Na przestrzeni dziejów wykorzystywano w pracy misyjnej rozmaite argumenty mające uwydatnić doniosłość prawd celebrowanych w czasie Świąt Narodzenia Pańskiego - były to m.in. argumenty filozoficzne, teologiczne, biblijne i cywilizacyjne. Dziś wyjątkowo wymowna staje się jednak inna kategoria argumentów, którą - z braku lepszego określenia - można by nazwać kontrastowo-samozachowawczą.
Otóż szczególnie sugestywna staje się w tym kontekście bezgranicznie tandetna propaganda, która wylewa się w dniach świątecznych z wszelkiego rodzaju wysokonakładowych gadzinówek, uwzględniając cały szereg odmian, w tym odmianę bałamutno-ćwierćinteligencką ("Czy wiecie, że Chrystus mógł mieć żonę albo mogło w ogóle go nie być?"), ckliwo-terapeutyczną ("Najlepsze porady umożliwiające przetrwanie kolacji wigilijnej") i plotkarsko-skandalizującą ("Kolejna patologia na parafii!").
Kontrast między filozoficzną głębią, teologiczną wzniosłością i etyczną ekspansywnością Bożego Narodzenia a wichrzycielską miałkością, sentymentalną oślizłością i szyderczym chałturnictwem wzmiankowanej propagandy staje się wówczas tak wyrazisty i dojmujący, że człowiek może niemal namacalnie poczuć, iż po jednej stronie ma chwałę Nieba, a po drugiej ohydę piekła, pragnąc jak najściślej przylgnąć do tej pierwszej i raz na zawsze oczyścić się z tej drugiej.
Innymi słowy, może wówczas niezawodnie rozeznać, do jak wielkiej godności został powołany i jak karykaturalnie desperacko ową godność próbują dziś podeptać wszelkie ośrodki wpływu tchnące siarkowym swądem. To zaś może się dla wielu okazać doświadczeniem silniejszym i duchowo skuteczniejszym niż lektura "Summy Teologicznej", obcowanie ze sztuką Fra Angelico czy nawet świadectwo nawrócenia bliskich. W trwającym wciąż świątecznym okresie pozostaje zatem życzyć podobnych doświadczeń jak najliczniejszym spośród tych, którzy najpilniej ich potrzebują.
Showing posts with label propaganda. Show all posts
Showing posts with label propaganda. Show all posts
Saturday, December 27, 2025
Wednesday, July 16, 2025
Szczególna wartość wolności słowa w erze globalnej, wielofrontowej wojny informacyjnej
Wolność słowa jest w erze permanentnej, globalnej, wielofrontowej wojny informacyjnej wolnością szczególną. Otóż jest ona kluczowa nie tylko w świetle możliwości odkłamywania, obalania czy wykpiwania rozmaitych ideologicznych agend (zarówno reżimowych, jak i "spontanicznych"), ale również z uwagi na sposobność kształcenia się w cnocie roztropności i nabywania odporności na psychomanipulacyjne sztuczki (astroturfing, gaslighting, clickbaiting, przesuwanie okna Overtona itp.). Jest to zatem sztandarowy przykład wolności zewnętrznej torujący drogę równie istotnej wolności wewnętrznej.
Innymi słowy, wolność słowa gwarantuje nie tylko możliwość skutecznego demaskowania treści zwodniczych, niegodziwych i odstręczających, ale też sposobność uzyskania stosownych w tym zakresie umiejętności. Stąd musi ona przysługiwać w równym stopniu i prawdomówcom, i zwodzicielom, i demaskatorom, i propagandzistom oraz i strażnikom ładu, i siewcom zamętu. Tylko wówczas może się bowiem z czasem jasno okazać, kto w jakim stopniu przynależał do którejś z tych grup.
Stąd przyzwalanie na powstawanie jakichkolwiek "ustaw przeciwko dezinformacji" czy "praw przeciwko mowie nienawiści", a nawet aprobatywne traktowanie automatycznie doklejanych "ostrzeżeń fact-checkingowych", gwarantuje jedynie coraz zuchwalsze panoszenie się zwodzicieli, propagandzistów i siewców zamętu dysponujących największymi politycznymi, gospodarczymi i ideologicznymi wpływami - to zaś powinno być dla każdego uczciwego obrońcy prawdy rezultatem najgorszym z możliwych. Każdy krok zabezpieczający bezwzględną wolność słowa nie zapewnia zatem tryumfu prawdy, ale każdy krok naruszający jej bezpieczeństwo uprawdopodobnia tryumf absolutnego bałamuctwa.
(Wpis opublikowany pierwotnie 30 kwietnia 2024)
Innymi słowy, wolność słowa gwarantuje nie tylko możliwość skutecznego demaskowania treści zwodniczych, niegodziwych i odstręczających, ale też sposobność uzyskania stosownych w tym zakresie umiejętności. Stąd musi ona przysługiwać w równym stopniu i prawdomówcom, i zwodzicielom, i demaskatorom, i propagandzistom oraz i strażnikom ładu, i siewcom zamętu. Tylko wówczas może się bowiem z czasem jasno okazać, kto w jakim stopniu przynależał do którejś z tych grup.
Stąd przyzwalanie na powstawanie jakichkolwiek "ustaw przeciwko dezinformacji" czy "praw przeciwko mowie nienawiści", a nawet aprobatywne traktowanie automatycznie doklejanych "ostrzeżeń fact-checkingowych", gwarantuje jedynie coraz zuchwalsze panoszenie się zwodzicieli, propagandzistów i siewców zamętu dysponujących największymi politycznymi, gospodarczymi i ideologicznymi wpływami - to zaś powinno być dla każdego uczciwego obrońcy prawdy rezultatem najgorszym z możliwych. Każdy krok zabezpieczający bezwzględną wolność słowa nie zapewnia zatem tryumfu prawdy, ale każdy krok naruszający jej bezpieczeństwo uprawdopodobnia tryumf absolutnego bałamuctwa.
(Wpis opublikowany pierwotnie 30 kwietnia 2024)
Labels:
cenzura,
dezinformacja,
kontrpropaganda,
prawda,
propaganda,
roztropność,
wolność słowa
Thursday, July 18, 2024
Gdy psucie świata kończy się na psuciu języka
Powszechnie znane porzekadło głosi, że psucie świata zaczyna się od psucia języka. W czasach marnego wyczulenia na słowo bywa też jednak tak, że psucie świata nie zaczyna, a kończy się na psuciu języka: tzn. zakres dokonanego zepsucia staje się oczywisty dla szerszych warstw społecznych dopiero wtedy, gdy język zaczyna ulegać fundamentalnej dysfunkcjonalizacji. Wówczas, co znamienne, najbardziej spektakularnymi obnażycielami tego stanu rzeczy mogą się okazać nie pryncypialni myśliciele, moraliści, społecznicy czy duchowni, tylko zawodowo rzetelni językoznawcy - i to w dodatku tacy, którzy na co dzień czują się pełnoprawnymi członkami "głównego nurtu".
Innymi słowy, bywa tak, iż szerokie rzesze ludzkie przekonują się ze zdumieniem, że od dawna "mówią prozą" nie wtedy, gdy jakiś mężny weredyk krzyknie nagle: "król jest nagi", tylko wtedy, gdy jakiś medialnie oswojony lingwista powie nagle mimochodem: "król to nie to samo, co królik" albo "nagi nie znaczy skąpo ubrany". I wówczas okazuje się, że wichrzyciele już nie tylko są u bram, ale dawno je sforsowali, a zwykłemu człowiekowi pozostaje wybrać, czy się do nich przyłączyć, czy też stawić im kategoryczny opór: opór wyrażający się już choćby w skrupulatnej dbałości o to, aby "odpowiednie dać rzeczy słowo" i aby "język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa". Tylko wtedy bowiem głowa rzeczywiście może myśleć, nie zaś biernie przetwarzać to, co w niej zechciał ukradkowo umieścić ten czy inny "inżynier dusz": to zaś jest umiejętność absolutnie kluczowa dla tych wszystkich, którzy nie chcą duszy zatracić.
Innymi słowy, bywa tak, iż szerokie rzesze ludzkie przekonują się ze zdumieniem, że od dawna "mówią prozą" nie wtedy, gdy jakiś mężny weredyk krzyknie nagle: "król jest nagi", tylko wtedy, gdy jakiś medialnie oswojony lingwista powie nagle mimochodem: "król to nie to samo, co królik" albo "nagi nie znaczy skąpo ubrany". I wówczas okazuje się, że wichrzyciele już nie tylko są u bram, ale dawno je sforsowali, a zwykłemu człowiekowi pozostaje wybrać, czy się do nich przyłączyć, czy też stawić im kategoryczny opór: opór wyrażający się już choćby w skrupulatnej dbałości o to, aby "odpowiednie dać rzeczy słowo" i aby "język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa". Tylko wtedy bowiem głowa rzeczywiście może myśleć, nie zaś biernie przetwarzać to, co w niej zechciał ukradkowo umieścić ten czy inny "inżynier dusz": to zaś jest umiejętność absolutnie kluczowa dla tych wszystkich, którzy nie chcą duszy zatracić.
Friday, May 10, 2024
"Świat klaunów" a powszechność "antysemityzmu"
Obecny "świat klaunów" lubuje się w histerycznym nadużywaniu całego szeregu wyświechtanych propagandowych terminów, ale niewątpliwą palmę pierwszeństwa dzierży wśród nich "antysemityzm".
Jest to określenie do tego stopnia amorficzne w swojej uniwersalnej oskarżycielskiej poręczności, że oto zdołaliśmy się już przekonać o istnieniu m.in. "żydowskich antysemitów" (osób, którym krytyka poczynań pewnego politycznego tworu najwyraźniej odebrała ich genetyczną tożsamość), "arabskich antysemitów" (zapewne koranicznych rewizjonistów sugerujących, że Arabowie wywodzą się nie od Sema, tylko od, dajmy na to, Chama), "chrześcijańskich antysemitów" (postaci nie kwapiących się do usunięcia ze swoich egzemplarzy Pisma Św. fragmentów takich jak "krew Jego na nas i na nasze dzieci") i "wolnościowych antysemitów" (pryncypialnych wrogów penalizowania "antysemityzmu" jako przejawu "mowy nienawiści", traktujących samo to pojęcie jako zamach na wolność słowa).
Niemniej jako że "świat klaunów" ma przy wszystkich swoich niezliczonych wadach tę wyrównawczą zaletę, że ostatecznie ośmiesza on wykorzystywane przez siebie propagandowe liczmany, należy zachowywać nadzieję, iż taki właśnie los spotka również "antysemityzm", co poskutkuje automatycznym wykluczeniem z wszelkich poważnych dyskusji każdego, kto nieironicznie oskarży innych o ową "uniwersalną zbrodnię". Oczywiście także wyrażenie podobnej nadziei może być uznane w "świecie klaunów" za "antysemickie", niemniej trzeba ufać, że ci wszyscy, którzy wciąż poczuwają się do roli strażników choć minimum terminologicznej i argumentacyjnej powagi, każde takie oskarżenie potraktują jako komplement lub przynajmniej powód do rozbawienia.
Tam bowiem, gdzie wszechobecność klaunów już dawno odebrała ich wybrykom wszelki walor komiczny, pozostaje uśmiechać się na myśl, że naturalny opór wobec ich nużącego jazgotu z czasem odbierze im również wszelki walor sprawczy. Niech ta myśl towarzyszy więc jak najczęściej wszystkim ludziom dobrej woli, a tym prędzej stanie się ona dającą odetchnąć rzeczywistością.
Jest to określenie do tego stopnia amorficzne w swojej uniwersalnej oskarżycielskiej poręczności, że oto zdołaliśmy się już przekonać o istnieniu m.in. "żydowskich antysemitów" (osób, którym krytyka poczynań pewnego politycznego tworu najwyraźniej odebrała ich genetyczną tożsamość), "arabskich antysemitów" (zapewne koranicznych rewizjonistów sugerujących, że Arabowie wywodzą się nie od Sema, tylko od, dajmy na to, Chama), "chrześcijańskich antysemitów" (postaci nie kwapiących się do usunięcia ze swoich egzemplarzy Pisma Św. fragmentów takich jak "krew Jego na nas i na nasze dzieci") i "wolnościowych antysemitów" (pryncypialnych wrogów penalizowania "antysemityzmu" jako przejawu "mowy nienawiści", traktujących samo to pojęcie jako zamach na wolność słowa).
Niemniej jako że "świat klaunów" ma przy wszystkich swoich niezliczonych wadach tę wyrównawczą zaletę, że ostatecznie ośmiesza on wykorzystywane przez siebie propagandowe liczmany, należy zachowywać nadzieję, iż taki właśnie los spotka również "antysemityzm", co poskutkuje automatycznym wykluczeniem z wszelkich poważnych dyskusji każdego, kto nieironicznie oskarży innych o ową "uniwersalną zbrodnię". Oczywiście także wyrażenie podobnej nadziei może być uznane w "świecie klaunów" za "antysemickie", niemniej trzeba ufać, że ci wszyscy, którzy wciąż poczuwają się do roli strażników choć minimum terminologicznej i argumentacyjnej powagi, każde takie oskarżenie potraktują jako komplement lub przynajmniej powód do rozbawienia.
Tam bowiem, gdzie wszechobecność klaunów już dawno odebrała ich wybrykom wszelki walor komiczny, pozostaje uśmiechać się na myśl, że naturalny opór wobec ich nużącego jazgotu z czasem odbierze im również wszelki walor sprawczy. Niech ta myśl towarzyszy więc jak najczęściej wszystkim ludziom dobrej woli, a tym prędzej stanie się ona dającą odetchnąć rzeczywistością.
Sunday, July 30, 2023
Prawda i fałsz w wydaniu zawodowych kłamców
Znaczna część ludzkości - nauczona, miejmy nadzieję, nieskończoną serią doświadczeń - doszła już do etapu, w którym nie wierzy rządom zarówno wtedy, gdy zarzekają się one, że nie zrobiły tego, o co są oskarżane, jak i wtedy, gdy teatralnie biją się w piersi ogłaszając, że jednak to zrobiły.
Świadczy to o szerokim przyswojeniu sobie zdroworozsądkowej reguły poznawczej głoszącej, że o ile w przypadku zwykłych ludzi o prawdziwości ich stwierdzeń należy orzekać przede wszystkim w oparciu o to, co kto mówi, a nie o to, kto co mówi, w przypadku zawodowych kłamców jest wręcz przeciwnie. Innymi słowy, ilekroć wypowiada się zawodowy kłamca, należy założyć, że mówi nieprawdę, co jednakowoż - w przypadku wypierania się przez niego wcześniejszych stwierdzeń - wcale nie oznacza, że owe wcześniejsze stwierdzenia były prawdziwe. Taka jest wszakże różnica między prawdą a kłamstwem, że ta pierwsza ma tylko jedno oblicze, podczas gdy to drugie potrafi przyjmować nieskończoną liczbę masek.
Podsumowując, domyślna niewiara w słowa przedstawicieli reżimów to bardzo zdrowy odruch. Trzeba jednakże zadbać w następnym kroku o równie odruchową świadomość obiektywnej natury prawdy i obiektywnych reguł jej odkrywania - po to, by uniemożliwić zawodowym kłamcom zacieranie prawdy nie tylko wskutek kłamania, ale też wskutek cynicznego posługiwania się dźwiękami i znakami układającymi się od czasu do czasu w komunikaty prawdziwe.
Wtedy bowiem, usłyszawszy lub dostrzegłszy podobny komunikat wychodzący od zawodowego kłamcy, będzie można nie tylko odruchowo zrozumieć, że, jak zwykle, ma się do czynienia z kłamliwym zamiarem, ale też zacząć dochodzić, jakiemu zakłamanemu celowi służy w tym kontekście ubranie się w ornat prawdomówcy. Dopiero wtedy zaś będzie się można należycie zabezpieczyć przed realizacją tego celu lub nawet ją uniemożliwić, przekonując się nie tylko o poznawczej, ale i o wyzwolicielskiej mocy prawdy.
Świadczy to o szerokim przyswojeniu sobie zdroworozsądkowej reguły poznawczej głoszącej, że o ile w przypadku zwykłych ludzi o prawdziwości ich stwierdzeń należy orzekać przede wszystkim w oparciu o to, co kto mówi, a nie o to, kto co mówi, w przypadku zawodowych kłamców jest wręcz przeciwnie. Innymi słowy, ilekroć wypowiada się zawodowy kłamca, należy założyć, że mówi nieprawdę, co jednakowoż - w przypadku wypierania się przez niego wcześniejszych stwierdzeń - wcale nie oznacza, że owe wcześniejsze stwierdzenia były prawdziwe. Taka jest wszakże różnica między prawdą a kłamstwem, że ta pierwsza ma tylko jedno oblicze, podczas gdy to drugie potrafi przyjmować nieskończoną liczbę masek.
Podsumowując, domyślna niewiara w słowa przedstawicieli reżimów to bardzo zdrowy odruch. Trzeba jednakże zadbać w następnym kroku o równie odruchową świadomość obiektywnej natury prawdy i obiektywnych reguł jej odkrywania - po to, by uniemożliwić zawodowym kłamcom zacieranie prawdy nie tylko wskutek kłamania, ale też wskutek cynicznego posługiwania się dźwiękami i znakami układającymi się od czasu do czasu w komunikaty prawdziwe.
Wtedy bowiem, usłyszawszy lub dostrzegłszy podobny komunikat wychodzący od zawodowego kłamcy, będzie można nie tylko odruchowo zrozumieć, że, jak zwykle, ma się do czynienia z kłamliwym zamiarem, ale też zacząć dochodzić, jakiemu zakłamanemu celowi służy w tym kontekście ubranie się w ornat prawdomówcy. Dopiero wtedy zaś będzie się można należycie zabezpieczyć przed realizacją tego celu lub nawet ją uniemożliwić, przekonując się nie tylko o poznawczej, ale i o wyzwolicielskiej mocy prawdy.
Tuesday, June 13, 2023
"Kwantowa transsubstancjacja" i "nowa Biblia" od ChataGPT, czyli o "postępie" zwiedzeń
Niedawna ramotka o "kwantowej transsubstancjacji" posłużyć mogła za podręcznikowy wręcz przykład pleniącej się coraz bardziej nachalnie ćwierćinteligenckiej szarlatanerii o, nomen omen, biblijnych proporcjach. Wytrych pt. "fizyka kwantowa" mógł w niej jednakowoż zastąpić inny, jeszcze bardziej triumfalistyczny dziś liczman, a mianowicie "sztuczna inteligencja".
I oto, mirabile dictu, to, co wydaje się zbyt karykaturalne, by mogło być prawdziwe, jak najbardziej okazuje się prawdziwe, bo mniej więcej w tym samym czasie, w którym wzmiankowana ramotka szła do publikacji, naczelny propagandzista kliki z Davos perorował w Lizbonie o tym, że ChatGPT lub jakiś jego odpowiednik napisze niebawem "nową Biblię", ale tym razem "poprawną", bo "faktycznie pochodzącą od nadludzkiego intelektu".
Pewna persona, która pod licznymi względami mogłaby pójść pod rękę z rzeczonym propagandzistą, choć intelektualnie bije go jednak na głowę, stwierdziła ongiś, że historia powtarza się najpierw jako tragedia, a potem jako farsa. Nie powinno zatem dziwić, że na drodze do kulminacji historii ludzkości każde kolejne zwiedzenie jest coraz głupsze i toporniejsze, coraz bardziej poświęcając jakość przebiegłości na rzecz skali nachalności.
Jest to w gruncie rzeczy konkluzja pokrzepiająca, świadcząca o tym, że naprawdę niewiele dziś trzeba, by żadnemu z podobnych zwiedzeń w najmniejszej mierze nie ulec. Jest to jednak równocześnie wezwanie do tego, by tym gorliwiej obnażać rzeczoną szarlatanerię w oczach jak największej liczby bliźnich, którzy z nadmiaru dobrej woli mogą nie chcieć uwierzyć, że coś, co aż w takim stopniu wygląda i brzmi jak karykaturalna hochsztaplerka, jest w istocie niczym innym jak karykaturalną hochsztaplerką. Nie może być bowiem inaczej w świetle faktu, że w ostatecznym rachunku "tak" zawsze okaże się "tak", "nie" - "nie", a cała reszta - marnością nad marnościami.
I oto, mirabile dictu, to, co wydaje się zbyt karykaturalne, by mogło być prawdziwe, jak najbardziej okazuje się prawdziwe, bo mniej więcej w tym samym czasie, w którym wzmiankowana ramotka szła do publikacji, naczelny propagandzista kliki z Davos perorował w Lizbonie o tym, że ChatGPT lub jakiś jego odpowiednik napisze niebawem "nową Biblię", ale tym razem "poprawną", bo "faktycznie pochodzącą od nadludzkiego intelektu".
Pewna persona, która pod licznymi względami mogłaby pójść pod rękę z rzeczonym propagandzistą, choć intelektualnie bije go jednak na głowę, stwierdziła ongiś, że historia powtarza się najpierw jako tragedia, a potem jako farsa. Nie powinno zatem dziwić, że na drodze do kulminacji historii ludzkości każde kolejne zwiedzenie jest coraz głupsze i toporniejsze, coraz bardziej poświęcając jakość przebiegłości na rzecz skali nachalności.
Jest to w gruncie rzeczy konkluzja pokrzepiająca, świadcząca o tym, że naprawdę niewiele dziś trzeba, by żadnemu z podobnych zwiedzeń w najmniejszej mierze nie ulec. Jest to jednak równocześnie wezwanie do tego, by tym gorliwiej obnażać rzeczoną szarlatanerię w oczach jak największej liczby bliźnich, którzy z nadmiaru dobrej woli mogą nie chcieć uwierzyć, że coś, co aż w takim stopniu wygląda i brzmi jak karykaturalna hochsztaplerka, jest w istocie niczym innym jak karykaturalną hochsztaplerką. Nie może być bowiem inaczej w świetle faktu, że w ostatecznym rachunku "tak" zawsze okaże się "tak", "nie" - "nie", a cała reszta - marnością nad marnościami.
Friday, April 28, 2023
Każda istotna prawda jest nazywana dezinformacją
Każda istotna prawda - tzn. prawda dotycząca bieżących wydarzeń o globalnym zasięgu - jest dziś nazywana dezinformacją (co nie oznacza, rzecz jasna, że wszystko to, co jest nazywane dezinformacją, staje się automatycznie istotną prawdą). Za wymowną ilustrację rzeczonego zjawiska posłużyć mogą choćby poniższe fakty skontrastowane z ich głównonurtowymi przeinaczeniami:
1. "Standardy ESG" to nie "dobrowolnie przyjmowane rynkowe wytyczne", tylko ideologiczny dyktat nachalnie stręczony przez finansowe molochy podpięte pod fiskalną i monetarną kroplówkę rządów i banków centralnych.
2. CBDC to nie "technologiczna innowacja usprawniająca finansowe transakcje i ograniczająca korupcję", tylko zuchwały zamach na finansową prywatność i niezależność od scentralizowanej, spolitycyzowanej infrastruktury technologicznej.
3. Organizacje takie jak WEF czy C40 Cities to nie bezbronne trzeciosektorowe "ciała doradcze" czy "fora dyskusyjne", tylko potężne grupy globalnego politycznego nacisku.
4. Planowe rujnowanie globalnej gospodarki, które dokonało się w trakcie festiwalu chińskiej grypy, nie miało absolutnie nic wspólnego z jakimikolwiek "naukowymi wytycznymi".
5. Globalna inflacja wywołana w ramach towarzyszącego owemu rujnowaniu zalania gospodarki bezprecedensową falą wirtualnych wpisów księgowych nie była "przejściowa" i nie było żadnego dobrego powodu, by uznać ją za przejściową, a podkreślanie tego nie było "sianiem paniki".
6. "Marksizm kulturowy" alias "polityczna poprawność" alias "teoria krytyczna" to jak najbardziej realne zjawisko, które skutecznie przekształciło znaczną część uczelni i tzw. ośrodków kultury (głównie amerykańskich) w rozsadniki antyintelektualnej indoktrynacji.
7. Gwiazdorski drobnoustrój to eksperymentalna broń biologiczna uwolniona z laboratorium w Wuhan, a nie "naturalna mutacja" powstała na chińskich targach dzikich zwierząt.
To tylko kilka przykładów z brzegu, z zastrzeżeniem, że część z nich w zasadzie przeterminowała się już jako prawdy nazywane dezinformacjami, bo wyjątkowo rozzuchwaleni dezinformatorzy mają to do siebie, że z dnia na dzień są gotowi przejść z etapu "X to dezinformacja" do etapu "X to przeszłość, którą powinniśmy puścić w niepamięć w ramach pojednania" (punkt 4), "X to oczywisty problem, który wziął wszystkich z zaskoczenia" (punkt 5) albo "X to nie szalona insynuacja, którą będziemy z miejsca cenzurować, tylko prawdopodobna hipoteza" (punkt 7).
Podsumowując, najpewniejszym miernikiem obiektywnej wartości poznawczej jest dziś natężenie kierowanego przeciw niej propagandowego nacisku. Stąd ostatnią rzeczą, na jaką powinna dziś sobie pozwolić dociekająca prawdy osoba, jest bycie zakrzyczanym przez mass-medialną propagandę przywołującą zmieniające się jak w kalejdoskopie "konsensusy opiniotwórczych ośrodków".
W erze informacyjnego szumu prawda staje się wyjątkowo deficytowym towarem, więc ostatnią rzeczą, jakiej należy oczekiwać, jest to, że środki masowego przekazu podporządkowane potężnym politycznym i ideologicznym interesom przekażą nam ją za darmo. Jest wręcz przeciwnie, bo "prawda nas wyzwoli", a wolność trzeba zawsze okupywać bezustanną czujnością.
1. "Standardy ESG" to nie "dobrowolnie przyjmowane rynkowe wytyczne", tylko ideologiczny dyktat nachalnie stręczony przez finansowe molochy podpięte pod fiskalną i monetarną kroplówkę rządów i banków centralnych.
2. CBDC to nie "technologiczna innowacja usprawniająca finansowe transakcje i ograniczająca korupcję", tylko zuchwały zamach na finansową prywatność i niezależność od scentralizowanej, spolitycyzowanej infrastruktury technologicznej.
3. Organizacje takie jak WEF czy C40 Cities to nie bezbronne trzeciosektorowe "ciała doradcze" czy "fora dyskusyjne", tylko potężne grupy globalnego politycznego nacisku.
4. Planowe rujnowanie globalnej gospodarki, które dokonało się w trakcie festiwalu chińskiej grypy, nie miało absolutnie nic wspólnego z jakimikolwiek "naukowymi wytycznymi".
5. Globalna inflacja wywołana w ramach towarzyszącego owemu rujnowaniu zalania gospodarki bezprecedensową falą wirtualnych wpisów księgowych nie była "przejściowa" i nie było żadnego dobrego powodu, by uznać ją za przejściową, a podkreślanie tego nie było "sianiem paniki".
6. "Marksizm kulturowy" alias "polityczna poprawność" alias "teoria krytyczna" to jak najbardziej realne zjawisko, które skutecznie przekształciło znaczną część uczelni i tzw. ośrodków kultury (głównie amerykańskich) w rozsadniki antyintelektualnej indoktrynacji.
7. Gwiazdorski drobnoustrój to eksperymentalna broń biologiczna uwolniona z laboratorium w Wuhan, a nie "naturalna mutacja" powstała na chińskich targach dzikich zwierząt.
To tylko kilka przykładów z brzegu, z zastrzeżeniem, że część z nich w zasadzie przeterminowała się już jako prawdy nazywane dezinformacjami, bo wyjątkowo rozzuchwaleni dezinformatorzy mają to do siebie, że z dnia na dzień są gotowi przejść z etapu "X to dezinformacja" do etapu "X to przeszłość, którą powinniśmy puścić w niepamięć w ramach pojednania" (punkt 4), "X to oczywisty problem, który wziął wszystkich z zaskoczenia" (punkt 5) albo "X to nie szalona insynuacja, którą będziemy z miejsca cenzurować, tylko prawdopodobna hipoteza" (punkt 7).
Podsumowując, najpewniejszym miernikiem obiektywnej wartości poznawczej jest dziś natężenie kierowanego przeciw niej propagandowego nacisku. Stąd ostatnią rzeczą, na jaką powinna dziś sobie pozwolić dociekająca prawdy osoba, jest bycie zakrzyczanym przez mass-medialną propagandę przywołującą zmieniające się jak w kalejdoskopie "konsensusy opiniotwórczych ośrodków".
W erze informacyjnego szumu prawda staje się wyjątkowo deficytowym towarem, więc ostatnią rzeczą, jakiej należy oczekiwać, jest to, że środki masowego przekazu podporządkowane potężnym politycznym i ideologicznym interesom przekażą nam ją za darmo. Jest wręcz przeciwnie, bo "prawda nas wyzwoli", a wolność trzeba zawsze okupywać bezustanną czujnością.
Labels:
dezinformacja,
informacja,
media,
prawda,
propaganda
Wednesday, March 29, 2023
Wystarczy powiew normalności w świecie absurdu, by wywołać otrzeźwiający efekt kuli śnieżnej
Jaka jest najskuteczniejsza metoda promowania konsekwentnego szacunku dla wolności osobistej i własności prywatnej (zwłaszcza w połączeniu z aprobatą dla odpowiedzialności i gospodarności) w świecie bezustannego medialnego trajkotu i sloganowego tumanienia?
Otóż wystarczy zebrać stosunkowo niewielką masę krytyczną osób, które nigdy podobnemu trajkotowi i tumanieniu nie ulegały, uczynić je wystarczająco słyszalnymi, a następnie pozwolić wszystkim sztandarowym "gadającym głowom" na "robienie swojego", czyli uderzanie w coraz bardziej histerycznie i absurdalnie orwellowsko brzmiące tony. Im częściej bowiem normalni ludzie będą się dowiadywać, że niechęć wobec wszechobecnego etatystycznego pasożytnictwa i chęć godnego utrzymywania rodziny wskutek zachowywania całości owoców swojej pracy jest pochodną słabych wyników w szkole, nieudanego życia osobistego czy ulegania wschodniej propagandzie, tym liczniej będą zbierać się pod sztandarem tak niedorzecznie oczernianych wartości.
Jest to naturalna konsekwencja przesytu głupotą, siermiężnością i natarczywością massmedialnej indoktrynacji, która mogła się sprawdzać w triumfalistycznej, teatralnej formie charakterystycznej dla klasycznych totalitaryzmów, ale z czasem staje się kompletnie dysfunkcjonalna - czy wręcz autodestrukcyjna - w świecie miałkiej bezideowości serwowanej pod postacią coraz bardziej zaperzonych, ambarasujących wpisów na "portalach społecznościowych".
Innymi słowy, w świecie, w którym wielopiętrowy absurd jest domyślną formą masowej komunikacji, wystarczy konsekwentnie podsycany powiew oddolnej normalności, aby wywołać otrzeźwiający efekt kuli śnieżnej. Potem zaś należy już wyłącznie życzyć wszystkim ludziom dobrej woli, aby owa kula, raz rozpędzona, samoczynnie nabrała jak największych rozmiarów i dotoczyła się jak najdalej.
Otóż wystarczy zebrać stosunkowo niewielką masę krytyczną osób, które nigdy podobnemu trajkotowi i tumanieniu nie ulegały, uczynić je wystarczająco słyszalnymi, a następnie pozwolić wszystkim sztandarowym "gadającym głowom" na "robienie swojego", czyli uderzanie w coraz bardziej histerycznie i absurdalnie orwellowsko brzmiące tony. Im częściej bowiem normalni ludzie będą się dowiadywać, że niechęć wobec wszechobecnego etatystycznego pasożytnictwa i chęć godnego utrzymywania rodziny wskutek zachowywania całości owoców swojej pracy jest pochodną słabych wyników w szkole, nieudanego życia osobistego czy ulegania wschodniej propagandzie, tym liczniej będą zbierać się pod sztandarem tak niedorzecznie oczernianych wartości.
Jest to naturalna konsekwencja przesytu głupotą, siermiężnością i natarczywością massmedialnej indoktrynacji, która mogła się sprawdzać w triumfalistycznej, teatralnej formie charakterystycznej dla klasycznych totalitaryzmów, ale z czasem staje się kompletnie dysfunkcjonalna - czy wręcz autodestrukcyjna - w świecie miałkiej bezideowości serwowanej pod postacią coraz bardziej zaperzonych, ambarasujących wpisów na "portalach społecznościowych".
Innymi słowy, w świecie, w którym wielopiętrowy absurd jest domyślną formą masowej komunikacji, wystarczy konsekwentnie podsycany powiew oddolnej normalności, aby wywołać otrzeźwiający efekt kuli śnieżnej. Potem zaś należy już wyłącznie życzyć wszystkim ludziom dobrej woli, aby owa kula, raz rozpędzona, samoczynnie nabrała jak największych rozmiarów i dotoczyła się jak najdalej.
Monday, February 27, 2023
Zmiana narracji o gwiazdorskim drobnoustroju a otwarcie orwellowskiej dziury pamięci
Odtajniony właśnie raport amerykańskiego Departamentu Energii sugeruje, że gwiazdorski drobnoustrój prawdopodobnie wydostał się z laboratorium. Innymi słowy, najbardziej głównonurtowe ośrodki przekazu zaczynają coraz bardziej dystansować się od dotychczas forsowanej narracji o "naturalnym" pochodzeniu rzeczonego mikroorganizmu. Tym samym potwierdzają one to - choć wciąż półgębkiem, bo słowo "wyciek" sugeruje przypadkowość opisywanego zdarzenia - co nawet minimalnie baczni obserwatorzy wydarzeń sprzed trzech i więcej lat wiedzieli i otwarcie mówili od początku, wbrew bezustannemu propagandowemu jazgotowi i wszechobecnej kryptocenzurze.
Nigdy nie dość powtarzać, że kluczowym elementem owej wiedzy nie jest biegłość w sprawach medycznych czy nawet politycznych, tylko elementarne rozeznanie duchowe, pozwalające zrozumieć motywacje samozwańczych "światowych elit", dla których globalne społeczeństwo nie jest niczym więcej, niż zbiorem laboratoryjnych zwierząt. Aby zaś maksymalnie zaakcentować, w jak bezgranicznym stopniu góruje się nad owymi "zwierzętami", mogąc zawsze zachować wobec nich bezkarność, przedstawiciele owych pseudoelit zawsze jawnie ogłaszają to, co chcą niebawem sprokurować światu: stąd słynne "Wydarzenie 201" zapowiadające w październiku 2019 rychłe pojawienie się "nowego zoonotycznego mikroorganizmu w koronie", stąd jeźdźcy Apokalipsy i łuskowiec (kluczowy element do niedawna "oficjalnej" narracji) na okładce "The Economist" z końca 2018, stąd dość jawne (a w każdym razie bez większych oporów odtajnione) finansowanie w Wuhan badań gain-of-function przez niejakiego Daszaka, jednego z totumfackich Fauciego, stąd stwierdzenie przez niejakiego Brighta, innego zausznika Fauciego, w czasie Milken Institute Future of Health Summit (październik 2019, tydzień po "Wydarzeniu 201"), że masowe testowanie na globalnej populacji zastrzyków mRNA wymagać będzie jakiegoś znaczącego "czynnika podniety" ("entity of excitement") itd. itp.
Rzecz jednak nie w tym, żeby okazywać w tym momencie jakikolwiek triumfalizm czy schadenfreude, tylko w tym, żeby uczulić jak najszersze rzesze ludzkie na fakt, że "zabawa" trwa dalej, w związku z czym w tej chwili testowane jest to, w jakim stopniu można bezceremonialnie wrzucić do orwellowskiej dziury pamięci trzy lata bezprecedensowego propagandowego tumanienia, gaslightingu, oczerniania i ideologicznego rugowania. Owo uczulanie jest zaś o tyle ważne, o ile "pomyślne" zaliczenie powyższego testu w opinii światowych pseudoelit gwarantuje, że następnym razem - a następny raz nadejdzie ponad wszelką wątpliwość - pójdą one jeszcze dalej i jeszcze bezczelniej będą utrzymywać, że ani nie są winne problemowi, ani nie stręczą światu "lekarstwa" gorszego od trucizny. Do tego dojdzie jednak jedynie wtedy, gdy się im na to przyzwoli - zaś najwyższym stopniem przyzwolenia jest dobrowolna amnezja połączona z odnowioną wolą współpracy. Oby zatem nikomu nie zbywało w tym kontekście ani na pamięci, ani na oporze, w których będzie się przejawiać najgłębszy rodzaj wolności: wolność ducha nieomamionego żadnym wielkim zwiedzeniem.
Nigdy nie dość powtarzać, że kluczowym elementem owej wiedzy nie jest biegłość w sprawach medycznych czy nawet politycznych, tylko elementarne rozeznanie duchowe, pozwalające zrozumieć motywacje samozwańczych "światowych elit", dla których globalne społeczeństwo nie jest niczym więcej, niż zbiorem laboratoryjnych zwierząt. Aby zaś maksymalnie zaakcentować, w jak bezgranicznym stopniu góruje się nad owymi "zwierzętami", mogąc zawsze zachować wobec nich bezkarność, przedstawiciele owych pseudoelit zawsze jawnie ogłaszają to, co chcą niebawem sprokurować światu: stąd słynne "Wydarzenie 201" zapowiadające w październiku 2019 rychłe pojawienie się "nowego zoonotycznego mikroorganizmu w koronie", stąd jeźdźcy Apokalipsy i łuskowiec (kluczowy element do niedawna "oficjalnej" narracji) na okładce "The Economist" z końca 2018, stąd dość jawne (a w każdym razie bez większych oporów odtajnione) finansowanie w Wuhan badań gain-of-function przez niejakiego Daszaka, jednego z totumfackich Fauciego, stąd stwierdzenie przez niejakiego Brighta, innego zausznika Fauciego, w czasie Milken Institute Future of Health Summit (październik 2019, tydzień po "Wydarzeniu 201"), że masowe testowanie na globalnej populacji zastrzyków mRNA wymagać będzie jakiegoś znaczącego "czynnika podniety" ("entity of excitement") itd. itp.
Rzecz jednak nie w tym, żeby okazywać w tym momencie jakikolwiek triumfalizm czy schadenfreude, tylko w tym, żeby uczulić jak najszersze rzesze ludzkie na fakt, że "zabawa" trwa dalej, w związku z czym w tej chwili testowane jest to, w jakim stopniu można bezceremonialnie wrzucić do orwellowskiej dziury pamięci trzy lata bezprecedensowego propagandowego tumanienia, gaslightingu, oczerniania i ideologicznego rugowania. Owo uczulanie jest zaś o tyle ważne, o ile "pomyślne" zaliczenie powyższego testu w opinii światowych pseudoelit gwarantuje, że następnym razem - a następny raz nadejdzie ponad wszelką wątpliwość - pójdą one jeszcze dalej i jeszcze bezczelniej będą utrzymywać, że ani nie są winne problemowi, ani nie stręczą światu "lekarstwa" gorszego od trucizny. Do tego dojdzie jednak jedynie wtedy, gdy się im na to przyzwoli - zaś najwyższym stopniem przyzwolenia jest dobrowolna amnezja połączona z odnowioną wolą współpracy. Oby zatem nikomu nie zbywało w tym kontekście ani na pamięci, ani na oporze, w których będzie się przejawiać najgłębszy rodzaj wolności: wolność ducha nieomamionego żadnym wielkim zwiedzeniem.
Labels:
gaslighting,
koronawirus,
Orwell,
pandemia,
propaganda
Tuesday, January 17, 2023
Davos, gaslighting i obrona przed "duchem świata"
Trwa właśnie kolejna edycja sabatu kliki z Davos. Owa klika zrzesza nie tylko ścisłą elitę majątkową świata, ale też jego "elitę" sybarytyczną, która dba o to, żeby podobne imprezy odbywały się zawsze w warunkach wyjątkowo kosztownego luksusu i najwymyślniejszych udogodnień. Jednocześnie ta sama klika stanowi główną siłę napędową coraz nachalniejszej i zuchwalszej ideologicznej propagandy kręcącej się wokół haseł takich jak "zrównoważony rozwój", "zielona rewolucja" czy walka z rzekomą "antropogeniczną katastrofą klimatyczną".
Powyższa obserwacja jest, rzecz jasna, już niemal banałem doskonale rozumianym przez znaczną część społeczeństwa. Warto więc zwrócić przy tej okazji uwagę na coś jeszcze, a mianowicie na to, że zestawienie osobistych upodobań kliki z Davos z jej ideologiczno-propagandowymi pretensjami stanowi krystalicznie przejrzysty przykład tego, jak działa najbardziej siermiężna, a zarazem najprzewrotniejsza forma długookresowej psychomanipulacji, czyli gaslighting. Perfidia gaslightingu polega w skrócie na tym, że jego ofiara ma przyjąć za dobrą monetę stręczoną jej wizję świata, choćby była ona ścisłym przeciwieństwem najoczywistszych i najwyrazistszych faktów, zwłaszcza tych dotyczących zwyczajowych czynów gaslightera, które powinny mówić nieporównanie głośniej niż słowa.
Najniezawodniejszą formą obrony przed gaslightingiem jest zatem wyrobienie w sobie zwyczaju przyjmowania, że im natrętniej i bezczelniej do jakichkolwiek "poświęceń własnej wolności, tradycyjnych nawyków i kulturowych uprzedzeń" nakłania konsensus "wielkich, możnych i wpływowych" tego świata, z tym bardziej niebezpiecznym i wyrachowanym bałamuctwem ma się do czynienia. Nie oznacza to oczywiście, że należy się tym samym automatycznie zgadzać z tym, co głoszą samozwańczy "maluczcy i biedni" tego świata, bo i ci nie gardzą psychomanipulacją - oznacza to natomiast, że koniecznym warunkiem docierania do prawdy, zwłaszcza w erze wszechobecnej wojny informacyjnej, jest konsekwentne trzymanie się na dystans od wszelkiego samozwańczego "ducha czasu" czy też "ducha świata" - jest to bowiem niezawodnie duch kłamstwa i zwodzenia.
Powyższa obserwacja jest, rzecz jasna, już niemal banałem doskonale rozumianym przez znaczną część społeczeństwa. Warto więc zwrócić przy tej okazji uwagę na coś jeszcze, a mianowicie na to, że zestawienie osobistych upodobań kliki z Davos z jej ideologiczno-propagandowymi pretensjami stanowi krystalicznie przejrzysty przykład tego, jak działa najbardziej siermiężna, a zarazem najprzewrotniejsza forma długookresowej psychomanipulacji, czyli gaslighting. Perfidia gaslightingu polega w skrócie na tym, że jego ofiara ma przyjąć za dobrą monetę stręczoną jej wizję świata, choćby była ona ścisłym przeciwieństwem najoczywistszych i najwyrazistszych faktów, zwłaszcza tych dotyczących zwyczajowych czynów gaslightera, które powinny mówić nieporównanie głośniej niż słowa.
Najniezawodniejszą formą obrony przed gaslightingiem jest zatem wyrobienie w sobie zwyczaju przyjmowania, że im natrętniej i bezczelniej do jakichkolwiek "poświęceń własnej wolności, tradycyjnych nawyków i kulturowych uprzedzeń" nakłania konsensus "wielkich, możnych i wpływowych" tego świata, z tym bardziej niebezpiecznym i wyrachowanym bałamuctwem ma się do czynienia. Nie oznacza to oczywiście, że należy się tym samym automatycznie zgadzać z tym, co głoszą samozwańczy "maluczcy i biedni" tego świata, bo i ci nie gardzą psychomanipulacją - oznacza to natomiast, że koniecznym warunkiem docierania do prawdy, zwłaszcza w erze wszechobecnej wojny informacyjnej, jest konsekwentne trzymanie się na dystans od wszelkiego samozwańczego "ducha czasu" czy też "ducha świata" - jest to bowiem niezawodnie duch kłamstwa i zwodzenia.
Monday, October 3, 2022
Ewolucja rewolucji na przykładzie jednej kariery
Postać, która wedle wszelkiego prawdopodobieństwa trafiła dzisiaj do kotła, nie była, rzecz jasna, "wierzącym komunistą", tylko skrajnie oportunistycznym cynikiem, niemniej trajektoria jej kariery dobrze obrazuje, co stanowi naturalne chronologiczne przedłużenie ideologii komunistycznej w dziele rozbełtywania ludzkich mózgów. Otóż na początkowym etapie swojej właściwej kariery postać ta zajmowała się tumanieniem społeczeństwa polegającym na rozsiewaniu propagandy politycznej, na jej etapie środkowym przerzuciła się na stręczenie propagandy wulgaryzacyjnej, zaś na jej etapie końcowym skupiła się na produkcji propagandy głupkowato-infantylistycznej.
Innymi słowy, przebieg tejże kariery doskonale ilustruje kolejne mutacje antycywilizacyjnej (a od pewnego momentu już post-cywilizacyjnej) rewolucji dokonującej się na przestrzeni ostatnich stu lat: naturalnym przedłużeniem rewolucji marksistowsko-leninowskiej jest rewolucja neomarksistowsko-gramsciańska (która w naszej części świata była wprowadzana ze zrozumiałym opóźnieniem), natomiast naturalnym przedłużeniem tej ostatniej jest rewolucja infantylistyczna, czyli rewolucja permanentnego bodźcowego kociokwiku transmitowanego wszelkimi środkami masowego przekazu i obliczona na wprowadzenie jak najszerszych rzesz ludzkich w stan bezustannej histerycznej głupawki przetykanej otępiałą, "depresyjną" apatią (notabene wzmiankowana postać nie miała na tym ostatnim etapie żadnych szczególnych osiągnięć, nie umywając się do "gwiazd" rozmaitych Instagramów czy Tiktoków, niemniej doskonale wyczuwała stosownego "ducha czasu").
Podsumowując, nad personą spuśćmy zasłonę miłosierdzia, ale jej "ewolucję" potraktujmy jako istotną lekcję z zakresu najnowszej historii metod prania mózgu: po to przynajmniej, by nawet wśród post-cywilizacyjnych zgliszczy umieć stworzyć oazy rozsądku i sanktuaria normalności, w których my i nasi bliźni zdołamy ocalić osobistą godność, wewnętrzną wolność i duchowe zdrowie. Taką przynajmniej korzyść odnieśmy z refleksji nad spuścizną tych, którzy całe swe życie poświęcili uprawianiu rozmaitych form systemowego szkodnictwa.
Innymi słowy, przebieg tejże kariery doskonale ilustruje kolejne mutacje antycywilizacyjnej (a od pewnego momentu już post-cywilizacyjnej) rewolucji dokonującej się na przestrzeni ostatnich stu lat: naturalnym przedłużeniem rewolucji marksistowsko-leninowskiej jest rewolucja neomarksistowsko-gramsciańska (która w naszej części świata była wprowadzana ze zrozumiałym opóźnieniem), natomiast naturalnym przedłużeniem tej ostatniej jest rewolucja infantylistyczna, czyli rewolucja permanentnego bodźcowego kociokwiku transmitowanego wszelkimi środkami masowego przekazu i obliczona na wprowadzenie jak najszerszych rzesz ludzkich w stan bezustannej histerycznej głupawki przetykanej otępiałą, "depresyjną" apatią (notabene wzmiankowana postać nie miała na tym ostatnim etapie żadnych szczególnych osiągnięć, nie umywając się do "gwiazd" rozmaitych Instagramów czy Tiktoków, niemniej doskonale wyczuwała stosownego "ducha czasu").
Podsumowując, nad personą spuśćmy zasłonę miłosierdzia, ale jej "ewolucję" potraktujmy jako istotną lekcję z zakresu najnowszej historii metod prania mózgu: po to przynajmniej, by nawet wśród post-cywilizacyjnych zgliszczy umieć stworzyć oazy rozsądku i sanktuaria normalności, w których my i nasi bliźni zdołamy ocalić osobistą godność, wewnętrzną wolność i duchowe zdrowie. Taką przynajmniej korzyść odnieśmy z refleksji nad spuścizną tych, którzy całe swe życie poświęcili uprawianiu rozmaitych form systemowego szkodnictwa.
Saturday, August 27, 2022
"Nowy porządek świata" jako wielkie zwiedzenie
Nie ma i nigdy nie będzie żadnej "sztucznej inteligencji", "biologicznej nieśmiertelności", "czytania w myślach", "powszechnego bezwarunkowego dochodu", "post-rzadkości", "post-humanizmu" ani żadnych innych fantasmagorii stręczonych coraz nachalniej i toporniej przez samozwańcze "elity" i ich medialne tuby propagandowe. Coraz bardziej natarczywe bicie ludzi po oczach podobnymi omamami to nic innego, jak jeden z kluczowych elementów globalnie zakrojonej operacji psychologicznej, której drugim kluczowym elementem jest przeprowadzana równolegle globalna społeczno-ekonomiczna destrukcja (bezprecedensowy inflacjonizm i redystrybucjonizm, energetyczny destrukcjonizm, neomarksistowskie wichrzycielstwo, totalitaryzm hipochondryczny, wzniecanie i eskalacja konfliktów w węzłowych punktach światowej gospodarki itd.).
Rzecz zatem w tym, żeby najpierw doprowadzić w umysłach ofiar tejże operacji do stanu maksymalnego przytłoczenia ową jak najbardziej realną destrukcją, a następnie do przekonania, iż nieuchronnie wyłoni się z niej osławiony "nowy porządek świata" stanowiący amalgamat wszystkich wymienionych wyżej fantazyjno-horrorowych zjawisk, który część przyjmie jako utopijne wybawienie, a część jako dystopijne fatum. Innymi słowy, grunt w tym, żeby możliwie każdy zawczasu zniewolił sam siebie czy to wzdychaniem do ekologiczno-technologiczno-emancypacyjnego "raju na ziemi", czy to drżeniem przed maltuzjańsko-technokratyczno-dantejskim piekłem na ziemi, wierząc głęboko, że stworzenie jednego bądź drugiego zdecydowanie leży już w zakresie możliwości "elit". W ten sposób dokona się bowiem to, co da owym "elitom" ostateczną formę diabolicznej satysfakcji: wywołanie globalnego przeświadczenia, że los świata spoczywa dosłownie i w każdym aspekcie w ich rękach, i że ów fakt można jedynie przyjąć albo z ekstatyczną wdzięcznością, albo z rozpaczliwą rezygnacją.
Tymczasem należy trwać w niezmąconej świadomości, że dokonująca się destrukcja jest ze wszech miar realna, ale, po pierwsze, nie jest ona środkiem do żadnego celu, tylko celem samym w sobie, a po drugie, wcale nie jest się skazanym na bycie dotkniętym jej skutkami - zwłaszcza na poziomie duchowym, czyli na poziomie osobowej godności i wewnętrznej wolności. Innymi słowy, w konfrontacji z przeprowadzaną obecnie operacją psychologiczną trzeba przede wszystkim zachować święty pokój - nie spokój, a pokój właśnie - który z jednej strony umożliwia skuteczną demaskację iluzorycznych zagrożeń (a tym bardziej iluzorycznych obietnic), zaś z drugiej strony pozwala utrzymać zdrowy zapał w przeciwstawianiu się zagrożeniom jak najbardziej rzeczywistym. Wówczas można mieć pewność, że nie ulegnie się "wielkiemu zwiedzeniu" - czyli nie straci się tego zasadniczego elementu swojej wolności, własności i przenikliwości, który w ostatecznym rachunku liczy się ponad wszystko.
Rzecz zatem w tym, żeby najpierw doprowadzić w umysłach ofiar tejże operacji do stanu maksymalnego przytłoczenia ową jak najbardziej realną destrukcją, a następnie do przekonania, iż nieuchronnie wyłoni się z niej osławiony "nowy porządek świata" stanowiący amalgamat wszystkich wymienionych wyżej fantazyjno-horrorowych zjawisk, który część przyjmie jako utopijne wybawienie, a część jako dystopijne fatum. Innymi słowy, grunt w tym, żeby możliwie każdy zawczasu zniewolił sam siebie czy to wzdychaniem do ekologiczno-technologiczno-emancypacyjnego "raju na ziemi", czy to drżeniem przed maltuzjańsko-technokratyczno-dantejskim piekłem na ziemi, wierząc głęboko, że stworzenie jednego bądź drugiego zdecydowanie leży już w zakresie możliwości "elit". W ten sposób dokona się bowiem to, co da owym "elitom" ostateczną formę diabolicznej satysfakcji: wywołanie globalnego przeświadczenia, że los świata spoczywa dosłownie i w każdym aspekcie w ich rękach, i że ów fakt można jedynie przyjąć albo z ekstatyczną wdzięcznością, albo z rozpaczliwą rezygnacją.
Tymczasem należy trwać w niezmąconej świadomości, że dokonująca się destrukcja jest ze wszech miar realna, ale, po pierwsze, nie jest ona środkiem do żadnego celu, tylko celem samym w sobie, a po drugie, wcale nie jest się skazanym na bycie dotkniętym jej skutkami - zwłaszcza na poziomie duchowym, czyli na poziomie osobowej godności i wewnętrznej wolności. Innymi słowy, w konfrontacji z przeprowadzaną obecnie operacją psychologiczną trzeba przede wszystkim zachować święty pokój - nie spokój, a pokój właśnie - który z jednej strony umożliwia skuteczną demaskację iluzorycznych zagrożeń (a tym bardziej iluzorycznych obietnic), zaś z drugiej strony pozwala utrzymać zdrowy zapał w przeciwstawianiu się zagrożeniom jak najbardziej rzeczywistym. Wówczas można mieć pewność, że nie ulegnie się "wielkiemu zwiedzeniu" - czyli nie straci się tego zasadniczego elementu swojej wolności, własności i przenikliwości, który w ostatecznym rachunku liczy się ponad wszystko.
Labels:
destrukcja,
dystopia,
iluzja,
pokój,
propaganda,
utopia
Saturday, June 18, 2022
Intelektualna trzeźwość i moralna odwaga w obliczu ciągłego strumienia bałamuctw
Totalitaryzm hipochondryczny był jedynie pierwszym epizodem w psychologicznym rytuale pt. kontrolowana globalna implozja społeczno-gospodarcza. Teraz należy oczekiwać, że im częściej pojawiać się będą coraz dotkliwsze przejawy owej implozji (niezatrzymujące się ceny, pustoszejące półki sklepowe, przerwy w dostawach prądu itp.), tym bardziej szyderczo jej autorzy będą stręczyć masom litanię coraz bardziej absurdalnych wymówek mających tłumaczyć ów stan rzeczy, począwszy od "agresji pana P.", poprzez "zmiany klimatyczne", aż po "nadmierny popyt konsumentów uwolnionych od obostrzeń sanitarnych". W im większym zaś stopniu owe wymówki zostaną choćby biernie przyjęte przez masy, w tym większym stopniu globalni wichrzyciele osiągną swój cel, jakim jest czerpanie perwersyjnej satysfakcji z bezkarnego ogłupiania i demoralizowania jak największej liczby zwykłych ludzi.
Co zatem trzeba czynić w obliczu takiego rozwoju wydarzeń, żeby nie dostarczyć podobnym indywiduom ani krzty rzeczonej satysfakcji? Po pierwsze należy albo całkowicie wyciszyć tzw. przekaz medialny, albo świadomie traktować go jako studium bezustannego słowotoku siermiężnych kłamstw i bałamuctw. Po drugie zaś należy - w takiej mierze, w jakiej jest to możliwe - zabezpieczać dobrobyt swój i swojego najbliższego otoczenia na bazie maksymalnie oddolnej, spontanicznej i niezależnej przedsiębiorczości i samopomocy. Przede wszystkim natomiast trzeba to czynić bez pytania o zgodę tych pasożytniczych czynników, które - niezależnie od szczebla kompetencji - są odpowiedzialne za konieczność podejmowania podobnych działań.
Tylko wówczas nie tylko pozbawi się ich wszelkiej satysfakcji, ale też, demonstrując intelektualną trzeźwość i moralną odwagę, uczyni się ich całkowicie niezdolnymi do odebrania człowiekowi tego, co stanowi o jego najgłębszej wartości nawet w najbardziej niesprzyjających okolicznościach. Jedynie wtedy zwycięstwo ludzi dobrej woli będzie równie pełne, co porażka wrogich im sił.
Co zatem trzeba czynić w obliczu takiego rozwoju wydarzeń, żeby nie dostarczyć podobnym indywiduom ani krzty rzeczonej satysfakcji? Po pierwsze należy albo całkowicie wyciszyć tzw. przekaz medialny, albo świadomie traktować go jako studium bezustannego słowotoku siermiężnych kłamstw i bałamuctw. Po drugie zaś należy - w takiej mierze, w jakiej jest to możliwe - zabezpieczać dobrobyt swój i swojego najbliższego otoczenia na bazie maksymalnie oddolnej, spontanicznej i niezależnej przedsiębiorczości i samopomocy. Przede wszystkim natomiast trzeba to czynić bez pytania o zgodę tych pasożytniczych czynników, które - niezależnie od szczebla kompetencji - są odpowiedzialne za konieczność podejmowania podobnych działań.
Tylko wówczas nie tylko pozbawi się ich wszelkiej satysfakcji, ale też, demonstrując intelektualną trzeźwość i moralną odwagę, uczyni się ich całkowicie niezdolnymi do odebrania człowiekowi tego, co stanowi o jego najgłębszej wartości nawet w najbardziej niesprzyjających okolicznościach. Jedynie wtedy zwycięstwo ludzi dobrej woli będzie równie pełne, co porażka wrogich im sił.
Monday, May 16, 2022
Proza rzeczywistości przeciw bełkotowi systemu
"Zrównoważona gospodarka" to nie gospodarka dbająca o Ziemię, tylko gospodarka zrównana z ziemią; "kultura różnorodności" to nie kultura stymulujących dyskusji, tylko "kultura" ogłupiającej kakofonii; a "inkluzywne społeczeństwo" to nie społeczeństwo spontanicznej gościnności, tylko społeczeństwo ideologicznej inwigilacji. Najbardziej niszczycielskie działania kryją się na ogół za sloganami równie pustymi, co nachalnie forsowanymi, a więc takimi, które w swej wszechobecnej jałowości służą bezustannemu wyjaławianiu umysłów odbiorców.
Mając to na uwadze, trzeba wykształcić w sobie umiejętność ich automatycznego mentalnego odfiltrowywania, czyli umiejętność oddzielania prozy rzeczywistości od bełkotu systemu. Tylko wówczas można bowiem skutecznie działać na rzecz wyzwalania tej pierwszej spod kontroli tego drugiego.
Mając to na uwadze, trzeba wykształcić w sobie umiejętność ich automatycznego mentalnego odfiltrowywania, czyli umiejętność oddzielania prozy rzeczywistości od bełkotu systemu. Tylko wówczas można bowiem skutecznie działać na rzecz wyzwalania tej pierwszej spod kontroli tego drugiego.
Labels:
inkluzywność,
propaganda,
różnorodność,
rzeczywistość,
samoświadomość
Sunday, July 11, 2021
"Fact-checking" jako masowe narzędzie erystyczne
Warto zdać sobie sprawę, że rozplenione ostatnimi czasy strony i przywieszki "fact-checkingowe" są w przeważającej mierze narzędziami erystycznymi i psychomanipulacyjnymi.
Czasami korygują one rzeczywiście błędne informacje, ale głównie w sprawach błahych, tzn. takich, których rozstrzygnięcie nie wymaga żadnej specjalistycznej wiedzy ani samodzielnej analizy wiarygodności przytaczanych źródeł. Przykładowo, łatwo samodzielnie zweryfikować - sprawdzając tym samym "sprawdzacza" - czy X jest faktycznie doktorem, a więc domniemanym specjalistą w danej dziedzinie, czy też jedynie doktorem honoris causa. Z tego summa summarum nie wynika jednak szczególnie wiele, bo nawet niespecjalista może mieć w danej sprawie słuszność.
Tam natomiast, gdzie mamy do czynienia ze sprawami złożonymi, wielopłaszczyznowymi i dynamicznie się rozwijającymi, strony i przywieszki "fact-checkingowe" mają przede wszystkim na celu intelektualne zastraszanie laików poprzez bombardowanie ich argumentami ad verecundiam, zabiegami per fas et nefas lub jeszcze bardziej topornymi erystycznymi sztuczkami. Przykładowo: dlaczego oczywisty drobnoustrój nie powstał w laboratorium? Bo "konsensus naukowców" głosi, że to wersja nieprawdopodobna (choćby z czasem okazało się, iż ów konsensus może się bardzo szybko zmienić - i to nie na podstawie nowych danych naukowych). Dlaczego "Wydarzenie 201" nie ma nic wspólnego z wybuchem epidemii mającym miejsce zaraz po nim? Bo organizatorzy rzeczonego wydarzenia ogłosili, że ich celem było symulowanie, a nie przewidywanie epidemii, a poza tym wirus zasymulowany różnił się w szczegółach od tego, który faktycznie pojawił się chwilę później. I tak dalej, i tak dalej.
Nie trzeba być wirtuozem logiki, żeby zauważyć, że powyższe "obalenia dezinformacji" żadnymi obaleniami nie są, a używane w tym kontekście "fakty" i "argumenty" są albo fałszywymi tropami, albo słabymi erystycznymi fortelami. Tym niemniej sugestia, że daną kwestię rozstrzygnęli "niezależni weryfikatorzy", może skutecznie przekonać psychologicznie podatne osoby, że pewnych hipotez nie warto albo nawet "nie wypada" zgłębiać, żeby nie narazić się czy to na stratę czasu, czy to na śmieszność w oczach innych, choćby było to przekonanie zupełnie bezpodstawne.
Podsumowując, w świecie daleko posuniętej specjalizacji połączonej z informacyjnym szumem ostatecznym weryfikatorem (czy, jak kto woli, meta-weryfikatorem) wszelkiej treści musi być zawsze jej bezpośredni konsument. Tam natomiast, gdzie pojawiają się kryptocenzorzy pozujący na "niezależnych kontrolerów informacji", każdemu roztropnemu odbiorcy dowolnej treści powinno się natychmiast zapalać ostrzegawcze światło. Z weryfikacją informacji jest bowiem tak, jak z przysłowiowym "byciem damą" - jeśli ktoś musi na wstępie ogłaszać, że ma rację, to można mieć z miejsca wątpliwości co do tego, czy faktycznie ją ma; zwłaszcza jeśli chodzi dosłownie o kwestie życia i śmierci o globalnym zasięgu.
Czasami korygują one rzeczywiście błędne informacje, ale głównie w sprawach błahych, tzn. takich, których rozstrzygnięcie nie wymaga żadnej specjalistycznej wiedzy ani samodzielnej analizy wiarygodności przytaczanych źródeł. Przykładowo, łatwo samodzielnie zweryfikować - sprawdzając tym samym "sprawdzacza" - czy X jest faktycznie doktorem, a więc domniemanym specjalistą w danej dziedzinie, czy też jedynie doktorem honoris causa. Z tego summa summarum nie wynika jednak szczególnie wiele, bo nawet niespecjalista może mieć w danej sprawie słuszność.
Tam natomiast, gdzie mamy do czynienia ze sprawami złożonymi, wielopłaszczyznowymi i dynamicznie się rozwijającymi, strony i przywieszki "fact-checkingowe" mają przede wszystkim na celu intelektualne zastraszanie laików poprzez bombardowanie ich argumentami ad verecundiam, zabiegami per fas et nefas lub jeszcze bardziej topornymi erystycznymi sztuczkami. Przykładowo: dlaczego oczywisty drobnoustrój nie powstał w laboratorium? Bo "konsensus naukowców" głosi, że to wersja nieprawdopodobna (choćby z czasem okazało się, iż ów konsensus może się bardzo szybko zmienić - i to nie na podstawie nowych danych naukowych). Dlaczego "Wydarzenie 201" nie ma nic wspólnego z wybuchem epidemii mającym miejsce zaraz po nim? Bo organizatorzy rzeczonego wydarzenia ogłosili, że ich celem było symulowanie, a nie przewidywanie epidemii, a poza tym wirus zasymulowany różnił się w szczegółach od tego, który faktycznie pojawił się chwilę później. I tak dalej, i tak dalej.
Nie trzeba być wirtuozem logiki, żeby zauważyć, że powyższe "obalenia dezinformacji" żadnymi obaleniami nie są, a używane w tym kontekście "fakty" i "argumenty" są albo fałszywymi tropami, albo słabymi erystycznymi fortelami. Tym niemniej sugestia, że daną kwestię rozstrzygnęli "niezależni weryfikatorzy", może skutecznie przekonać psychologicznie podatne osoby, że pewnych hipotez nie warto albo nawet "nie wypada" zgłębiać, żeby nie narazić się czy to na stratę czasu, czy to na śmieszność w oczach innych, choćby było to przekonanie zupełnie bezpodstawne.
Podsumowując, w świecie daleko posuniętej specjalizacji połączonej z informacyjnym szumem ostatecznym weryfikatorem (czy, jak kto woli, meta-weryfikatorem) wszelkiej treści musi być zawsze jej bezpośredni konsument. Tam natomiast, gdzie pojawiają się kryptocenzorzy pozujący na "niezależnych kontrolerów informacji", każdemu roztropnemu odbiorcy dowolnej treści powinno się natychmiast zapalać ostrzegawcze światło. Z weryfikacją informacji jest bowiem tak, jak z przysłowiowym "byciem damą" - jeśli ktoś musi na wstępie ogłaszać, że ma rację, to można mieć z miejsca wątpliwości co do tego, czy faktycznie ją ma; zwłaszcza jeśli chodzi dosłownie o kwestie życia i śmierci o globalnym zasięgu.
Labels:
epistemologia,
erystyka,
logika,
manipulacja,
propaganda,
wiedza
Wednesday, June 2, 2021
Tiktok and Snapchat: Virtual Brainwashers
Dear parents: make sure to discourage your children - both younger and older - from any contact with applications called Tiktok and Snapchat. Not by force, as this can make them look like "forbidden fruit", but with the help of wise and caring persuasion. This task is even more urgent in the era of more or less forced virtualization of many areas of life, when the Internet is becoming an exceptionally voracious time eater.
Why are these applications so dangerous? To put things bluntly but accurately, they are essentially giant, extremely aggressive brainwashers that operate on the basis of "soft" forms of MKUltra techniques. Anyone who is unfamiliar with this term should consult at least the basic materials on the phenomenon in question. While, at the end of the day, it is truly a bottomless subject, in the context of the aforementioned "social media", MKUltra techniques involve literal brainwashing (i.e., dissolving one's cognitive abilities, moral sensitivity, good taste, and natural spiritual intuitions) by means of ceaseless, intrusive stimulation, subliminal perception, and creating a mind-numbingly hypnotic, narcotic atmosphere. When one's mind is sufficiently conditioned and permanently infantilized in this way - and the developing minds of children and adolescents are particularly susceptible to such influences - it can subsequently be infiltrated with sounds, images, and messages capable of normalizing every absurdity, every delusion, every vulgarity, and every perversion, which is then treated as just another form of "entertainment", "creativity" or "self-expression".
In view of the above, it should come as no surprise that there has recently been a veritable outpouring of individuals - especially children and "young adults" - who, having behaved normally for a longer period of time, suddenly declare that they want to "change their gender", that they are "genderless", that they are depressed due to an alleged "climate catastrophe", or that it is necessary to kneel before Neo-Marxist terrorists known as BLM. I caution against downplaying the above phenomena and reducing them to the level of ordinary youthful silliness, which is naturally bound to dissipate over time - this is not age-old juvenile experimentation with the forbidden fruit, but typical dissociative and post-trumatic attitudes caused by falling prey to devious techniques of behavioral control.
Applications such as Tiktok and Snapchat are not the only culprits here - to a lesser extent, the influence of "soft" MKUltra brainwashing can also be seen on Instagram (whose use should also be discouraged, especially among children, since it is by no means an indispensable medium of communication), as well as in numerous popular music videos and TV series (especially on Netflix), but here one can resort to the principle of separating the wheat from the chaff - they are typically distinguishable on the basis of contrast. The first two of the abovementioned applications, on the other hand, were created solely for the purpose of nefarious psychological manipulation, the former being, according to recent data, the most downloaded application in the world. This should make us realize the scale and intensity of the relevant threats.
The foregoing remarks are neither a joke, nor a hiperbole, nor panic-mongering, nor groundless grumbling, but an accurate description of meticulously organized and very well-paid operations which, if not countered, will lead to the emergence of a generation so intellectually, morally, and spiritually emasculated that living a normal life will be an absolutely unbearable duty for it. Thus, if you are parents, counter these machinations as quickly as possible, and if you are not, inform your parent friends on the matter: not in the spirit of alarmism, but by patiently elucidating the causal relationships which have become exceptionally (and negatively) influential in today's world of unprecedented communicative sloppiness and childish immediatism.
Why are these applications so dangerous? To put things bluntly but accurately, they are essentially giant, extremely aggressive brainwashers that operate on the basis of "soft" forms of MKUltra techniques. Anyone who is unfamiliar with this term should consult at least the basic materials on the phenomenon in question. While, at the end of the day, it is truly a bottomless subject, in the context of the aforementioned "social media", MKUltra techniques involve literal brainwashing (i.e., dissolving one's cognitive abilities, moral sensitivity, good taste, and natural spiritual intuitions) by means of ceaseless, intrusive stimulation, subliminal perception, and creating a mind-numbingly hypnotic, narcotic atmosphere. When one's mind is sufficiently conditioned and permanently infantilized in this way - and the developing minds of children and adolescents are particularly susceptible to such influences - it can subsequently be infiltrated with sounds, images, and messages capable of normalizing every absurdity, every delusion, every vulgarity, and every perversion, which is then treated as just another form of "entertainment", "creativity" or "self-expression".
In view of the above, it should come as no surprise that there has recently been a veritable outpouring of individuals - especially children and "young adults" - who, having behaved normally for a longer period of time, suddenly declare that they want to "change their gender", that they are "genderless", that they are depressed due to an alleged "climate catastrophe", or that it is necessary to kneel before Neo-Marxist terrorists known as BLM. I caution against downplaying the above phenomena and reducing them to the level of ordinary youthful silliness, which is naturally bound to dissipate over time - this is not age-old juvenile experimentation with the forbidden fruit, but typical dissociative and post-trumatic attitudes caused by falling prey to devious techniques of behavioral control.
Applications such as Tiktok and Snapchat are not the only culprits here - to a lesser extent, the influence of "soft" MKUltra brainwashing can also be seen on Instagram (whose use should also be discouraged, especially among children, since it is by no means an indispensable medium of communication), as well as in numerous popular music videos and TV series (especially on Netflix), but here one can resort to the principle of separating the wheat from the chaff - they are typically distinguishable on the basis of contrast. The first two of the abovementioned applications, on the other hand, were created solely for the purpose of nefarious psychological manipulation, the former being, according to recent data, the most downloaded application in the world. This should make us realize the scale and intensity of the relevant threats.
The foregoing remarks are neither a joke, nor a hiperbole, nor panic-mongering, nor groundless grumbling, but an accurate description of meticulously organized and very well-paid operations which, if not countered, will lead to the emergence of a generation so intellectually, morally, and spiritually emasculated that living a normal life will be an absolutely unbearable duty for it. Thus, if you are parents, counter these machinations as quickly as possible, and if you are not, inform your parent friends on the matter: not in the spirit of alarmism, but by patiently elucidating the causal relationships which have become exceptionally (and negatively) influential in today's world of unprecedented communicative sloppiness and childish immediatism.
Labels:
Internet,
manipulation,
mkultra,
propaganda,
psychology
Tuesday, May 11, 2021
Tiktok i Snapchat: wirtualne pralnie mózgów
Drodzy Rodzice: zadbajcie o to, żeby bezwzględnie odwieść Wasze pociechy - młodsze i starsze - od jakiegokolwiek kontaktu z aplikacjami nazywającymi się Tiktok i Snapchat. Nie siłowo, bo to może nadać im polor "zakazanego owocu", ale przy pomocy mądrej i troskliwej perswazji. Jest to zadanie tym pilniejsze w erze mniej lub bardziej wymuszonej wirtualizacji wielu dziedzin życia, kiedy to Internet staje się wyjątkowo żarłocznym pożeraczem czasu.
Czemu rzeczone aplikacje są tak groźne? Dosadnie, ale ze wszech miar prawdziwie rzecz ujmując, są to wielkie, wyjątkowo agresywne pralnie mózgów funkcjonujące w oparciu o "miękkie" formy technik MKUltra. Komu obcy jest ten termin, ten powinien zapoznać się choćby z podstawowymi materiałami na temat odnośnego zjawiska. Jest to zasadniczo temat "bez dna", ale w kontekście wyżej wymienionych "mediów społecznościowych" techniki MKUltra polegają na dosłownym "praniu mózgu" (konsekwentnym rozmiękczaniu zdolności poznawczych, wrażliwości moralnej, naturalnych intuicji duchowych i poczucia dobrego smaku) poprzez bezustanne, natarczywe bodźcowanie, percepcję podprogową i wytwarzanie permanentnej narkotyczno-hipnotycznej atmosfery. Do spreparowanego i trwale zinfantylizowanego w ten sposób umysłu - a szczególnie podatne na podobną preparację i trwałą infantylizację są wciąż rozwijające się umysły dzieci i młodzieży - można następnie wtłoczyć dźwięki, obrazy i komunikaty normalizujące każdy absurd, każde bałamuctwo, każdą wulgarność i każdą perwersję, które są wówczas traktowane jako kolejne formy "rozrywki", "kreatywności" czy "samoekspresji".
Biorąc powyższe pod uwagę, nie powinno dziwić, że w ostatnim czasie pojawił się wyjątkowy wysyp osób - a zwłaszcza dzieci i "młodszej młodzieży" - które, zachowując się przez dłuższy czas normalnie, deklarują nagle ni z tego, ni z owego, że chcą "zmienić płeć", że są "osobami bezpłciowymi", że mają depresję z powodu rzekomej "katastrofy klimatycznej", czy że należy klękać przed neomarksistowskimi terrorystami znanymi jako BLM (względnie przyłączać się do rynsztokowo-chuligańskich wybryków, jakich byliśmy świadkami w październiku zeszłego roku, abstrahując od materii intelektualnego sporu, który rzekomo je motywował). Przestrzegam przed bagatelizowaniem powyższych zjawisk i sprowadzaniem ich do poziomu zwyczajnego młodzieżowego fiksum dyrdum, które z czasem wietrzeje z głowy - to nie jest odwieczne sztubackie "eksperymentowanie z zakazanym owocem", ale typowe zachowania dysocjacyjne i post-traumatyczne wynikające ze stania się bezwiednymi ofiarami wyrachowanych technik kontroli behawioralnej.
Aplikacje Tiktok i Snapchat nie są tu jedynymi winowajcami - w mniejszym stopniu wpływ MKUltra zaznacza się również na Instagramie (do którego też proponuję swoje pociechy zniechęcić, bo nie jest to żadne nieodzowne medium komunikacyjne), a także w popularnych teledyskach i serialach (zwłaszcza na Netfliksie), ale tu już można stosować zasadę oddzielania ziarna od plew - na zasadzie kontrastu da się je na ogół odróżnić. Natomiast dwie pierwsze z wymienionych wyżej aplikacji zostały stworzone wyłącznie w nikczemnych celach psychomanipulacyjnych - przy czym pierwsza z nich była wedle niedawnych danych najczęściej pobieraną aplikacją na świecie. To powinno uzmysłowić nam skalę i intensywność odnośnych zagrożeń.
Powyższe uwagi nie są żartem, hiperbolą, panikarstwem ani gołosłowną gderliwością, ale rzetelnym opisem bardzo precyzyjnie zorganizowanych i bardzo sowicie opłacanych działań, które - jeśli nie postawi się im kontry - doprowadzą do powstania pokolenia tak intelektualnie, moralnie i duchowo wyjałowionego, że normalne życie będzie dla niego obowiązkiem absolutnie niemożliwym do udźwignięcia. Jeśli więc jesteście rodzicami, to podobną kontrę jak najszybciej postawcie - a jeśli nimi nie jesteście, to poinformujcie w tej sprawie wszystkich waszych znajomych, którzy nimi są: nie w duchu alarmistycznym, ale cierpliwie naświetlając związki przyczynowo-skutkowe, które nabrały szczególnej roli w dzisiejszym świecie bezprecedensowej komunikacyjnej niedbałości i dziecinnej doraźności.
Czemu rzeczone aplikacje są tak groźne? Dosadnie, ale ze wszech miar prawdziwie rzecz ujmując, są to wielkie, wyjątkowo agresywne pralnie mózgów funkcjonujące w oparciu o "miękkie" formy technik MKUltra. Komu obcy jest ten termin, ten powinien zapoznać się choćby z podstawowymi materiałami na temat odnośnego zjawiska. Jest to zasadniczo temat "bez dna", ale w kontekście wyżej wymienionych "mediów społecznościowych" techniki MKUltra polegają na dosłownym "praniu mózgu" (konsekwentnym rozmiękczaniu zdolności poznawczych, wrażliwości moralnej, naturalnych intuicji duchowych i poczucia dobrego smaku) poprzez bezustanne, natarczywe bodźcowanie, percepcję podprogową i wytwarzanie permanentnej narkotyczno-hipnotycznej atmosfery. Do spreparowanego i trwale zinfantylizowanego w ten sposób umysłu - a szczególnie podatne na podobną preparację i trwałą infantylizację są wciąż rozwijające się umysły dzieci i młodzieży - można następnie wtłoczyć dźwięki, obrazy i komunikaty normalizujące każdy absurd, każde bałamuctwo, każdą wulgarność i każdą perwersję, które są wówczas traktowane jako kolejne formy "rozrywki", "kreatywności" czy "samoekspresji".
Biorąc powyższe pod uwagę, nie powinno dziwić, że w ostatnim czasie pojawił się wyjątkowy wysyp osób - a zwłaszcza dzieci i "młodszej młodzieży" - które, zachowując się przez dłuższy czas normalnie, deklarują nagle ni z tego, ni z owego, że chcą "zmienić płeć", że są "osobami bezpłciowymi", że mają depresję z powodu rzekomej "katastrofy klimatycznej", czy że należy klękać przed neomarksistowskimi terrorystami znanymi jako BLM (względnie przyłączać się do rynsztokowo-chuligańskich wybryków, jakich byliśmy świadkami w październiku zeszłego roku, abstrahując od materii intelektualnego sporu, który rzekomo je motywował). Przestrzegam przed bagatelizowaniem powyższych zjawisk i sprowadzaniem ich do poziomu zwyczajnego młodzieżowego fiksum dyrdum, które z czasem wietrzeje z głowy - to nie jest odwieczne sztubackie "eksperymentowanie z zakazanym owocem", ale typowe zachowania dysocjacyjne i post-traumatyczne wynikające ze stania się bezwiednymi ofiarami wyrachowanych technik kontroli behawioralnej.
Aplikacje Tiktok i Snapchat nie są tu jedynymi winowajcami - w mniejszym stopniu wpływ MKUltra zaznacza się również na Instagramie (do którego też proponuję swoje pociechy zniechęcić, bo nie jest to żadne nieodzowne medium komunikacyjne), a także w popularnych teledyskach i serialach (zwłaszcza na Netfliksie), ale tu już można stosować zasadę oddzielania ziarna od plew - na zasadzie kontrastu da się je na ogół odróżnić. Natomiast dwie pierwsze z wymienionych wyżej aplikacji zostały stworzone wyłącznie w nikczemnych celach psychomanipulacyjnych - przy czym pierwsza z nich była wedle niedawnych danych najczęściej pobieraną aplikacją na świecie. To powinno uzmysłowić nam skalę i intensywność odnośnych zagrożeń.
Powyższe uwagi nie są żartem, hiperbolą, panikarstwem ani gołosłowną gderliwością, ale rzetelnym opisem bardzo precyzyjnie zorganizowanych i bardzo sowicie opłacanych działań, które - jeśli nie postawi się im kontry - doprowadzą do powstania pokolenia tak intelektualnie, moralnie i duchowo wyjałowionego, że normalne życie będzie dla niego obowiązkiem absolutnie niemożliwym do udźwignięcia. Jeśli więc jesteście rodzicami, to podobną kontrę jak najszybciej postawcie - a jeśli nimi nie jesteście, to poinformujcie w tej sprawie wszystkich waszych znajomych, którzy nimi są: nie w duchu alarmistycznym, ale cierpliwie naświetlając związki przyczynowo-skutkowe, które nabrały szczególnej roli w dzisiejszym świecie bezprecedensowej komunikacyjnej niedbałości i dziecinnej doraźności.
Labels:
Internet,
manipulacja,
mkultra,
propaganda,
psychologia
Saturday, February 13, 2021
Władza twarda i miękka w służbie "wielkiej fikcji"
Żyjemy w świecie, który ma znacznie więcej wspólnego nie z twardym, a z "miękkim" totalitaryzmem - tzn. nie w świecie, w którym dobrze i trwale zdefiniowani jedni żyją kosztem równie dobrze i trwale zdefiniowanych drugich, ale w świecie "wielkiej fikcji, w ramach której każdy próbuje żyć kosztem wszystkich pozostałych". Jest to więc świat represyjny w pierwszym rzędzie wobec umysłowej godności, a dopiero w ostatnim rzędzie wobec cielesnej nietykalności - to pierwsze odgrywa dużo istotniejszą rolę w dziele uniwersalizacji pasożytnictwa, które jest kluczowym elementem rządzenia przez dzielenie.
Stąd konieczność i naturalność sojuszu między władzą "twardą" a "miękką": między monopolistycznym dzierżycielem środków przymusu bezpośredniego a oligarchicznym właścicielem środków przymusu pośredniego - sektorem "opiniotwórczych środków masowego przekazu" - pielęgnującym fikcję uniwersalnego dostępu do tego pierwszego i uniwersalnych korzyści zeń płynących. Sojusz ów chwieje się tylko wtedy - i na ogół jedynie tymczasowo - gdy jeden z powyższych podmiotów zechce jednoznacznie zademonstrować swoją wyższość nad drugim, czy to np. dokonując "informacyjnego sabotażu" rytuałów wyborczych, czy to np. dążąc do zastąpienia oligarchicznego modelu medialnego bardziej siermiężnym modelem dyktatorskim.
Mając na uwadze wszystko co powyższe, w obliczu chwiania się podobnych sojuszy nie należy postrzegać sytuacji ani przez pryzmat zagrożenia dla "wolności słowa", ani przez pryzmat antyoligarchicznego schadenfreude, tylko przez pryzmat świadomości natury owego aliansu komplementarnych form zniewolenia. Innymi słowy, każda taka sytuacja jest doskonałą okazją do tego, żeby zarówno bronić się przed wszelkimi grabieżczymi zakusami władzy "twardej", jak i permanentnie odciąć się od otępiającego wpływu władzy "miękkiej" - ilekroć "wielka fikcja" zaczyna choć w najmniejszym stopniu trzeszczeć w szwach, trzeba wykorzystać sposobność do jak najpełniejszego i jak najtrwalszego stanięcia w prawdzie.
Stąd konieczność i naturalność sojuszu między władzą "twardą" a "miękką": między monopolistycznym dzierżycielem środków przymusu bezpośredniego a oligarchicznym właścicielem środków przymusu pośredniego - sektorem "opiniotwórczych środków masowego przekazu" - pielęgnującym fikcję uniwersalnego dostępu do tego pierwszego i uniwersalnych korzyści zeń płynących. Sojusz ów chwieje się tylko wtedy - i na ogół jedynie tymczasowo - gdy jeden z powyższych podmiotów zechce jednoznacznie zademonstrować swoją wyższość nad drugim, czy to np. dokonując "informacyjnego sabotażu" rytuałów wyborczych, czy to np. dążąc do zastąpienia oligarchicznego modelu medialnego bardziej siermiężnym modelem dyktatorskim.
Mając na uwadze wszystko co powyższe, w obliczu chwiania się podobnych sojuszy nie należy postrzegać sytuacji ani przez pryzmat zagrożenia dla "wolności słowa", ani przez pryzmat antyoligarchicznego schadenfreude, tylko przez pryzmat świadomości natury owego aliansu komplementarnych form zniewolenia. Innymi słowy, każda taka sytuacja jest doskonałą okazją do tego, żeby zarówno bronić się przed wszelkimi grabieżczymi zakusami władzy "twardej", jak i permanentnie odciąć się od otępiającego wpływu władzy "miękkiej" - ilekroć "wielka fikcja" zaczyna choć w najmniejszym stopniu trzeszczeć w szwach, trzeba wykorzystać sposobność do jak najpełniejszego i jak najtrwalszego stanięcia w prawdzie.
Labels:
media,
oligarchia,
propaganda,
wielka fikcja,
władza
Wednesday, October 9, 2019
Zmiany klimatyczne a totalitarna indoktrynacja
Zmiany klimatyczne są zjawiskiem tyleż naturalnym, co wciąż stosunkowo słabo zrozumianym, w związku z czym wydawanie jakichkolwiek kategorycznych sądów w zakresie ich powstawania i rozwoju jest w najlepszym razie nieroztropne.
W coraz większym stopniu nie ulega natomiast wątpliwości, że tzw. katastrofalne antropogeniczne zmiany klimatyczne to najbardziej nikczemne propagandowe bałamuctwo, jakim obecnie raczona jest ludzkość. Aby dojść do podobnego wniosku, nie trzeba powoływać się w tym kontekście na "czyny mówiące głośniej niż słowa", takie jak np. niesłabnący popyt na długoterminowe obligacje czy rosnące wciąż ceny nadmorskich nieruchomości. Wystarczy zamiast tego skupić się na tym, w jakim tonie wypowiadają się najbardziej konsekwentni zwolennicy owego bałamuctwa i jakie wprost przyświecają im cele.
Wszystkim już dziś wiadomo, że istnieje pewien "typ ludzki", którego jedynym, bezwzględnie realizowanym celem jest całkowite fizyczne i moralne upodlenie swojego bliźniego, stanowiące ostateczny wyraz całkowitej władzy nad nim. Najpełniejszym dotychczasowym ucieleśnieniem owego typu byli ci, którzy zbudowali, a następnie - jak długo było to możliwe - konserwowali system komunistyczny, czyniący jednostkę niewolnikiem absolutnym - tak materialnym, jak i duchowym. I choć system komunistyczny uległ spektakularnemu samozniszczeniu - co musiało się stać ze względów ekonomicznych - odpowiedzialny za niego "typ ludzki" wciąż istnieje i wciąż żywi dokładnie te same zamiary.
Skoro zaś w tak spektakularnie kompromitujący sposób upadły wszelkie domorosłe totalitarne utopie, które obiecywały swoim niewolnikom ziemski raj, w jaki sposób można wciąż agitować dziś skutecznie na rzecz totalitaryzmu? Otóż można to robić nie tyle mamiąc łatwowiernych kolejnymi wizjami powszechnego dobrobytu tworzonego w ramach "gospodarki planowej", co wprost im oświadczając, że totalitarne centralne sterowanie globalnym społeczeństwem jest jedyną alternatywą wobec rzekomego kataklizmu, który całkowicie zniszczy ludzką cywilizację. Pojawiająca się w tym kontekście frazeologia jest pod względem deklarowanych celów nie do odróżnienia od niegdysiejszej frazeologii marksistowsko-leninowskiej: społeczeństwa świata mają znów zaakceptować "żelazne ustalenia nauki" i podporządkować się "wielkiemu zbiorowemu działaniu na rzecz likwidacji systemowej niesprawiedliwości" oraz "kompleksowemu przemodelowaniu sposobu funkcjonowania globalnej gospodarki", co będzie wymagać "politycznej dyscypliny" i "rezygnacji z burżuazyjnych wygód".
Ani razu nie pojawia się natomiast w kontekście podobnej agitacji sugestia, że jeśli perspektywa "klimatycznej katastrofy" jest realna, to w pierwszej kolejności należałoby w bezprecedensowym stopniu zrezygnować z destruktywnego archaizmu zwanego polityką, a tym samym kategorycznie przestać rzucać kłody pod nogi wolnej przedsiębiorczości i oddolnej społecznej samoorganizacji, a więc jedynym zjawiskom, które dają szansę na sprostanie tak złożonym i wielkoskalowym wyzwaniom. Innymi słowy, intencje konsekwentnych piewców "walki z katastrofą klimatyczną" są aż nadto jasne - i są to intencje momentami groteskowo wręcz podobne do tych, które przyświecały zarządcom zrealizowanych dwudziestowiecznych dystopii.
Na szczęście nie wierzę, że istnieje jakakolwiek szansa na wdrożenie owego nowego "zielonego komunizmu", bo człowiek współczesny - w przeciwieństwie do wczesnodwudziestowiecznego proletariatu - jest o wiele zbyt rozkapryszony i zinfantylizowany, żeby móc podejmować jakiekolwiek "rewolucyjne akty poświęcenia". Nie zmienia to jednak faktu, że wyżej opisana apokaliptyczno-totalitarna indoktrynacja może wymiernie przyczynić się do dalszego demoralizowania już i tak mocno zdemoralizowanych społeczeństw tzw. krajów rozwiniętych i do dalszego obniżania już i tak bardzo niskiego poziomu ich ekonomicznej świadomości. To zaś są aż nadto wystarczające powody, aby nie ustępować jej ani na krok i przy każdej okazji obnażać jej jednoznacznie antycywilizacyjny charakter.
W coraz większym stopniu nie ulega natomiast wątpliwości, że tzw. katastrofalne antropogeniczne zmiany klimatyczne to najbardziej nikczemne propagandowe bałamuctwo, jakim obecnie raczona jest ludzkość. Aby dojść do podobnego wniosku, nie trzeba powoływać się w tym kontekście na "czyny mówiące głośniej niż słowa", takie jak np. niesłabnący popyt na długoterminowe obligacje czy rosnące wciąż ceny nadmorskich nieruchomości. Wystarczy zamiast tego skupić się na tym, w jakim tonie wypowiadają się najbardziej konsekwentni zwolennicy owego bałamuctwa i jakie wprost przyświecają im cele.
Wszystkim już dziś wiadomo, że istnieje pewien "typ ludzki", którego jedynym, bezwzględnie realizowanym celem jest całkowite fizyczne i moralne upodlenie swojego bliźniego, stanowiące ostateczny wyraz całkowitej władzy nad nim. Najpełniejszym dotychczasowym ucieleśnieniem owego typu byli ci, którzy zbudowali, a następnie - jak długo było to możliwe - konserwowali system komunistyczny, czyniący jednostkę niewolnikiem absolutnym - tak materialnym, jak i duchowym. I choć system komunistyczny uległ spektakularnemu samozniszczeniu - co musiało się stać ze względów ekonomicznych - odpowiedzialny za niego "typ ludzki" wciąż istnieje i wciąż żywi dokładnie te same zamiary.
Skoro zaś w tak spektakularnie kompromitujący sposób upadły wszelkie domorosłe totalitarne utopie, które obiecywały swoim niewolnikom ziemski raj, w jaki sposób można wciąż agitować dziś skutecznie na rzecz totalitaryzmu? Otóż można to robić nie tyle mamiąc łatwowiernych kolejnymi wizjami powszechnego dobrobytu tworzonego w ramach "gospodarki planowej", co wprost im oświadczając, że totalitarne centralne sterowanie globalnym społeczeństwem jest jedyną alternatywą wobec rzekomego kataklizmu, który całkowicie zniszczy ludzką cywilizację. Pojawiająca się w tym kontekście frazeologia jest pod względem deklarowanych celów nie do odróżnienia od niegdysiejszej frazeologii marksistowsko-leninowskiej: społeczeństwa świata mają znów zaakceptować "żelazne ustalenia nauki" i podporządkować się "wielkiemu zbiorowemu działaniu na rzecz likwidacji systemowej niesprawiedliwości" oraz "kompleksowemu przemodelowaniu sposobu funkcjonowania globalnej gospodarki", co będzie wymagać "politycznej dyscypliny" i "rezygnacji z burżuazyjnych wygód".
Ani razu nie pojawia się natomiast w kontekście podobnej agitacji sugestia, że jeśli perspektywa "klimatycznej katastrofy" jest realna, to w pierwszej kolejności należałoby w bezprecedensowym stopniu zrezygnować z destruktywnego archaizmu zwanego polityką, a tym samym kategorycznie przestać rzucać kłody pod nogi wolnej przedsiębiorczości i oddolnej społecznej samoorganizacji, a więc jedynym zjawiskom, które dają szansę na sprostanie tak złożonym i wielkoskalowym wyzwaniom. Innymi słowy, intencje konsekwentnych piewców "walki z katastrofą klimatyczną" są aż nadto jasne - i są to intencje momentami groteskowo wręcz podobne do tych, które przyświecały zarządcom zrealizowanych dwudziestowiecznych dystopii.
Na szczęście nie wierzę, że istnieje jakakolwiek szansa na wdrożenie owego nowego "zielonego komunizmu", bo człowiek współczesny - w przeciwieństwie do wczesnodwudziestowiecznego proletariatu - jest o wiele zbyt rozkapryszony i zinfantylizowany, żeby móc podejmować jakiekolwiek "rewolucyjne akty poświęcenia". Nie zmienia to jednak faktu, że wyżej opisana apokaliptyczno-totalitarna indoktrynacja może wymiernie przyczynić się do dalszego demoralizowania już i tak mocno zdemoralizowanych społeczeństw tzw. krajów rozwiniętych i do dalszego obniżania już i tak bardzo niskiego poziomu ich ekonomicznej świadomości. To zaś są aż nadto wystarczające powody, aby nie ustępować jej ani na krok i przy każdej okazji obnażać jej jednoznacznie antycywilizacyjny charakter.
Labels:
dystopia,
ideologia,
klimat,
propaganda,
totalitaryzm
Saturday, April 27, 2019
Dewolucja etatystycznej indoktrynacji i jej skutki
Używając klasycznego języka teologicznego, można powiedzieć, że władza to najgorsza forma pychy, a pycha to najgorsza forma grzechu - kwintesencja buntu wobec obiektywnej struktury rzeczywistości, w tym jej obiektywnej struktury moralnej. Tym samym zupełnie naturalnym i niezaskakującym jest nowotestamentowe stwierdzenie Szatana, iż wszystkie królestwa tego świata należą do niego. Państwo - monopolistyczny aparat zideologizowanej agresji, przemocy i grabieży - wprost urasta tu do rangi najpotężniejszego rozsadnika zorganizowanego, zinstytucjonalizowanego zła, w sposób programowy stawiającego na głowie wszystkie zasady, wartości i przymioty moralne.
Tego rodzaju zjawisko wywołuje, rzecz jasna, naturalny opór ze strony intuicji moralnych zwykłych, niezindoktrynowanych ludzi, w związku z czym kluczowe w zakresie konsolidacji wszelkiej władzy politycznej jest ich zneutralizowanie i zagłuszenie. Historycznie rzecz biorąc odbywało się to na różne sposoby. Początkowo samozwańczy władcy próbowali tworzyć wrażenie, iż są bogami, a więc istotami, których nie obowiązuje konwencjonalna moralność. W późniejszym okresie twierdzili, że nawet jeśli nie są bogami, to są wyłącznymi ziemskimi przedstawicielami bogów, a więc ludźmi dysponującymi szczególnymi przywilejami moralnymi. Po dziś dzień twierdzą oni natomiast, że nie są co prawda pomazańcami klasycznie rozumianych bogów, ale są za to wyłącznymi przedstawicielami rozmaitych świeckich bożków i mitycznych abstrakcji, takich jak "lud", "naród", "społeczeństwo", "wola powszechna", itp.
Do bałamuctwa o charakterze quasi-religijnym od pewnego momentu doszło w tym kontekście bałamuctwo o charakterze pseudonaukowym. Na tym polu można się zatem spotkać ze stwierdzeniami takimi jak te, że wyłącznie zorganizowany przymus jest w stanie doprowadzić do powstania nierywalizacyjnych i niewykluczalnych "dóbr publicznych", że wyłącznie wydatki deficytowe są w stanie stymulować "bezczynne zasoby" w warunkach recesji, że wyłącznie polityczne manipulowanie stopami procentowymi i podażą pieniądza jest w stanie zapewnić gospodarce "makroekonomiczną stabilność", itp.
Co jednak dzieje się wtedy, gdy wszystkie powyższe formy proetatystycznej propagandy stają się zbyt wyświechtane, zbyt łatwe do natychmiastowego obalenia i zbyt nieatrakcyjne w powszechnym odbiorze? Mogłoby się wydawać, że los etatyzmu jest wówczas przypieczętowany, gdyż wyczerpane zostają wówczas wszystkie sposoby zagłuszania naturalnych, zdrowych intuicji moralnych ludzkości. Jeśli jednak szerokie rzesze ludzkie zostaną w międzyczasie wystarczająco rozpieszczone powszechnym dobrobytem i wystarczająco zinfantylizowane ludyczno-życzeniowym podejściem do świata, wówczas etatystyczne bałamuctwo może pokusić się o przyjęcie jeszcze innej, bezprecedensowo zuchwałej i ostentacyjnie niedorzecznej formy - już nie quasi-religijnej i nie pseudonaukowej, ale bajkowo-magicznej, w ramach której państwo staje się czarodziejskim polem zakrzywiającym rzeczywistość, gdzie największy absurd staje się głębokim rozsądkiem i vice versa.
Sztandarowym współczesnym przykładem owego bajkowo-magicznego populizmu, łączącego w sobie najbardziej wulgarne formy populizmu quasi-religijnego i pseudonaukowego, jest tzw. współczesna teoria monetarna (MMT). Wedle owej "teorii" w obszarze etatystycznego pola zakrzywiającego rzeczywistość przestają obowiązywać nie tylko jakiekolwiek prawa ekonomii, ale nawet jakiekolwiek zdroworozsądkowe definicje - inflacyjna kreacja pieniądza staje się kreacją "usług publicznych", podatkowy zabór mienia staje się narzędziem stabilizacji cenowej, pieniądz staje się arbitralnym tworem legislacyjnym, obniżka deficytów rządowych staje się erozją prywatnych oszczędności, itp. Innymi słowy, w owym postawionym na głowie świecie niemożliwe staje się nie tylko wymienianie jakichkolwiek logicznych argumentów, ale nawet jednoznaczne i sensowne zdefiniowanie jakichkolwiek stosownych terminów - grunt, że wszystko w nim zmierza ku automatycznemu wnioskowi, że zinstytucjonalizowana agresja i grabież jest w stanie stworzyć coś z niczego, zaspokajając dowolne zachcianki klienteli danej władzy.
Z jednej strony można by uznać, że etatystyczna propaganda jest w stanie przyjmować tak groteskowe formy wyłącznie w przeddzień swojej ostatecznej kapitulacji, co byłoby wnioskiem ze wszech miar optymistycznym. Z drugiej jednak strony można przyjąć, że w społeczeństwie na tyle rozkapryszonym i zinfantylizowanym, by brać twory takie jak MMT za dobrą monetę, zadanie edukacyjne (i być może również wychowawcze) stojące przez zwolennikami ekonomicznego i moralnego zdrowego rozsądku wciąż pozostaje ogromne. Tak czy inaczej, mowa tych ostatnich tym bardziej musi dziś brzmieć: "Tak - tak, nie - nie", gdyż wytrwałe powtarzanie elementarnych prawd ma efekt wyzwalający niezależnie od rodzaju niewolniczych bałamuctw, z którymi ma się do czynienia. Prędzej czy później owe bałamuctwa się wyczerpią i ostatecznie zawalą się pod ciężarem własnej pychy, niezborności i niedorzeczności. Zza ich fasady wyłoni się zaś wtedy w pełnej okazałości realny świat, ku któremu od zawsze usiłowali kierować ludzkość przeciwnicy etatystycznej fikcji - świat, którego wielkie możliwości będzie wtedy wreszcie można w pełni wykorzystywać, mając przy tym cały czas na uwadze jego równie wielkie i nieusuwalne ograniczenia.
Tego rodzaju zjawisko wywołuje, rzecz jasna, naturalny opór ze strony intuicji moralnych zwykłych, niezindoktrynowanych ludzi, w związku z czym kluczowe w zakresie konsolidacji wszelkiej władzy politycznej jest ich zneutralizowanie i zagłuszenie. Historycznie rzecz biorąc odbywało się to na różne sposoby. Początkowo samozwańczy władcy próbowali tworzyć wrażenie, iż są bogami, a więc istotami, których nie obowiązuje konwencjonalna moralność. W późniejszym okresie twierdzili, że nawet jeśli nie są bogami, to są wyłącznymi ziemskimi przedstawicielami bogów, a więc ludźmi dysponującymi szczególnymi przywilejami moralnymi. Po dziś dzień twierdzą oni natomiast, że nie są co prawda pomazańcami klasycznie rozumianych bogów, ale są za to wyłącznymi przedstawicielami rozmaitych świeckich bożków i mitycznych abstrakcji, takich jak "lud", "naród", "społeczeństwo", "wola powszechna", itp.
Do bałamuctwa o charakterze quasi-religijnym od pewnego momentu doszło w tym kontekście bałamuctwo o charakterze pseudonaukowym. Na tym polu można się zatem spotkać ze stwierdzeniami takimi jak te, że wyłącznie zorganizowany przymus jest w stanie doprowadzić do powstania nierywalizacyjnych i niewykluczalnych "dóbr publicznych", że wyłącznie wydatki deficytowe są w stanie stymulować "bezczynne zasoby" w warunkach recesji, że wyłącznie polityczne manipulowanie stopami procentowymi i podażą pieniądza jest w stanie zapewnić gospodarce "makroekonomiczną stabilność", itp.
Co jednak dzieje się wtedy, gdy wszystkie powyższe formy proetatystycznej propagandy stają się zbyt wyświechtane, zbyt łatwe do natychmiastowego obalenia i zbyt nieatrakcyjne w powszechnym odbiorze? Mogłoby się wydawać, że los etatyzmu jest wówczas przypieczętowany, gdyż wyczerpane zostają wówczas wszystkie sposoby zagłuszania naturalnych, zdrowych intuicji moralnych ludzkości. Jeśli jednak szerokie rzesze ludzkie zostaną w międzyczasie wystarczająco rozpieszczone powszechnym dobrobytem i wystarczająco zinfantylizowane ludyczno-życzeniowym podejściem do świata, wówczas etatystyczne bałamuctwo może pokusić się o przyjęcie jeszcze innej, bezprecedensowo zuchwałej i ostentacyjnie niedorzecznej formy - już nie quasi-religijnej i nie pseudonaukowej, ale bajkowo-magicznej, w ramach której państwo staje się czarodziejskim polem zakrzywiającym rzeczywistość, gdzie największy absurd staje się głębokim rozsądkiem i vice versa.
Sztandarowym współczesnym przykładem owego bajkowo-magicznego populizmu, łączącego w sobie najbardziej wulgarne formy populizmu quasi-religijnego i pseudonaukowego, jest tzw. współczesna teoria monetarna (MMT). Wedle owej "teorii" w obszarze etatystycznego pola zakrzywiającego rzeczywistość przestają obowiązywać nie tylko jakiekolwiek prawa ekonomii, ale nawet jakiekolwiek zdroworozsądkowe definicje - inflacyjna kreacja pieniądza staje się kreacją "usług publicznych", podatkowy zabór mienia staje się narzędziem stabilizacji cenowej, pieniądz staje się arbitralnym tworem legislacyjnym, obniżka deficytów rządowych staje się erozją prywatnych oszczędności, itp. Innymi słowy, w owym postawionym na głowie świecie niemożliwe staje się nie tylko wymienianie jakichkolwiek logicznych argumentów, ale nawet jednoznaczne i sensowne zdefiniowanie jakichkolwiek stosownych terminów - grunt, że wszystko w nim zmierza ku automatycznemu wnioskowi, że zinstytucjonalizowana agresja i grabież jest w stanie stworzyć coś z niczego, zaspokajając dowolne zachcianki klienteli danej władzy.
Z jednej strony można by uznać, że etatystyczna propaganda jest w stanie przyjmować tak groteskowe formy wyłącznie w przeddzień swojej ostatecznej kapitulacji, co byłoby wnioskiem ze wszech miar optymistycznym. Z drugiej jednak strony można przyjąć, że w społeczeństwie na tyle rozkapryszonym i zinfantylizowanym, by brać twory takie jak MMT za dobrą monetę, zadanie edukacyjne (i być może również wychowawcze) stojące przez zwolennikami ekonomicznego i moralnego zdrowego rozsądku wciąż pozostaje ogromne. Tak czy inaczej, mowa tych ostatnich tym bardziej musi dziś brzmieć: "Tak - tak, nie - nie", gdyż wytrwałe powtarzanie elementarnych prawd ma efekt wyzwalający niezależnie od rodzaju niewolniczych bałamuctw, z którymi ma się do czynienia. Prędzej czy później owe bałamuctwa się wyczerpią i ostatecznie zawalą się pod ciężarem własnej pychy, niezborności i niedorzeczności. Zza ich fasady wyłoni się zaś wtedy w pełnej okazałości realny świat, ku któremu od zawsze usiłowali kierować ludzkość przeciwnicy etatystycznej fikcji - świat, którego wielkie możliwości będzie wtedy wreszcie można w pełni wykorzystywać, mając przy tym cały czas na uwadze jego równie wielkie i nieusuwalne ograniczenia.
Labels:
absurd,
logika,
prawda,
propaganda,
syndrom sztokholmski
Subscribe to:
Posts (Atom)