Tuesday, August 12, 2014
Wolność osobista a sprawy kulturowe i obyczajowe
Organizacje zajmujące się krzewieniem szacunku dla wolności osobistej nie powinny wikłać się w popieranie bądź potępianie jakichkolwiek kwestii natury czysto kulturowej czy obyczajowej. Tego rodzaju uwikłanie niemal zawsze grozi 1) zniechęceniem do siebie osób i organizacji, którym bliska jest idea wolności osobistej, ale którym obce są pewne poglądy obyczajowe 2) przyciągnięciem ku sobie osób i organizacji, którym bliskie są pewne poglądy obyczajowe, ale którym obca jest idea wolności osobistej 3) zaciemnieniem niezwykle istotnego faktu, że cały urok i unikatowość wolności osobistej zawiera się w tym, że szacunek wobec niej pozwala na pokojowe współżycie i pokojową współpracę osób o różnych, a czasem nawet przeciwstawnych poglądach obyczajowych.
Monday, August 11, 2014
O jedynym prawdziwym dobru publicznym
Wolny rynek jest jedynym prawdziwym dobrem publicznym, gdyż, będąc sumą dobrowolnych transakcji międzyludzkich, jest on jedynym dobrem, którego powstanie i istnienie spełnia kryterium ściśle jednomyślnej, a tym samym autentycznie publicznej akceptacji.
Labels:
dobra publiczne,
dobrowolność,
ekonomia,
jednomyślność
Saturday, August 9, 2014
Trudności przyjmowania postawy libertariańskiej
Przyjęcie postawy libertariańskiej wymaga odporności na syndrom sztokholmski, odporności na libido dominandi, rozumienia pojęcia kosztów alternatywnych, myślenia w kategoriach niebezpośrednich, odległych i niezamierzonych konsekwencji, umiejętności uniwersalizacji reguł etycznych, i świadomego odrzucenia wszelkich form trybalizmu. Z czego wszystkie te cechy występują rzadko i są niezgodne z naszymi instynktownymi intuicjami.
Przyjęcie postawy etatystycznej wymaga podatności na syndrom sztokholmski, instynktownego posłuszeństwa wobec władzy, skupiania się przede wszystkim albo wyłącznie na tym, co widać w danej chwili, wiary w to, że intencje można stosunkowo łatwo przełożyć na pożądane konsekwencje, nieumiejętności poświęcenia wąsko rozumianego interesu własnego na rzecz moralności, i instynktownej akceptacji wszelkiego rodzaju tożsamości plemiennych. Z czego wszystkie te cechy są niemal uniwersalne i głęboko zakorzenione w naszym ewolucyjnym dziedzictwie.
W związku z powyższym sądzę, że intelektualne zmaganie libertarianizmu z etatyzmem jest przede wszystkim zmaganiem między niewygodną refleksją a wygodnym przyzwyczajeniem. Uczestnicząc więc w tym zmaganiu po stronie libertarianizmu, nie powinno się oczekiwać nagłych społecznych przeobrażeń, ale cierpliwie ufać w siłę rosnącej wiedzy i kulturowej ewolucji.
Przyjęcie postawy etatystycznej wymaga podatności na syndrom sztokholmski, instynktownego posłuszeństwa wobec władzy, skupiania się przede wszystkim albo wyłącznie na tym, co widać w danej chwili, wiary w to, że intencje można stosunkowo łatwo przełożyć na pożądane konsekwencje, nieumiejętności poświęcenia wąsko rozumianego interesu własnego na rzecz moralności, i instynktownej akceptacji wszelkiego rodzaju tożsamości plemiennych. Z czego wszystkie te cechy są niemal uniwersalne i głęboko zakorzenione w naszym ewolucyjnym dziedzictwie.
W związku z powyższym sądzę, że intelektualne zmaganie libertarianizmu z etatyzmem jest przede wszystkim zmaganiem między niewygodną refleksją a wygodnym przyzwyczajeniem. Uczestnicząc więc w tym zmaganiu po stronie libertarianizmu, nie powinno się oczekiwać nagłych społecznych przeobrażeń, ale cierpliwie ufać w siłę rosnącej wiedzy i kulturowej ewolucji.
Labels:
edukacja,
etatyzm,
ewolucja,
libertarianizm,
psychologia,
syndrom sztokholmski
Wednesday, August 6, 2014
O różnych uzasadnieniach libertarianizmu
Wydaje się, że polskie środowisko libertariańskie jest dość mocno zaksjomatyzowane (a la Rothbard i Spooner). Sam lubię tego rodzaju racjonalistyczno-prawnonaturalne uzasadnienia teorii etycznych, ale myślę, że warto zawsze w tym kontekście pamiętać, że dla libertarianizmu istnieją też uzasadnienia m.in. utylitarne (Friedman junior i oczywiście sam Mises), eudajmonistyczne (Roderick Long), czy intuicjonistyczne (Michael Huemer). I co najważniejsze - nie są to stojące wobec siebie w opozycji konkurencyjne alternatywy, tylko stanowiska wzajemnie się uzupełniające i wzmacniające - ich wnioski są takie same, ale wiodące do nich różne drogi można ze sobą zestawić.
Innymi słowy - łamiący zasadę nieagresji nie tylko naruszają prawo naturalne i wikłają się w sprzeczności performatywne, ale też 1) uniemożliwiają bądź utrudniają jak największe bogacenie się wszystkich warstw społeczeństwa, 2) uniemożliwiają rozwój pozytywnych przymiotów charakteru (roztropność, sprawiedliwość, dobroczynność, itd.), a tym samym realizację klasycznie (arystotelesowsko) rozumianego szczęścia, i 3) działają wbrew najbardziej elementarnym intuicjom moralnym większości ludzi, odstępstwa od których najłatwiej wyjaśniać na bazie różnych iluzorycznych racjonalizacji, takich jak syndrom sztokholmski.
Myślę, że warto o tym pamiętać zwłaszcza w kontekście dyskusji z tymi, dla których uzasadnienia aksjomatyczne i prawnonaturalne okazują się zbyt abstrakcyjne i niezrozumiałe, albo zbyt filozoficznie kontrowersyjne.
Innymi słowy - łamiący zasadę nieagresji nie tylko naruszają prawo naturalne i wikłają się w sprzeczności performatywne, ale też 1) uniemożliwiają bądź utrudniają jak największe bogacenie się wszystkich warstw społeczeństwa, 2) uniemożliwiają rozwój pozytywnych przymiotów charakteru (roztropność, sprawiedliwość, dobroczynność, itd.), a tym samym realizację klasycznie (arystotelesowsko) rozumianego szczęścia, i 3) działają wbrew najbardziej elementarnym intuicjom moralnym większości ludzi, odstępstwa od których najłatwiej wyjaśniać na bazie różnych iluzorycznych racjonalizacji, takich jak syndrom sztokholmski.
Myślę, że warto o tym pamiętać zwłaszcza w kontekście dyskusji z tymi, dla których uzasadnienia aksjomatyczne i prawnonaturalne okazują się zbyt abstrakcyjne i niezrozumiałe, albo zbyt filozoficznie kontrowersyjne.
Labels:
etyka,
eudaimonia,
filozofia,
intuicjonizm,
libertarianizm,
prawo naturalne,
utylitaryzm
Demokracja a monarchia, czyli wybór między dżumą a cholerą
W pewnej części szeroko rozumianych polskich środowisk okołowolnościowych pokutuje wciąż przekonanie, że - z dwojga złego - w kontekście tworzenia atmosfery sprzyjającej swobodzie działania monarchia dziedziczna wypada stosunkowo korzystniej w porównaniu do demokracji (na ogół pojawia się w tym kontekście przykład Liechtensteinu).
Jest to opinia niebezpodstawna - najczęściej opiera się ona na argumencie z preferencji czasowej, mówiącym, że monarcha, w przeciwieństwie do demokratycznego zarządcy, ma możliwość poświęcania doraźnego przychodu podatkowego na rzecz zwiększania wartości kapitałowej posiadanych przez siebie aktywów (w tym monopolistycznego przywileju ściągania danin), co stwarza pewną szansę na to, że będzie on eksploatował kontrolowane przez siebie społeczeństwo w stopniu stosunkowo mniejszym niż demokratyczny zarządca, tym samym zachowując się nie jak krótkowzroczny pirat korporacyjny, tylko jak dalekowzroczny inwestor.
Jakkolwiek jest to argument spójny i logiczny, większość używających go osób - być może w ramach naturalnego, przekornego sprzeciwu wobec świeckiego bożka współczesności, jakim jest demokracja - nie dostrzega, że istnieją równie spójne i logiczne argumenty na rzecz konkluzji przeciwnej. Jeden z nich mówi np., że jako że monarcha ze swoją świtą jest przeważnie tańszy w utrzymaniu niż rozdęta demokratyczna biurokracja, tego pierwszego są w stanie zaspokoić daniny zbierane od członków nawet bardzo gospodarczo zacofanego społeczeństwa - innymi słowy, w przeciwieństwie do przedstawicieli demokratycznej biurokracji, to właśnie on może nie mieć żadnego ekonomicznie uzasadnionego powodu, żeby eksploatować społeczeństwo w na tyle niewielkim stopniu, by umożliwić mu stosunkowo swobodny rozwój i bogacenie się. Ponadto monarcha ma w stosunku do demokratycznych zarządców więcej do stracenia w przypadku wykształcenia się w społeczeństwie silnej klasy średniej, która - ośmielona swoją rosnącą zamożnością - mogłaby zażądać współudziału we władzy, a tym samym faktycznej likwidacji większości monarchicznych przywilejów.
Powyższe argumenty nie tyle dowodzą, że w omawianym kontekście to jednak demokracja pozostaje mniejszym złem, co sugerują, że spór o to, który z wyżej wymienionych etatystycznych ustrojów jest stosunkowo mniej szkodliwy dla wolności działania jest sporem jałowym w odniesieniu do kwestii tego, jak w konkretnych okolicznościach miejsca i czasu poszerzać zakres tej wolności. Innymi słowy, praktyczne działania mające na celu zmniejszanie (i docelową eliminację) etatyzmu nie powinny zakładać, że zamiana jednego rodzaju etatyzmu na inny jego rodzaj w sposób logicznie konieczny zmniejszanie to ułatwią.
PS. W podobnym duchu kilkukrotnie wypowiadał się już w tym temacie Jacek Sierpiński, myślę jednak, że warto od czasu do czasu do niego wracać, bo dość triumfalistyczne, a nie do końca w swoim triumfalizmie przemyślane inklinacje promonarchistyczne są wciąż w pewnej części szeroko rozumianych polskich środowisk okołowolnościowych obecne.
Jest to opinia niebezpodstawna - najczęściej opiera się ona na argumencie z preferencji czasowej, mówiącym, że monarcha, w przeciwieństwie do demokratycznego zarządcy, ma możliwość poświęcania doraźnego przychodu podatkowego na rzecz zwiększania wartości kapitałowej posiadanych przez siebie aktywów (w tym monopolistycznego przywileju ściągania danin), co stwarza pewną szansę na to, że będzie on eksploatował kontrolowane przez siebie społeczeństwo w stopniu stosunkowo mniejszym niż demokratyczny zarządca, tym samym zachowując się nie jak krótkowzroczny pirat korporacyjny, tylko jak dalekowzroczny inwestor.
Jakkolwiek jest to argument spójny i logiczny, większość używających go osób - być może w ramach naturalnego, przekornego sprzeciwu wobec świeckiego bożka współczesności, jakim jest demokracja - nie dostrzega, że istnieją równie spójne i logiczne argumenty na rzecz konkluzji przeciwnej. Jeden z nich mówi np., że jako że monarcha ze swoją świtą jest przeważnie tańszy w utrzymaniu niż rozdęta demokratyczna biurokracja, tego pierwszego są w stanie zaspokoić daniny zbierane od członków nawet bardzo gospodarczo zacofanego społeczeństwa - innymi słowy, w przeciwieństwie do przedstawicieli demokratycznej biurokracji, to właśnie on może nie mieć żadnego ekonomicznie uzasadnionego powodu, żeby eksploatować społeczeństwo w na tyle niewielkim stopniu, by umożliwić mu stosunkowo swobodny rozwój i bogacenie się. Ponadto monarcha ma w stosunku do demokratycznych zarządców więcej do stracenia w przypadku wykształcenia się w społeczeństwie silnej klasy średniej, która - ośmielona swoją rosnącą zamożnością - mogłaby zażądać współudziału we władzy, a tym samym faktycznej likwidacji większości monarchicznych przywilejów.
Powyższe argumenty nie tyle dowodzą, że w omawianym kontekście to jednak demokracja pozostaje mniejszym złem, co sugerują, że spór o to, który z wyżej wymienionych etatystycznych ustrojów jest stosunkowo mniej szkodliwy dla wolności działania jest sporem jałowym w odniesieniu do kwestii tego, jak w konkretnych okolicznościach miejsca i czasu poszerzać zakres tej wolności. Innymi słowy, praktyczne działania mające na celu zmniejszanie (i docelową eliminację) etatyzmu nie powinny zakładać, że zamiana jednego rodzaju etatyzmu na inny jego rodzaj w sposób logicznie konieczny zmniejszanie to ułatwią.
PS. W podobnym duchu kilkukrotnie wypowiadał się już w tym temacie Jacek Sierpiński, myślę jednak, że warto od czasu do czasu do niego wracać, bo dość triumfalistyczne, a nie do końca w swoim triumfalizmie przemyślane inklinacje promonarchistyczne są wciąż w pewnej części szeroko rozumianych polskich środowisk okołowolnościowych obecne.
Monday, August 4, 2014
O prywatnej dobroczynności i "pomocy społecznej"
W dobrowolnym systemie prywatnej dobroczynności:
1. Produktywni i bogaci są jeszcze bogatsi, a więc mogą przeznaczyć na dobroczynność więcej zasobów.
2. Produktywni, ale ubodzy też są bogatsi, a więc w mniejszym stopniu korzystają z dobroczynności, tym samym pozostawiając więcej zasobów dla mimowolnie nieproduktywnych i ubogich.
3. Wszystkie produktywne jednostki, będąc w stanie zachować dla siebie całość owoców swojej pracy, a tym samym czując, że ich wolność i godność są autentycznie respektowane, mają nie tylko środki, ale też, co ważniejsze, autentyczną motywację do tego, żeby angażować się w dobroczynność.
4. Dobrowolnie nieproduktywni i ubodzy, wiedząc, że nie mają prawa żyć cudzym kosztem, mają silną motywację do tego, żeby dołączyć do produktywnych, tym samym pozostawiając więcej zasobów dla mimowolnie nieproduktywnych i ubogich.
Podsumowując, w dobrowolnym systemie prywatnej dobroczynności jest mniej ubóstwa, zarówno mimowolnego jak i dobrowolnego, oraz więcej środków do jego przezwyciężania.
W etatystycznym systemie "pomocy społecznej":
1. Produktywni i bogaci są ubożsi, a więc mogą przeznaczyć mniej zasobów na "pomoc społeczną", a co dopiero na prywatną dobroczynność.
2. Produktywni, ale ubodzy są jeszcze ubożsi, a więc w większym stopniu korzystają z "pomocy społecznej", tym samym pozostawiając mniej zasobów dla mimowolnie nieproduktywnych i ubogich.
3. Wszystkie produktywne jednostki, będąc regularnie wywłaszczanymi z dużej części owoców swojej pracy, a tym samym czując, że są traktowane jak niewolnicy albo dojne krowy, nie mają nie tylko niemal żadnych środków, ale też, co ważniejsze, niemal żadnej motywacji do tego, żeby utrzymywać system "pomocy społecznej", a co dopiero do tego, żeby angażować się w prywatną dobroczynność, w skrajnych zaś przypadkach nawet do tego, żeby pozostawać produktywnymi.
4. Dobrowolnie nieproduktywni i ubodzy, wierząc, że mają prawo żyć cudzym kosztem, mają silną motywację do tego, żeby pozostawać nieproduktywnymi, tym samym pozostawiając mniej zasobów dla mimowolnie nieproduktywnych i ubogich.
Podsumowując, w etatystycznym systemie "pomocy społecznej" jest więcej ubóstwa, zarówno mimowolnego jak i dobrowolnego, oraz mniej środków do jego przezwyciężania.
Wybierz rozsądnie.
1. Produktywni i bogaci są jeszcze bogatsi, a więc mogą przeznaczyć na dobroczynność więcej zasobów.
2. Produktywni, ale ubodzy też są bogatsi, a więc w mniejszym stopniu korzystają z dobroczynności, tym samym pozostawiając więcej zasobów dla mimowolnie nieproduktywnych i ubogich.
3. Wszystkie produktywne jednostki, będąc w stanie zachować dla siebie całość owoców swojej pracy, a tym samym czując, że ich wolność i godność są autentycznie respektowane, mają nie tylko środki, ale też, co ważniejsze, autentyczną motywację do tego, żeby angażować się w dobroczynność.
4. Dobrowolnie nieproduktywni i ubodzy, wiedząc, że nie mają prawa żyć cudzym kosztem, mają silną motywację do tego, żeby dołączyć do produktywnych, tym samym pozostawiając więcej zasobów dla mimowolnie nieproduktywnych i ubogich.
Podsumowując, w dobrowolnym systemie prywatnej dobroczynności jest mniej ubóstwa, zarówno mimowolnego jak i dobrowolnego, oraz więcej środków do jego przezwyciężania.
W etatystycznym systemie "pomocy społecznej":
1. Produktywni i bogaci są ubożsi, a więc mogą przeznaczyć mniej zasobów na "pomoc społeczną", a co dopiero na prywatną dobroczynność.
2. Produktywni, ale ubodzy są jeszcze ubożsi, a więc w większym stopniu korzystają z "pomocy społecznej", tym samym pozostawiając mniej zasobów dla mimowolnie nieproduktywnych i ubogich.
3. Wszystkie produktywne jednostki, będąc regularnie wywłaszczanymi z dużej części owoców swojej pracy, a tym samym czując, że są traktowane jak niewolnicy albo dojne krowy, nie mają nie tylko niemal żadnych środków, ale też, co ważniejsze, niemal żadnej motywacji do tego, żeby utrzymywać system "pomocy społecznej", a co dopiero do tego, żeby angażować się w prywatną dobroczynność, w skrajnych zaś przypadkach nawet do tego, żeby pozostawać produktywnymi.
4. Dobrowolnie nieproduktywni i ubodzy, wierząc, że mają prawo żyć cudzym kosztem, mają silną motywację do tego, żeby pozostawać nieproduktywnymi, tym samym pozostawiając mniej zasobów dla mimowolnie nieproduktywnych i ubogich.
Podsumowując, w etatystycznym systemie "pomocy społecznej" jest więcej ubóstwa, zarówno mimowolnego jak i dobrowolnego, oraz mniej środków do jego przezwyciężania.
Wybierz rozsądnie.
Labels:
charytatywność,
dobroczynność,
etatyzm,
społeczeństwo,
wolność
Sunday, August 3, 2014
Libertarianizm, Komunizm i Realizm
Niektórzy uważają, że istnieje analogia między komunistami twierdzącymi, że "prawdziwy komunizm" nie zdegenerowałby się w sowiecki totalitaryzm a libertarianami twierdzącymi, że "prawdziwy wolnorynkowy libertarianizm" nie zdegenerowałby się w korporacyjny etatyzm, analogia rzekomo ukazująca, iż obie wyżej wymienione grupy mają równie nierealistyczne oczekiwania.
W rzeczywistości istnieje jednak zasadnicza różnica między twierdzeniami obu tych grup. "Prawdziwy komunizm" rozumiany jako racjonalny gospodarczo porządek społeczny jest logiczną niemożliwością - formą społeczeństwa, w którym logicznie niemożliwe staje się przeprowadzenie alokacji dostępnych zasobów zgodnie z ich najbardziej wartościowymi zastosowaniami, co wynika ze zniknięcia rynkowego systemu cen odzwierciedlającego wybory suwerennych konsumentów i oczekiwania przedsiębiorców co do ich przyszłego kształtu. Tymczasem "prawdziwy wolnorynkowy libertarianizm" jest jedynie psychologicznie trudny do stworzenia - podobnie jak doprowadzenie do zniesienia niewolnictwa było trudne z uwagi na to, jak szeroką akceptacją cieszyła się ta instytucja, tak jeszcze trudniejsze jest przekonanie większości osób do odrzucenia syndromu sztokholmskiego i etnicznego trybalizmu, które podtrzymują przy życiu terytorialne monopole przemocy korumpujące przedsiębiorców subsydiami, monopolistycznymi przywilejami, opartą na pustym pieniądzu ekspansją kredytową, itp.
Innymi słowy, próby stworzenia "prawdziwego komunizmu" są jak próby dokonania kwadratury koła - są one oparte nie tylko na nierealistycznych oczekiwaniach, ale również na fundamentalnych błędach logicznych. Tymczasem próby stworzenia "prawdziwego wolnorynkowego libertarianizmu" to tylko i aż próby znacznego zwiększenia wiedzy ekonomicznej i świadomości moralnej większości osób. Mowa tu więc o różnicy między trudnością a niemożliwością, a jest to w tym kontekście różnica naprawdę istotna.
W rzeczywistości istnieje jednak zasadnicza różnica między twierdzeniami obu tych grup. "Prawdziwy komunizm" rozumiany jako racjonalny gospodarczo porządek społeczny jest logiczną niemożliwością - formą społeczeństwa, w którym logicznie niemożliwe staje się przeprowadzenie alokacji dostępnych zasobów zgodnie z ich najbardziej wartościowymi zastosowaniami, co wynika ze zniknięcia rynkowego systemu cen odzwierciedlającego wybory suwerennych konsumentów i oczekiwania przedsiębiorców co do ich przyszłego kształtu. Tymczasem "prawdziwy wolnorynkowy libertarianizm" jest jedynie psychologicznie trudny do stworzenia - podobnie jak doprowadzenie do zniesienia niewolnictwa było trudne z uwagi na to, jak szeroką akceptacją cieszyła się ta instytucja, tak jeszcze trudniejsze jest przekonanie większości osób do odrzucenia syndromu sztokholmskiego i etnicznego trybalizmu, które podtrzymują przy życiu terytorialne monopole przemocy korumpujące przedsiębiorców subsydiami, monopolistycznymi przywilejami, opartą na pustym pieniądzu ekspansją kredytową, itp.
Innymi słowy, próby stworzenia "prawdziwego komunizmu" są jak próby dokonania kwadratury koła - są one oparte nie tylko na nierealistycznych oczekiwaniach, ale również na fundamentalnych błędach logicznych. Tymczasem próby stworzenia "prawdziwego wolnorynkowego libertarianizmu" to tylko i aż próby znacznego zwiększenia wiedzy ekonomicznej i świadomości moralnej większości osób. Mowa tu więc o różnicy między trudnością a niemożliwością, a jest to w tym kontekście różnica naprawdę istotna.
Subscribe to:
Posts (Atom)