tym kontekście charakter owej kampanii marketingowej. Otóż w dużej mierze nie tyle usiłuje ona zachęcać do obejrzenia wzmiankowanego filmu, co - idąc w zaparte - próbuje infantylnie i nieudolnie wyszydzać tych, którzy słusznie dopatrują się w nim niemal podręcznikowego wzorca "marksizmu popkulturowego". To zaś prowadzi do nieodkrywczego, ale dla wielu wciąż nie dość oczywistego wniosku - a mianowicie do konkluzji, iż tzw. wysokobudżetowy przemysł rozrywkowy już od dłuższego czasu nie dba o zarabianie pieniędzy czy wypracowywanie zysków. Co więcej - nie dba on już nawet o skuteczność w zakresie ideologicznego urabiania odbiorców, bo na chwilę obecną idzie on już wyraźnie pod prąd oddolnej reakcji globalnego społeczeństwa wobec jego nachalnych zapędów indoktrynacyjnych.

Co zatem jest jego celem? Otóż jest nim folgowanie czystej, bezinteresownej, wichrzycielskiej złośliwości - i pod tym względem nie różni się on niczym od obecnego świata tzw. globalnej polityki czy międzynarodowej biurokracji. Wszakże wojny wszczynane dziś przez rozmaitych politycznych decydentów nie mają żadnych konkretnych i konwencjonalnie korzystnych celów - ani materialnych, ani ideologicznych. Podobnie ma się rzecz z obostrzeniami narzucanymi przez rozmaite biurokratyczne koterie - wszystkie one zdają się być obliczone na maksymalnie małostkowe upokorzenie ich ofiar i żywicieli, co w ostatecznym rachunku jest długofalowo samobójcze z punktu widzenia przede wszystkim tychże koterii.

Innymi słowy, mamy dziś do czynienia z tak ogłupiałym, złośliwym, szyderczym i finalnie autodestrukcyjnym pędem po stronie wszelkiego autoramentu wpływowych grup decyzyjnych, że można go sensownie postrzegać wyłącznie w kategoriach metafizycznych i duchowych, streszczających się w tym przypadku w archetypicznej formule "nie będę służył" (tzn. będę psuł, mącił, niszczył, bałamucił i wykoślawiał, bo rdzeń mojej tożsamości stanowi bunt wobec obiektywnego porządku rzeczywistości).

To z kolei prowadzi do konstatacji, że również od wszystkich ludzi dobrej woli należy dziś oczekiwać odłożenia perspektywy materialnej czy ideologicznej na drugi bądź trzeci plan i traktowania służby obiektywnemu porządkowi rzeczywistości jako nadrzędnego celu samego w sobie. Tylko w ten sposób bowiem można wzbudzić w sobie dość motywacji, determinacji i hartu ducha, by ostatecznie i trwale pokonać opisany wyżej front złowrogich sił - zwłaszcza w sytuacji, gdy przeważająca część materialnych, organizacyjnych i instytucjonalnych zasobów znajduje się wciąż w jego rękach. Nic wszakże nie pozostało na tym etapie ogółowi ludzi dobrej woli, jak tylko albo z miejsca wywiesić białą flagę, albo iść do końca po całkowite zwycięstwo - jest to więc wybór tak oczywisty i wyrazisty, jak jeszcze nigdy dotąd.

Sunday, June 21, 2026

Pożądany schyłek ery reżimowych świętych krów

Odkładając na bok przepychanki orderowe jako przejaw spektaklu dla gawiedzi, należy docenić fakt, że w tzw. dyskursie publicznym nie ma już przynajmniej żadnych "świętych krów". Ściślej rzecz ujmując, żaden reżim nie może już liczyć na to, że będzie się go zagłaskiwać w oparciu o czarnoksięskie uniwersalne wytrychy takie jak "interesy geopolityczne", "krzywdy historyczne", "systemowy rasizm" czy też inny anty-izm, zwłaszcza jeśli zachowuje się on w sposób wyjątkowo i niemal rozmyślnie arogancki wobec swoich domniemanych sojuszników.

Nie ma w tym kontekście znaczenia to, czy dany reżim znajduje się we wschodniej Europie, czy na Bliskim Wschodzie, ani też to, czy jego, zdawałoby się, kluczowy sojusznik znajduje się w jego bezpośrednim sąsiedztwie, czy za oceanem. Grunt za to w tym, żeby wszyscy ludzie dobrej woli jak najszybciej i jak najskuteczniej doprowadzili wszystkie pasożytujące na nich reżimy do materialnego bankructwa - biorąc pod uwagę, że ich ostateczne bankructwo intelektualne i moralne jest już dla nich przypuszczalnie aż nadto widoczne.

Wednesday, June 17, 2026

Wirtualne bilionowe fortuny, banki centralne, pieniądz dekretowy i reżimowy protekcjonizm

Jeśli ktoś boczy się na istnienie bilionerów (czy, z angielska, trylionerów), należy zapytać go o to, czy jeszcze bardziej boczy się na istnienie pieniądza dekretowego (pieniądza tworzonego wskutek decyzji politycznych pod postacią czysto wirtualnych wpisów księgowych), banków centralnych (centralnoplanistycznych politbiur do spraw zdalnego sterowania stopami procentowymi i podażą pieniądza) i reżimowego protekcjonizmu w postaci grantów, subsydiów, kontraktów rządowych i kredytu z powietrza dla firm odpowiednio skoligaconych z czynnikami reżimowymi.

Jako że bowiem powyższe zjawiska instytucjonalne są w obecnym świecie warunkiem koniecznym zaistnienia bilionerów, chęć wywłaszczenia tych ostatnich przy jednoczesnym braku elementarnej wiedzy na temat procesów polityczno-gospodarczych, które w niemerytokratyczny sposób sprzyjają wykładniczemu rozdymaniu największych z wirtualno-giełdowych fortun, świadczy wyłącznie o bezwstydnej ekonomicznej ignorancji połączonej z hołdem składanym zawiści, roszczeniowości i próżniactwu.

Wednesday, June 10, 2026

Samozwańczy artyści żądający subsydiów powinni się cieszyć, gdy spotyka ich zaledwie ostracyzm

Gdybyśmy żyli w społeczeństwie opartym na prawie talionu, to zdecydowaną większość samozwańczych artystów najbardziej zuchwale domagających się możliwości systemowego pasożytowania na cudzej produktywności należałoby nie tylko kategorycznie odciąć od wszelkich tego rodzaju sposobności, ale też nałożyć na nich kary wprost proporcjonalne do intensywności, z jaką oszpecają oni przestrzeń publiczną swoją "twórczością" i zohydzają kulturę swoim ideologicznym wandalizmem.

Jako że jednak żyjemy w społeczeństwie, które przynajmniej deklaratywnie odrzuca zasadę talionu na rzecz zasady miłości bliźniego, zupełnie wystarczające jest w tym kontekście wymuszenie na nich działania zgodnie z uczciwymi regułami rynkowej konkurencji i poddawanie ich bezpardonowemu ostracyzmowi w takim stopniu, w jakim jakość ich twórczości urąga inteligencji, sumieniu i poczuciu dobrego smaku jej zamierzonych odbiorców. Więcej nie trzeba, by synowie marnotrawni opamiętali się i poszli po rozum do głowy, jeśli nie chcą, aby dosięgły ich nieodwołalne wyroki sprawiedliwości poetyckiej.

Saturday, May 30, 2026

Artystyczny głód jako najlepsze lekarstwo na tandetę i groteskę tzw. sztuki współczesnej

Biorąc pod uwagę, jak tragikomicznym zjawiskiem jest zdecydowana większość tzw. sztuki współczesnej, która w swej toporności nie tylko już od dawna nie umie zachwycać, ale też w swym kabotyństwie nie umie już nawet kontestować, kategoryczne odcięcie jej od wszelkiego reżimowego finansowania jest bezwzględnie konieczną dozą gorzkiego i otrzeźwiającego lekarstwa.

Innymi słowy, w świetle tego, w jak głęboki odmęt tandetnego ideologicznego odrealnienia zabrnęli na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat tzw. artyści, przysłowie o tym, że tylko artysta głodny jest wiarygodny, nigdy nie było prawdziwsze - nic bowiem lepiej od artystycznego głodu nie przypomina, że odbiorca sztuki ma być nie mimowolnym żywicielem, którego szyderczo obrzuca się materiałami fizjologicznymi, tylko zadowolonym klientem, który chętnie płaci za możliwość obcowania z obiektywnym pięknem.

Monday, May 25, 2026

Encyklika o czatbotach brzmiąca jak ich twórczość

Najnowsza watykańska encyklika o "sztucznej inteligencji" prezentuje się mniej więcej jak rezultat poproszenia czatbota o połączenie raportu ONZ-owskiej biurokracji, manifestu coacha od "dobrostanu psychicznego" i dyżurnego popularnonaukowego artykułu prasowego o "możliwościach i zagrożeniach AI", a następnie upstrzenie powstałej miszkulancji losowymi cytatami biblijnymi, paroma kurtuazyjnymi odniesieniami do św. Augustyna i św. Tomasza oraz obowiązkowo licznymi nawiązaniami do dziedzictwa rewolucji lat 60-tych ("punktu zwrotnego w samoświadomości Kościoła wobec świata współczesnego" [cytat dosłowny]).

Innymi słowy, tekst ten wykazuje niewątpliwie bliskie związki ze zjawiskiem "sztucznej inteligencji", choć raczej nie do końca w sposób, jakiego życzyliby sobie jego autorzy - czy, ściślej rzecz ujmując, jego żyranci. Jest to również, nie da się ukryć, znaczący signum temporis, wymownie kontrastujący absolutnie unikatowe przesłanie odwiecznego Logosu, nauczającego przede wszystkim o "quattuor novissima" (śmierci, sądzie, niebie i piekle), z cyrklowo-węgielnicową paplaniną o "różnorodności, inkluzywności, dialogu, multilateralizmie i powszechnym braterstwie", którą rozmaite czatboty mogą wytwarzać w sposób doskonale sztampowy, masowy i taśmowy. Sic transit gloria mundi - wobec czego tym bardziej, świadomiej i niezłomniej wypada być contra mundum.