Dość nieoczywistym dowodem na to, że w większości ludzi ciągle przynajmniej tli się dobra (choć skażona) natura, jest powszechne wciąż niedowierzanie, iż samozwańcze "elity" globalnych decydentów mogą być tak skrajnie, wręcz karykaturalnie złe i wynaturzone.
Otóż rzecz nie powinna być zaskakująca dla nikogo, kto pojmuje duchowy kształt obecnego świata, który jasno opisuje choćby 10-ty ustęp 6-go rozdziału Listu do Efezjan czy też 3-ci ustęp 4-go rozdziału 2-go Listu do Koryntian. Obecnie nadarza się więc znakomita okazja, by tę wiedzę sobie przypomnieć i utrwalić, lub też może zdobyć ją dopiero po raz pierwszy.
Jest ona bowiem kluczowa w zakresie ożywiania i hartowania w sobie wyżej wspomnianej dobrej natury, a tym samym wydobywania się z "matriksa", który został z wyrachowaniem zbudowany przez rzeczonych "globalnych decydentów" oraz ich mniej lub bardziej świadomych służących.
Wydobywszy się zaś z niego, można jasno zdać sobie sprawę, że tej skali zdeprawowania mającego na podorędziu wszelkie środki i wpływy może się skutecznie przeciwstawić wyłącznie niezłomny front tych, którzy całkowicie dosłownie traktują powołanie do "bycia doskonałymi, jak doskonały jest Ojciec nasz niebieski". Oby więc, w konfrontacji z tak wyrazistym obnażeniem natury i natężenia toczącej się duchowej walki, front ten zaczął rosnąć w tempie prawdziwie wykładniczym.
Wednesday, February 4, 2026
Monday, February 2, 2026
"Osuszanie bagna" jako operacja psychologiczna
Treść kolejnej porcji "korespondencji z Wysp Dziewiczych" nie powinna zaskakiwać nikogo, kto miał już wcześniej baczenie na naturę wzmiankowanego w niej towarzystwa. Niemniej warto wspomnieć w tym kontekście o tym, jak łatwo system zawiadywany przez owe odrażające figury przedłuża swoje istnienie wodząc masy za nos perspektywą "osuszenia bagna" przez tego bądź innego domniemanego "rycerza na białym koniu".
Kluczowym przykładem jest tu niesławny "ruch Q", który od samego początku nosił znamiona typowej agenturalnej operacji psychologicznej. Owe operacje psychologiczne mają bowiem to do siebie, że najpierw bulwersują społeczeństwo wybiórczym ujawnianiem prawdy, a potem je pacyfikują fałszywymi obietnicami rozwiązania problemu. I tak doniesienia o tym, że globalny system znajduje się w rękach szajki diabolicznych dewiantów, były prawdziwe (o czym zresztą można było domniemywać już na długo wcześniej), ale stwierdzenie, że pomarańczowe indywiduum jest Wallenrodem, któremu nie należy przeszkadzać w naprawianiu systemu od wewnątrz, było oczywistym pacyfikacyjnym fałszem.
W dobie Internetu tego rodzaju przedsięwzięcia są naturalnym przedłużeniem zwyczajnej partyjno-wyborczej zasady "dziel i rządź", zwłaszcza jeśli system znajduje się już w schyłkowej fazie gnilnej. Należy mieć zatem nadzieję, że tak obfita dokumentacja faktu, iż wszelcy celebryccy "Wallenrodowie" są w rzeczywistości wiernymi "członkami klubu", ostatecznie przekona masy, że tak zgangrenowanego "porządku świata" nie da się w żaden sposób uzdrowić. Trzeba zamiast tego - jak to ma miejsce w kontakcie z terminalnie zakażonym organizmem - jak najściślej się od niego odciąć, podkreślając konsekwentnie, że nie chce się żadnych fruktów od jakichkolwiek "globalnych ośrodków wpływu" ani też od ich lokalnych wasali.
Jest to jedyny sposób, żeby z jednej strony ukrócić pasożytnicze możliwości owego organizmu, a z drugiej strony odzyskać zdolności organizacyjne w tych wymiarach i na tych płaszczyznach, gdzie faktycznie mogą one zabezpieczać ludzką wolność i godność - tzn. w obrębie rodzin, lokalnych wspólnot, klubów samopomocy czy politycznie niezależnych fundacji oraz związków wyznaniowych. Tylko tyle i aż tyle pozostało ludziom dobrej woli w tak duchowo zdegradowanym świecie, w jakim obecnie się znajdujemy, i tylko idąc tą drogą można liczyć na wyjście obronną ręką z okresu dotkliwego oczyszczenia, które nieuchronnie musi się dokonać.
Kluczowym przykładem jest tu niesławny "ruch Q", który od samego początku nosił znamiona typowej agenturalnej operacji psychologicznej. Owe operacje psychologiczne mają bowiem to do siebie, że najpierw bulwersują społeczeństwo wybiórczym ujawnianiem prawdy, a potem je pacyfikują fałszywymi obietnicami rozwiązania problemu. I tak doniesienia o tym, że globalny system znajduje się w rękach szajki diabolicznych dewiantów, były prawdziwe (o czym zresztą można było domniemywać już na długo wcześniej), ale stwierdzenie, że pomarańczowe indywiduum jest Wallenrodem, któremu nie należy przeszkadzać w naprawianiu systemu od wewnątrz, było oczywistym pacyfikacyjnym fałszem.
W dobie Internetu tego rodzaju przedsięwzięcia są naturalnym przedłużeniem zwyczajnej partyjno-wyborczej zasady "dziel i rządź", zwłaszcza jeśli system znajduje się już w schyłkowej fazie gnilnej. Należy mieć zatem nadzieję, że tak obfita dokumentacja faktu, iż wszelcy celebryccy "Wallenrodowie" są w rzeczywistości wiernymi "członkami klubu", ostatecznie przekona masy, że tak zgangrenowanego "porządku świata" nie da się w żaden sposób uzdrowić. Trzeba zamiast tego - jak to ma miejsce w kontakcie z terminalnie zakażonym organizmem - jak najściślej się od niego odciąć, podkreślając konsekwentnie, że nie chce się żadnych fruktów od jakichkolwiek "globalnych ośrodków wpływu" ani też od ich lokalnych wasali.
Jest to jedyny sposób, żeby z jednej strony ukrócić pasożytnicze możliwości owego organizmu, a z drugiej strony odzyskać zdolności organizacyjne w tych wymiarach i na tych płaszczyznach, gdzie faktycznie mogą one zabezpieczać ludzką wolność i godność - tzn. w obrębie rodzin, lokalnych wspólnot, klubów samopomocy czy politycznie niezależnych fundacji oraz związków wyznaniowych. Tylko tyle i aż tyle pozostało ludziom dobrej woli w tak duchowo zdegradowanym świecie, w jakim obecnie się znajdujemy, i tylko idąc tą drogą można liczyć na wyjście obronną ręką z okresu dotkliwego oczyszczenia, które nieuchronnie musi się dokonać.
Friday, January 30, 2026
Martwy Internet to objaw braku żywej inteligencji
Coraz więcej osób zdaje się przychylać do stanowiska, że Internet stał się martwy wskutek tego, iż zawiera on już głównie treści produkowane przez boty. Należałoby jednak raczej powiedzieć, że Internet jest obecnie nie tyle martwy, co zzombifikowany: tzn. jest w nim wciąż ogromna liczba ludzkich użytkowników, ale coraz więcej z nich traci wszelkie opory wobec bezrefleksyjnego reprodukowania treści stręczonych im przez boty.
Stąd wniosek, że - przy założeniu, iż jest to cel warty zachodu - Internet może stać się na powrót żywy jedynie wtedy, gdy krytyczna liczba jego ludzkich użytkowników nie tylko nauczy się niezawodnie rozpoznawać twórczość botów, ale też świadomie odmówi bycia ich biologicznym przedłużeniem. Byłaby to pokrzepiająca demonstracja faktu, że inteligencja istotnej liczby bywalców sieci jest nie sztuczna, ale jak najbardziej prawdziwa.
Stąd wniosek, że - przy założeniu, iż jest to cel warty zachodu - Internet może stać się na powrót żywy jedynie wtedy, gdy krytyczna liczba jego ludzkich użytkowników nie tylko nauczy się niezawodnie rozpoznawać twórczość botów, ale też świadomie odmówi bycia ich biologicznym przedłużeniem. Byłaby to pokrzepiająca demonstracja faktu, że inteligencja istotnej liczby bywalców sieci jest nie sztuczna, ale jak najbardziej prawdziwa.
Saturday, January 17, 2026
"Umysłowa kontrola" a umysłowa samodyscyplina
Nie ma i nigdy nie będzie żadnych technologii umożliwiających "czytanie w myślach" czy też deterministyczne (albo nawet obiektywnie probabilistyczne) przewidywanie przyszłości. Istnieją za to jak najbardziej technologie - bardzo notabene prymitywne co do trybu swojego działania - które wskutek nachalnego, agresywnego bodźcowania, masowego generowania komunikatów wykorzystujących tanie behawioralne sztuczki oraz zalewania środków masowego przekazu bezmiarem "zgnilizny mózgowej" mogą uczynić nieostrożnych ludzi coraz bardziej przewidywalnymi, impulsywnymi i szablonowymi w swych zachowaniach.
Nie należy się zatem absolutnie obawiać rzekomych hiperzaawansowanych narzędzi "kontroli umysłowej" mających się jakoby znajdować w rękach globalnych polityczno-korporacyjno-bezpieczniackich molochów. Chcąc jednak pozostawać maksymalnie niezależnym od wpływu owych molochów, należy mieć się na baczności przed dobrowolnym rozluźnieniem kontroli nad własnym umysłem, które to rozluźnienie może się niestety łatwo dokonać wskutek przewlekłego kontaktu z narzędziami nawet bardzo siermiężnymi, ale wyjątkowo natrętnymi i wszechobecnymi.
Innymi słowy, nie należy bać się tego, że algorytmiczne gadżety zdołają przeniknąć ludzki umysł i złamać ludzką wolę, gdyż są to wyłącznie strachy na lachy rodem z podrzędnej fantastyki naukowej. Należy za to strzec się scenariusza, w którym podobne gadżety zdołają rozmiękczyć ludzki umysł i zdegenerować ludzką wolę, bo to jest scenariusz nie fantastyczny, ale już w sporej mierze zrealizowany - a więc domagający się tym pilniejszego zatrzymania przez ogół ludzi trzeźwego umysłu i dobrej woli. Rzecz jedynie w tym, żeby w owym zatrzymywaniu zawsze pamiętać, że ma się do czynienia nie ze wszechpotężnym smokiem, tylko z masą dokuczliwych pcheł, do pokonania których wystarczy świadome zachowywanie higieny osobistej w wymiarze moralnym i duchowym.
Nie należy się zatem absolutnie obawiać rzekomych hiperzaawansowanych narzędzi "kontroli umysłowej" mających się jakoby znajdować w rękach globalnych polityczno-korporacyjno-bezpieczniackich molochów. Chcąc jednak pozostawać maksymalnie niezależnym od wpływu owych molochów, należy mieć się na baczności przed dobrowolnym rozluźnieniem kontroli nad własnym umysłem, które to rozluźnienie może się niestety łatwo dokonać wskutek przewlekłego kontaktu z narzędziami nawet bardzo siermiężnymi, ale wyjątkowo natrętnymi i wszechobecnymi.
Innymi słowy, nie należy bać się tego, że algorytmiczne gadżety zdołają przeniknąć ludzki umysł i złamać ludzką wolę, gdyż są to wyłącznie strachy na lachy rodem z podrzędnej fantastyki naukowej. Należy za to strzec się scenariusza, w którym podobne gadżety zdołają rozmiękczyć ludzki umysł i zdegenerować ludzką wolę, bo to jest scenariusz nie fantastyczny, ale już w sporej mierze zrealizowany - a więc domagający się tym pilniejszego zatrzymania przez ogół ludzi trzeźwego umysłu i dobrej woli. Rzecz jedynie w tym, żeby w owym zatrzymywaniu zawsze pamiętać, że ma się do czynienia nie ze wszechpotężnym smokiem, tylko z masą dokuczliwych pcheł, do pokonania których wystarczy świadome zachowywanie higieny osobistej w wymiarze moralnym i duchowym.
Labels:
kontrola,
technokracja,
technologia,
umysł,
wolna wola
Sunday, January 4, 2026
Nie ma żadnej drogi na skróty do trwałej wolności
Jeśli dany reżim jest na tyle przegniły i zdemoralizowany, że jego być albo nie być zależy od obecności jednego człowieka, pogardzanego już nawet w kręgach swoich najbliższych współpracowników, wówczas jego obalenie powinno dokonać się bez trudu na bazie oddolnej społecznej inicjatywy w postaci zmasowanych protestów. Wówczas naturalną konsekwencją owej oddolnej reżimowej zmiany może być pokojowe przekazanie władzy komuś, kto faktycznie cieszy się szerokim poparciem społeczeństwa i jest w stanie przysłużyć się trwałemu wyprowadzeniu go na prostą.
Jeśli natomiast punktem zapalnym procesu reżimowej zmiany staje się bezpieczniacka operacja zagranicznego pochodzenia z wyraźnym oligarchicznym interesem w tle, wówczas nowa władza, niezależnie od stopnia organicznego społecznego poparcia, działa w cieniu automatycznych podejrzeń o bycie pionkami obcych sił. To zaś stanowi wodę na młyn dla dotychczasowej nomenklatury i konkurencyjnych wobec niej mafijnych frakcji, prowadząc do przewlekłej wojny domowej - jeśli nie gorącej, to przynajmniej zimnej - i pełzającego instytucjonalnego rozkładu, tak doskonale znanego choćby z rozmaitych krajów na Bliskim Wschodzie, które też doświadczyły "wyzwolenia przez Wielkiego Brata".
Innymi słowy, nie ma żadnej drogi na skróty do wolności, sprawiedliwości i praworządności - a już zwłaszcza wtedy, gdy pierwszym krokiem na owej drodze jest zdarzenie, które zarówno na poziomie intencji, jak i na poziomie wykonania, ma z tymi pojęciami najwyżej incydentalny czy wręcz jedynie cyniczny związek.
Jeśli natomiast punktem zapalnym procesu reżimowej zmiany staje się bezpieczniacka operacja zagranicznego pochodzenia z wyraźnym oligarchicznym interesem w tle, wówczas nowa władza, niezależnie od stopnia organicznego społecznego poparcia, działa w cieniu automatycznych podejrzeń o bycie pionkami obcych sił. To zaś stanowi wodę na młyn dla dotychczasowej nomenklatury i konkurencyjnych wobec niej mafijnych frakcji, prowadząc do przewlekłej wojny domowej - jeśli nie gorącej, to przynajmniej zimnej - i pełzającego instytucjonalnego rozkładu, tak doskonale znanego choćby z rozmaitych krajów na Bliskim Wschodzie, które też doświadczyły "wyzwolenia przez Wielkiego Brata".
Innymi słowy, nie ma żadnej drogi na skróty do wolności, sprawiedliwości i praworządności - a już zwłaszcza wtedy, gdy pierwszym krokiem na owej drodze jest zdarzenie, które zarówno na poziomie intencji, jak i na poziomie wykonania, ma z tymi pojęciami najwyżej incydentalny czy wręcz jedynie cyniczny związek.
Subscribe to:
Comments (Atom)