Nie powinno absolutnie zaskakiwać, że w im większym stopniu ludzkość ma na sztandarach już wyłącznie karykaturalnie miałkie postulaty "zdrowia, dobrobytu, pokoju, bezpieczeństwa, różnorodności, inkluzywności, dialogu i samorozwoju", w tym większym stopniu nieuchronnie osuwa się w coraz to kolejne chroniczne konflikty (od zbrojnych po gabinetowe), gospodarcze recesje i ogólny psychiczny niedowład. Miałkość i płycizna podobnych postulatów jest bowiem doskonale miarodajnym odzwierciedleniem dominacji intelektualnego lenistwa, moralnego tchórzostwa i infantylnego samozadowolenia, czyli tego wszystkiego, co bezwzględnie uniemożliwia konstruktywne odniesienie się do jakiegokolwiek systemowego wyzwania o charakterze militarnym, gospodarczym, psychologicznym czy przede wszystkim duchowym.
Nawiązując do klasyka nad klasykami, tylko takie mogą być rezultaty upartego, przewlekłego budowania ogólnoświatowego domu na piasku. Pocieszająca jest tu jednak świadomość, że w miarę konsekwentnego rozpadu owego domu na piasku na poziomie instytucjonalnym i systemowym, w coraz większym stopniu będzie się okazywało, kto na poziomie indywidualnym i osobowym zbudował dom na skale. Innymi słowy, w miarę nieuchronnego i przyspieszonego rozwiewania się wszelkiego rodzaju potiomkinowskich iluzji stworzonych na przestrzeni ostatnich dekad (a czasem nawet i wieków) - niezależnie od tego, jak dotkliwe mogą być tego reperkusje - coraz pełniejszą piersią będą mogli odetchnąć ci wszyscy, którzy swoją wewnętrzną wolność i swój wewnętrzny pokój zakotwiczyli w Prawdzie przez duże P. Warto więc choćby i rzutem na taśmę się z owych iluzji wyplątać i raz na dobre porzucić przekonanie, że "dekretowa rzeczywistość" będzie w stanie w nieskończoność uciekać od "tak" i "nie" - nawet wtedy, gdy będzie to już rozróżnienie równie wyraziste, co "być albo nie być".
Sunday, October 29, 2023
Sunday, October 15, 2023
Duchowa trzeźwość wśród konfliktu dystopii
Ostateczny rezultat "Wielkiego Resetu"/"Agendy 2030" itp. "globalistycznych" wymysłów to nie świat "różnorodności, inkluzywności i zrównoważonego rozwoju" - a więc nie świat maltuzjańsko-neomarksistowsko-technokratycznej dystopii - tylko świat coraz liczniejszych wojen, zamieszek i aktów terroryzmu. Jest tak dlatego, iż im szerzej zakrojone są próby zbudowania owej dystopii, tym bardziej obnaża ona swoją groteskową, wielopiętrową dysfunkcjonalność. To zaś czyni ją znakomitym celem dla wszelkich podmiotów mających na sztandarach walkę z "zastanym jednobiegunowym porządkiem", jak długo ich bezpośrednie ofiary mogą być uznane przynajmniej za odległe przyczółki owego porządku.
Z tego z kolei wynika, że zwykły człowiek jest coraz nachalniej wpychany w objęcia fatalnej i fałszywej alternatywy. Alternatywa ta ma polegać albo na uznaniu, że "globalistyczna" dystopia nie jest jednak taka najgorsza i zasługuje przynajmniej na warunkowe wsparcie, albo na choćby częściowym opowiedzeniu się po stronie terrorystycznych radykałów, którzy powolne gnicie obecnego porządku chcą zastąpić jego szybką, wybuchową likwidacją. Ewentualnie można dać się w tym kontekście wmanewrować w bardziej wewnętrznie zapętlone, ale równie fatalne stanowisko głoszące, że obie strony mają częściowo rację, zatem powinny wypracować "kompromis" łączący najlepsze z ich postulatów przy jednoczesnym wystrzeganiu się odnośnych "wypaczeń".
Tymczasem, jako że oba wyżej wspomniane ideologiczne fronty wyrastają w ostatecznym rachunku z tego samego rewolucyjno-wichrzycielskiego korzenia, wyrażenie choćby ostrożnej preferencji względem któregokolwiek z nich jest de facto uznaniem, że wichrzycielska rewolucja w tej czy innej formie jest nieunikniona. Owa rewolucja ma zaś to do siebie, że jej pozornie skonfliktowane odmiany bezustannie napędzają się nawzajem w swym niszczycielskim uporze, dążąc w finalnej perspektywie do wzajemnej neutralizacji.
Stąd konsekwentne trzymanie się z dala od nich wszystkich - czy nawet ich zwalczanie na miarę własnych możliwości - nie jest absolutnie przejawem asekuracyjnego kwietyzmu czy przyjmowaniem postawy Piłata, tylko jedynym sposobem zachowywania duchowej trzeźwości w świecie wszechobecnych ideologicznych bałamuctw prześcigających się nieprzerwanie w swej niedorzeczności. Nie powinno wszakże zaskakiwać, że najwłaściwszym sposobem życia w świecie jest nadzwyczaj często zachowywanie zdecydowanej rezerwy wobec jego "ofert" - zwłaszcza wtedy, gdy już dawno straciły one wszelki kusicielski powab.
Z tego z kolei wynika, że zwykły człowiek jest coraz nachalniej wpychany w objęcia fatalnej i fałszywej alternatywy. Alternatywa ta ma polegać albo na uznaniu, że "globalistyczna" dystopia nie jest jednak taka najgorsza i zasługuje przynajmniej na warunkowe wsparcie, albo na choćby częściowym opowiedzeniu się po stronie terrorystycznych radykałów, którzy powolne gnicie obecnego porządku chcą zastąpić jego szybką, wybuchową likwidacją. Ewentualnie można dać się w tym kontekście wmanewrować w bardziej wewnętrznie zapętlone, ale równie fatalne stanowisko głoszące, że obie strony mają częściowo rację, zatem powinny wypracować "kompromis" łączący najlepsze z ich postulatów przy jednoczesnym wystrzeganiu się odnośnych "wypaczeń".
Tymczasem, jako że oba wyżej wspomniane ideologiczne fronty wyrastają w ostatecznym rachunku z tego samego rewolucyjno-wichrzycielskiego korzenia, wyrażenie choćby ostrożnej preferencji względem któregokolwiek z nich jest de facto uznaniem, że wichrzycielska rewolucja w tej czy innej formie jest nieunikniona. Owa rewolucja ma zaś to do siebie, że jej pozornie skonfliktowane odmiany bezustannie napędzają się nawzajem w swym niszczycielskim uporze, dążąc w finalnej perspektywie do wzajemnej neutralizacji.
Stąd konsekwentne trzymanie się z dala od nich wszystkich - czy nawet ich zwalczanie na miarę własnych możliwości - nie jest absolutnie przejawem asekuracyjnego kwietyzmu czy przyjmowaniem postawy Piłata, tylko jedynym sposobem zachowywania duchowej trzeźwości w świecie wszechobecnych ideologicznych bałamuctw prześcigających się nieprzerwanie w swej niedorzeczności. Nie powinno wszakże zaskakiwać, że najwłaściwszym sposobem życia w świecie jest nadzwyczaj często zachowywanie zdecydowanej rezerwy wobec jego "ofert" - zwłaszcza wtedy, gdy już dawno straciły one wszelki kusicielski powab.
Thursday, October 12, 2023
Świecki mesjanizm, eskalująca wojna, wewnętrzny pokój i nadzieja nie z tego świata
Dla wszelkich odmian świeckiego mesjanizmu (tzn. mesjanizmu ziemskiego, niekoniecznie materialistycznego) kluczowym narzędziem przygotowującym grunt pod "nowy porządek świata" jest wojna - i to nie byle jaka wojna, tylko wojna konsekwentnie eskalująca zgodnie z zasadą motus in fine velocior. Niezależnie od tego, czy ostatecznym celem ludzkich wysiłków ma być światowy kalifat Mahdiego, światowe królestwo Dawidowe czy globalna republika praw człowieka i obywatela, w perspektywie świeckiego mesjanizmu cel ów może być zrealizowany wyłącznie wskutek decydującego polityczno-militarnego zwycięstwa nad wszystkimi jego wrogami czy nawet nad osobami mu niechętnymi.
Innymi słowy, o powszechnym pokoju nieokupionym powszechną katastrofą może uczciwie marzyć tylko zdający sobie sprawę z tego, że ani królestwo Boże, ani żaden jego "humanistyczny" odpowiednik, nie jest z tego świata. Nawet ktoś taki może jednak żywić uzasadnione obawy, że również i powszechny pokój "nie z tego świata" zostanie okupiony powszechną katastrofą, rozumianą wszelako nie jako konieczny środek do osiągnięcia ostatecznego zwycięstwa, tylko jako oczywista konsekwencja upartego dążenia ku ostatecznej przepaści. Ktoś taki ma przy tym prawo zachowywać nadzieję, że czystość jego sumienia pozwoli mu przetrwać ową katastrofę w jedynym liczącym się aspekcie - tzn. w aspekcie ustrzeżenia się pychy władzy nad dobrem i złem. To zaś powinno już wystarczyć, by nawet w okolicznościach zdecydowanego deficytu powszechnego pokoju móc nieodmiennie zachowywać niewzruszony pokój wewnętrzny.
Innymi słowy, o powszechnym pokoju nieokupionym powszechną katastrofą może uczciwie marzyć tylko zdający sobie sprawę z tego, że ani królestwo Boże, ani żaden jego "humanistyczny" odpowiednik, nie jest z tego świata. Nawet ktoś taki może jednak żywić uzasadnione obawy, że również i powszechny pokój "nie z tego świata" zostanie okupiony powszechną katastrofą, rozumianą wszelako nie jako konieczny środek do osiągnięcia ostatecznego zwycięstwa, tylko jako oczywista konsekwencja upartego dążenia ku ostatecznej przepaści. Ktoś taki ma przy tym prawo zachowywać nadzieję, że czystość jego sumienia pozwoli mu przetrwać ową katastrofę w jedynym liczącym się aspekcie - tzn. w aspekcie ustrzeżenia się pychy władzy nad dobrem i złem. To zaś powinno już wystarczyć, by nawet w okolicznościach zdecydowanego deficytu powszechnego pokoju móc nieodmiennie zachowywać niewzruszony pokój wewnętrzny.
Monday, October 2, 2023
Być w świecie, ale nie ze świata: czyli być po jedynej stronie, która nie może przegrać
Stykając się nieuchronnie z wszechobecną i coraz bardziej rozzuchwaloną tandetą - polityczną, intelektualną, kulturową, duchową itd. - można ostatecznie ulec jednemu z dwóch fatalnych wyborów, albo kapitulując przed ową tandetą i uznając, że może nie jest z nią jednak tak najgorzej, albo kapitulując przed zgorzkniałym defetyzmem zakładającym, że jedynym niezawodnym sposobem obrony własnej godności jest dobrowolne wewnętrzne uchodźstwo.
Tymczasem istnieje oczywiście jeszcze jedna alternatywa, którą jest zachowywanie świadomości, iż umiejętność rozpoznania tandety i odczuwanie w kontakcie z nią dyskomfortu świadczy o istnieniu ponadczasowych standardów jakości. Mając tę świadomość, można następnie zidentyfikować rozmaite powstałe na przestrzeni dziejów wzorcowe przejawy owych standardów i trwać przy nich jak przy niezniszczalnej opoce, przyjmując rolę strażników i beneficjentów ich niezawodnie pokrzepiającego wpływu.
Innymi słowy, cytując klasyka nad klasykami, poza uleganiem światu i uciekaniem od niego można też być w świecie, ale nie ze świata. Tylko wówczas, łącząc zdystansowaną wstrzemięźliwość i asertywną odwagę, można zachować wewnętrzną wolność i wewnętrzny pokój, a nawet promieniować nimi na zewnątrz, choćby zewnętrze wydawało się w tym kontekście zupełnie nieobiecujące. Tylko wówczas można mieć bowiem pewność, że stanęło się po jedynej stronie, która nie jest w stanie przegrać.
Tymczasem istnieje oczywiście jeszcze jedna alternatywa, którą jest zachowywanie świadomości, iż umiejętność rozpoznania tandety i odczuwanie w kontakcie z nią dyskomfortu świadczy o istnieniu ponadczasowych standardów jakości. Mając tę świadomość, można następnie zidentyfikować rozmaite powstałe na przestrzeni dziejów wzorcowe przejawy owych standardów i trwać przy nich jak przy niezniszczalnej opoce, przyjmując rolę strażników i beneficjentów ich niezawodnie pokrzepiającego wpływu.
Innymi słowy, cytując klasyka nad klasykami, poza uleganiem światu i uciekaniem od niego można też być w świecie, ale nie ze świata. Tylko wówczas, łącząc zdystansowaną wstrzemięźliwość i asertywną odwagę, można zachować wewnętrzną wolność i wewnętrzny pokój, a nawet promieniować nimi na zewnątrz, choćby zewnętrze wydawało się w tym kontekście zupełnie nieobiecujące. Tylko wówczas można mieć bowiem pewność, że stanęło się po jedynej stronie, która nie jest w stanie przegrać.
Tuesday, September 26, 2023
Prawda jako synteza wszystkich cnót kardynalnych
O ile rozmaite prawdy szczegółowe można na ogół oddzielać od przekłamań wskutek samodzielnego przeprowadzenia stosownych procesów dedukcyjnych bądź przyjrzenia się odnośnym faktom, niezłomne trzymanie się prawd ogólnych - i zabezpieczenie ich przed naporem mnóstwa partykularnych bałamuctw - wymaga przyjęcia odpowiedniej postawy normatywnej. Ściślej rzecz ujmując, niezbędne jest w tym kontekście niewzruszone trwanie przy klasycznej tetradzie cnót (roztropności, sprawiedliwości, wstrzemięźliwości i męstwie) i odrzucanie wszystkich komunikatów, które ewidentnie urągają którejkolwiek z nich.
Po pierwsze zatem należy odnosić się nieufnie do wszystkich obwieszczeń obliczonych na sianie paniki, wzbudzanie histerii i bezzwłoczne podporządkowywanie się owczemu pędowi, a więc obwieszczeń ukierunkowanych na to wszystko, co uwłacza roztropnemu badaniu konkretnych narracji. Znakomitym przykładem jest tu cała hipochondryczna propaganda, z którą mieliśmy do czynienia w czasie trwania niedawnego festiwalu chińskiej grypy, a która zniknęła w pewnym momencie tak szybko, jak szybko wcześniej się pojawiła.
Po drugie trzeba zachowywać sceptyczny dystans wobec wszelkich sugestii, które próbują podkopać ustalony porządek sprawiedliwych stosunków własnościowych i zasłużonych życiowych możliwości, upatrując w nich źródła domniemanych "systemowych zagrożeń". Sztandarową ilustracją jest tu coraz bardziej bezczelna agitacja insynuująca, że rewolucyjnego przeobrażenia ludzkiego życia wymaga groźba rzekomej "katastrofy klimatycznej" - agitacja, warto dodać, uprawiana najbardziej natrętnie przez ideowych (a nieraz i biologicznych) potomków tych, którzy onegdaj próbowali już wszczynać rozmaite przeobrażeniowe rewolucje ze skutkami jak najbardziej realnie katastrofalnymi.
Po trzecie należy opierać się otumaniającemu wpływowi wszelkich deklaracji skłaniających do spoczęcia na laurach i przyjęcia, że tym razem można wreszcie stworzyć "raj na ziemi" i umożliwić ludzkości trwałe otrzymywanie czegoś za nic. Do tej kategorii przynależą dziś, rzecz jasna, przede wszystkim groteskowe opowiastki o "sztucznej inteligencji" czy "technologicznej osobliwości" automatyzującej wszelkie procesy produkcyjne i oferującej ludzkości cyfrowy róg Amaltei w postaci "uniwersalnego bezwarunkowego dochodu". Ten rodzaj szachrajstw, atakując cnotę wstrzemięźliwości i wynikającą z niej zasadę odroczonej gratyfikacji, nie tyle straszy, co znieczula, paradując na ogół w kostiumie domniemanego rozwiązania problemów zawartych w szachrajstwach dwóch poprzednich rodzajów.
Wspólnym mianownikiem wszystkich powyższych typów bałamuctw jest wreszcie próba całkowitego pozbawienia człowieka cnoty męstwa, czyli intelektualnej, moralnej i duchowej samodzielności w korzystaniu z rzeczywistości i zmaganiu się z nią. W miejsce owej cnoty rzeczone blagi mają do zaproponowania wyłącznie zdanie się na łaskę rozmaitych samozwańczych "ekspertów", "filantropów" czy technokratycznych automatyzmów, czyli nie tyle utratę osobistej godności pod orwellowskim butem, co sprzedanie jej za trzydzieści judaszowych nawet nie srebrników, ale wirtualnych talonów.
Podsumowując, trwanie w Prawdzie przez największe P to zadanie tyleż intelektualne, co moralne, i tyleż analityczne, co charakterologiczne. Biorąc zaś pod uwagę, że zasadniczo nie sposób dziś uniknąć bezustannego i wszechobecnego bombardowania tym wszystkim, co Prawdą nie jest, jest to zadanie, od którego nie można się dziś wymigać nie skazując się na natychmiastową poznawczą klęskę. Innymi słowy, można dziś aspirować do bycia Sokratesem albo skazywać się na bycie Faustem, ale nie sposób być już Piłatem.
Po pierwsze zatem należy odnosić się nieufnie do wszystkich obwieszczeń obliczonych na sianie paniki, wzbudzanie histerii i bezzwłoczne podporządkowywanie się owczemu pędowi, a więc obwieszczeń ukierunkowanych na to wszystko, co uwłacza roztropnemu badaniu konkretnych narracji. Znakomitym przykładem jest tu cała hipochondryczna propaganda, z którą mieliśmy do czynienia w czasie trwania niedawnego festiwalu chińskiej grypy, a która zniknęła w pewnym momencie tak szybko, jak szybko wcześniej się pojawiła.
Po drugie trzeba zachowywać sceptyczny dystans wobec wszelkich sugestii, które próbują podkopać ustalony porządek sprawiedliwych stosunków własnościowych i zasłużonych życiowych możliwości, upatrując w nich źródła domniemanych "systemowych zagrożeń". Sztandarową ilustracją jest tu coraz bardziej bezczelna agitacja insynuująca, że rewolucyjnego przeobrażenia ludzkiego życia wymaga groźba rzekomej "katastrofy klimatycznej" - agitacja, warto dodać, uprawiana najbardziej natrętnie przez ideowych (a nieraz i biologicznych) potomków tych, którzy onegdaj próbowali już wszczynać rozmaite przeobrażeniowe rewolucje ze skutkami jak najbardziej realnie katastrofalnymi.
Po trzecie należy opierać się otumaniającemu wpływowi wszelkich deklaracji skłaniających do spoczęcia na laurach i przyjęcia, że tym razem można wreszcie stworzyć "raj na ziemi" i umożliwić ludzkości trwałe otrzymywanie czegoś za nic. Do tej kategorii przynależą dziś, rzecz jasna, przede wszystkim groteskowe opowiastki o "sztucznej inteligencji" czy "technologicznej osobliwości" automatyzującej wszelkie procesy produkcyjne i oferującej ludzkości cyfrowy róg Amaltei w postaci "uniwersalnego bezwarunkowego dochodu". Ten rodzaj szachrajstw, atakując cnotę wstrzemięźliwości i wynikającą z niej zasadę odroczonej gratyfikacji, nie tyle straszy, co znieczula, paradując na ogół w kostiumie domniemanego rozwiązania problemów zawartych w szachrajstwach dwóch poprzednich rodzajów.
Wspólnym mianownikiem wszystkich powyższych typów bałamuctw jest wreszcie próba całkowitego pozbawienia człowieka cnoty męstwa, czyli intelektualnej, moralnej i duchowej samodzielności w korzystaniu z rzeczywistości i zmaganiu się z nią. W miejsce owej cnoty rzeczone blagi mają do zaproponowania wyłącznie zdanie się na łaskę rozmaitych samozwańczych "ekspertów", "filantropów" czy technokratycznych automatyzmów, czyli nie tyle utratę osobistej godności pod orwellowskim butem, co sprzedanie jej za trzydzieści judaszowych nawet nie srebrników, ale wirtualnych talonów.
Podsumowując, trwanie w Prawdzie przez największe P to zadanie tyleż intelektualne, co moralne, i tyleż analityczne, co charakterologiczne. Biorąc zaś pod uwagę, że zasadniczo nie sposób dziś uniknąć bezustannego i wszechobecnego bombardowania tym wszystkim, co Prawdą nie jest, jest to zadanie, od którego nie można się dziś wymigać nie skazując się na natychmiastową poznawczą klęskę. Innymi słowy, można dziś aspirować do bycia Sokratesem albo skazywać się na bycie Faustem, ale nie sposób być już Piłatem.
Labels:
cnoty,
godność,
męstwo,
prawda,
roztropność,
sprawiedliwość,
wstrzemięźliwość
Wednesday, September 20, 2023
Tryumf hipisów i kontrkultura zdrowego rozumu
Absolutną słuszność mieli ci, którzy kilkadziesiąt lat temu twierdzili, że hipisi - jeśli pozostaną wierni swojej ideologii - niezawodnie doprowadzą świat do ruiny. Stosunkowo niewielu zdawało sobie jednak sprawę, że zdołają to oni uczynić nie jako narkotycznie odurzone "dzieci kwiaty" czy zachodni "pożyteczni idioci", tylko jako najbardziej wytrwali i zajadli instytucjonalni infiltratorzy, jakich kiedykolwiek widział świat.
Innymi słowy, stosunkowo niewielu zdawało sobie sprawę, że przerażający tryumf hipisów objawi się w pełnej krasie nie w bezpośrednim następstwie "rewolucji obyczajowej" lat 60-tych, tylko kilkadziesiąt lat później, gdy globalne społeczeństwo ocknie się nagle w świecie, w którym kontrkulturą jest nie agitowanie za "wolną miłością" i snucie fantazji o "Erze Wodnika", tylko komunikowanie choćby najprostszych prawd w sposób niezanieczyszczony różnorodnościowo-inkluzywistyczno-zrównoważonorozwojową politgramotą.
Pozostaje zatem, po zdaniu sobie sprawy, że przez kilkadziesiąt lat mówiło się coraz bardziej upupiającą prozą (albo przynajmniej w odrętwieniu słuchało się, jak taką prozą mówił otaczający świat), zacząć w końcu mówić otrzeźwiającą i dosadną poezją, choćby taką jak: "Niechaj więc mowa wasza będzie: tak – tak, nie – nie". Wszakże od tego, czy język pozostanie na tyle giętki, by powiedzieć wszystko, co pomyśli głowa, zależy ostatecznie to, czy się tej głowy na własne życzenie bezpowrotnie nie straci.
Innymi słowy, stosunkowo niewielu zdawało sobie sprawę, że przerażający tryumf hipisów objawi się w pełnej krasie nie w bezpośrednim następstwie "rewolucji obyczajowej" lat 60-tych, tylko kilkadziesiąt lat później, gdy globalne społeczeństwo ocknie się nagle w świecie, w którym kontrkulturą jest nie agitowanie za "wolną miłością" i snucie fantazji o "Erze Wodnika", tylko komunikowanie choćby najprostszych prawd w sposób niezanieczyszczony różnorodnościowo-inkluzywistyczno-zrównoważonorozwojową politgramotą.
Pozostaje zatem, po zdaniu sobie sprawy, że przez kilkadziesiąt lat mówiło się coraz bardziej upupiającą prozą (albo przynajmniej w odrętwieniu słuchało się, jak taką prozą mówił otaczający świat), zacząć w końcu mówić otrzeźwiającą i dosadną poezją, choćby taką jak: "Niechaj więc mowa wasza będzie: tak – tak, nie – nie". Wszakże od tego, czy język pozostanie na tyle giętki, by powiedzieć wszystko, co pomyśli głowa, zależy ostatecznie to, czy się tej głowy na własne życzenie bezpowrotnie nie straci.
Labels:
kontrkultura,
kontrrewolucja,
normalność,
rewolucja,
rozum
Saturday, September 9, 2023
Austrian Economics vs. CBDC, ESG, UBI, and Other Newfangled Socioeconomic Gimmicks
The Austrian school – on account of the logical, deductive character of its theories and their realistic applicability to the actual economy – is the only economic tradition that consciously aspires to the discovery of timeless, universally relevant truths that govern the realm of human action. Thus, it should come as no surprise that its analytical apparatus is naturally suitable for the evaluation of all the recent newfangled socioeconomic phenomena.
For example, in view of its reflection about the logical essence of the sound means of exchange, the Austrian school sends serious warning signals regarding the notorious concept of CBDCs (central bank digital currencies). More specifically, it points out that CBDC is nothing else but fiat money on steroids, which allows for an unprecedented redistribution of monetary purchasing power in the direction of special interest groups, as well as for immediate monetization of public debt. Worse still, the establishment of a global CBDC platform would be a major step in the direction of eliminating currency competition, which, as the Austrians suggest, is the best among imperfect anti-inflationary buffers in a world deprived of market-chosen money.
Successful implementation of CBCDs would lethally infect the lifeblood of the global economy, causing unprecedentedly ruinous business cycles, endlessly distorted monetary calculation, and eventually a worldwide disintegration of indirect exchange. Nothing should be less surprising, especially to the Austrians, since the abovementioned situation would be the exact opposite of the monetary stability and predictability afforded by the classical gold standard.
Similarly, in light of its considerations on the crucial role of economic calculation in the process of rational allocation of resources, the Austrians are naturally wary of the aggressively pushed “ESG standards”. This is because these standards, while parading around in the costume of “good business practices”, are a major factor that disrupts business calculation with arbitrary, ideologically charged obstructions manufactured by the global bureaucratic-corporate oligarchy. As such, far from being a form of genuine social capital that builds trust on the part of customers, they are a potent source of ideological confusion and bureaucratic uniformization that hamper the process of generating authentic goodwill by socially proactive companies.
Nevertheless, the ubiquity of such arbitrary pseudo-market standards can plunge the economy into an abyss of legal uncertainty, especially if some political regimes decide to enforce them as part of their “sustainable development” agenda. And it is precisely in such scenarios, as the Austrian school stresses repeatedly, that the entrepreneurial capacity for long-term planning becomes particularly hobbled.
Finally, so-called UBI (“universal basic income”) is easily identified by the Austrians as the most comprehensive and audacious form of Frederic Bastiat’s “great fiction through which everybody endeavors to live at the expense of everybody” - i.e., the ultimate incarnation of universal parasitism. More specifically, given their sound reflection on the logic of human action and the resulting incentive structure, the Austrians realize full well that large-scale introduction of UBI would result in immediate capital consumption and catapult the global economy back to at least the preindustrial stage.
In other words, the Austrian school is uniquely positioned to point out that UBI-ism would be a singularly destructive form of communism, since classical Soviet-style communism, even though supremely wasteful, was at least committed to diligence rather than idleness. Thus, it unwittingly nourished the spirit of dedication which, when combined with the spirit of defiance, brought about its eventual collapse. However, nothing similar can be said about UBI-ism, which eliminates the spirit of defiance by promoting universal shiftlessness and indolence.
In view of all the preceding remarks, it becomes obvious that the convergence of all the abovementioned phenomena would be particularly capable of sealing the fate of the world economy. More specifically, what I mean here is a situation in which UBI would be paid out in CBDC to those who qualify in virtue of their total acceptance of the ESG agenda. Or, to put matters somewhat differently, a situation in which universal parasitism converges with completely cashless monetary totalitarianism and complete submission to contrived ideological whims.
It goes without saying that such a scenario would be utterly dysfunctional on so many levels and in so many aspects that it would descend into total economic and social chaos in a very short time. However, even if we can rightly regard it as a highly unrealistic or indeed outright absurd contingency, we might at the same time treat it as a hypothetical anti-ideal against which all conceivable forces of resistance – conceptual and practical, academic, and entrepreneurial, and individual and collective – should be proactively rallied. And when it comes to coordinating such forces of resistance and serving as their fail-safe intellectual guide, there is no better candidate than the scholarly edifice of the Austrian school.
[Reposted from Mises.org]
For example, in view of its reflection about the logical essence of the sound means of exchange, the Austrian school sends serious warning signals regarding the notorious concept of CBDCs (central bank digital currencies). More specifically, it points out that CBDC is nothing else but fiat money on steroids, which allows for an unprecedented redistribution of monetary purchasing power in the direction of special interest groups, as well as for immediate monetization of public debt. Worse still, the establishment of a global CBDC platform would be a major step in the direction of eliminating currency competition, which, as the Austrians suggest, is the best among imperfect anti-inflationary buffers in a world deprived of market-chosen money.
Successful implementation of CBCDs would lethally infect the lifeblood of the global economy, causing unprecedentedly ruinous business cycles, endlessly distorted monetary calculation, and eventually a worldwide disintegration of indirect exchange. Nothing should be less surprising, especially to the Austrians, since the abovementioned situation would be the exact opposite of the monetary stability and predictability afforded by the classical gold standard.
Similarly, in light of its considerations on the crucial role of economic calculation in the process of rational allocation of resources, the Austrians are naturally wary of the aggressively pushed “ESG standards”. This is because these standards, while parading around in the costume of “good business practices”, are a major factor that disrupts business calculation with arbitrary, ideologically charged obstructions manufactured by the global bureaucratic-corporate oligarchy. As such, far from being a form of genuine social capital that builds trust on the part of customers, they are a potent source of ideological confusion and bureaucratic uniformization that hamper the process of generating authentic goodwill by socially proactive companies.
Nevertheless, the ubiquity of such arbitrary pseudo-market standards can plunge the economy into an abyss of legal uncertainty, especially if some political regimes decide to enforce them as part of their “sustainable development” agenda. And it is precisely in such scenarios, as the Austrian school stresses repeatedly, that the entrepreneurial capacity for long-term planning becomes particularly hobbled.
Finally, so-called UBI (“universal basic income”) is easily identified by the Austrians as the most comprehensive and audacious form of Frederic Bastiat’s “great fiction through which everybody endeavors to live at the expense of everybody” - i.e., the ultimate incarnation of universal parasitism. More specifically, given their sound reflection on the logic of human action and the resulting incentive structure, the Austrians realize full well that large-scale introduction of UBI would result in immediate capital consumption and catapult the global economy back to at least the preindustrial stage.
In other words, the Austrian school is uniquely positioned to point out that UBI-ism would be a singularly destructive form of communism, since classical Soviet-style communism, even though supremely wasteful, was at least committed to diligence rather than idleness. Thus, it unwittingly nourished the spirit of dedication which, when combined with the spirit of defiance, brought about its eventual collapse. However, nothing similar can be said about UBI-ism, which eliminates the spirit of defiance by promoting universal shiftlessness and indolence.
In view of all the preceding remarks, it becomes obvious that the convergence of all the abovementioned phenomena would be particularly capable of sealing the fate of the world economy. More specifically, what I mean here is a situation in which UBI would be paid out in CBDC to those who qualify in virtue of their total acceptance of the ESG agenda. Or, to put matters somewhat differently, a situation in which universal parasitism converges with completely cashless monetary totalitarianism and complete submission to contrived ideological whims.
It goes without saying that such a scenario would be utterly dysfunctional on so many levels and in so many aspects that it would descend into total economic and social chaos in a very short time. However, even if we can rightly regard it as a highly unrealistic or indeed outright absurd contingency, we might at the same time treat it as a hypothetical anti-ideal against which all conceivable forces of resistance – conceptual and practical, academic, and entrepreneurial, and individual and collective – should be proactively rallied. And when it comes to coordinating such forces of resistance and serving as their fail-safe intellectual guide, there is no better candidate than the scholarly edifice of the Austrian school.
[Reposted from Mises.org]
Subscribe to:
Posts (Atom)