Showing posts with label woluntaryzm. Show all posts
Showing posts with label woluntaryzm. Show all posts

Monday, November 2, 2015

Etatyzm, czyli najszkodliwsza z racjonalizacji

Wielu antyetatystów zastanawiało się pewnie nad następującą kwestią: zrozumiałe jest, że istnieją oczywiste różnice moralne między nami a etatystami. Jednak nie są to prostu "jakieś różnice" - są to różnice tak skrajne, jak to tylko możliwe, a przy tym dotykające najściślejszych fundamentów relacji społecznych w praktycznie wszystkich ich wymiarach. Innymi słowy, podczas gdy my uważamy każdą formę etatyzmu za kwintesencję zorganizowanej niemoralności i zinstytucjonalizowanego barbarzyństwa, zdecydowana większość etatystów uważa jakąś formę etatyzmu za warunek niezbędny istnienia moralności i cywilizacji, na ogół widząc w tym prawdę tak intuicyjnie oczywistą, że nie zastanawiają się nad nią ani razu w ciągu całego życia. Jak wyjaśnić istnienie aż tak rażącej i zasadniczej rozbieżności światopoglądowej, skoro wszyscy żyjemy na tym samym świecie i obserwujemy te same zjawiska?

Proponowana przeze mnie odpowiedź jest następująca: antyetatyści stają się na ogół antyetatystami po dojściu do wniosku, że wszelkiego rodzaju argumenty proetatystyczne są rażąco wręcz irracjonalne i nielogiczne, że podporządkowanie życia społecznego dyktatowi zinstytucjonalizowanej agresji, przemocy i przymusu nie daje się uzasadnić ani na gruncie utylitarnym, ani na gruncie deontologicznym, ani na gruncie eudajmonistycznym, ani na gruncie kontraktualistycznym, ani na jakimkolwiek innym gruncie moralnym. Wręcz przeciwnie - racjonalne spojrzenie na kwestie społeczne przez pryzmat wszystkich powyższych tradycji etycznych zdaje się jednoznacznie prowadzić do woluntaryzmu. Uznanie więc dowolnej formy etatyzmu za fundament istnienia moralności i cywilizacji musi wynikać z pewnych błędów kognitywnych i wtórnych racjonalizacji, takich jak syndrom sztokholmski, efekt Milgrama czy podświadoma deifikacja plemiennych jednostek alfa. Innymi słowy, gdyby etatyści nie byli etatystami w świecie, w którym są oni bezustannie podporządkowani dyktatowi zinstytucjonalizowanej agresji, przemocy i przymusu, byłaby to dla nich sytuacja egzystencjalnie nieznośna, obciążona zbyt wielkim i obezwładniającym dysonansem poznawczym.

Nie mówimy tu jednak o pierwszej lepszej racjonalizacji, tylko o potrzebie trwałego przekonania samego siebie, że to, co intuicyjnie postrzega się jako kwintesencję niemoralności i barbarzyństwa jest w rzeczywistości warunkiem niezbędnym istnienia moralności i cywilizacji - a więc o tak radykalnej i kompleksowej racjonalizacji moralnej, jaką tylko można sobie wyobrazić. Trudno się w związku z tym dziwić, że efektem skutecznie przeprowadzonej tego rodzaju racjonalizacji jest całkowite wyrzucenie zracjonalizowanych kwestii poza nawias logicznej analizy i krytycznej refleksji oraz nabranie do nich quasi-religijnego stosunku.

Warto w tym kontekście porównać światopogląd typowego, bezrefleksyjnego etatysty ze światopoglądem minarchisty, czyli etatysty minimalnego - otóż o ile ten pierwszy reaguje na argumenty mające na celu wykazanie etycznych absurdów etatyzmu albo kompletnym niezrozumieniem omawianych kwestii, albo irytacją sięgającą nieraz histerii, o tyle ten drugi na ogół gotów jest na beznamiętną, logiczną dyskusję nad rzeczonymi argumentami, często zgadzając się nawet z nimi i ubolewając, że mimo to ze względów pozaetycznych czy też "pragmatycznych" musi uznać pewien minimalny poziom etatyzmu za "zło konieczne". Innymi słowy, u minarchisty, który na ogół nie musiał nigdy aplikować w stosunku do samego siebie opisanej wyżej racjonalizacji (albo przynajmniej nie musiał tego robić w pełnym wymiarze), nie widać na ogół tego histerycznie emocjonalnego stosunku do kwestii etatyzmu i tego zaimpregnowania na logikę zdroworozsądkowej moralności, jakie widać na ogół u typowego etatysty (podobną różnicę widać np. w nastawieniu tych dwóch osób do etatystycznych rytuałów takich jak wybory, "święta państwowe", wojny, itp.).

Jaki jest praktyczny wniosek wypływający z powyższych obserwacji? Myślę, że taki, iż, jako że psychologiczny stan zdecydowanej większość etatystów każe im traktować każdy antyetatystyczny argument jako atak na własną osobę i swoją poznawczą równowagę, należy nauczyć się tak przedstawiać owe argumenty, żeby wydawały się one pochodzić od wewnątrz, a nie z zewnątrz. Innymi słowy, należy nauczyć się przedstawiać je tak, jakby to sam etatysta do nich doszedł, nie czując się zagonionym w róg przez logikę swojego antyetatystycznego interlokutora (jest to zasadniczo esencja tzw. metody sokratejskiej). Nawet wówczas mur etatystycznych racjonalizacji będzie bardzo trudny do przebicia. Ale szansa, że wystarczająco sprytnie pokierowana osoba sama przynajmniej spróbuje go rozmontować jest znacznie większa niż szansa, że pozwoli ten mur choćby tknąć komukolwiek innemu, zwłaszcza komuś, kto kategorycznie stwierdza, że zasługuje on wyłącznie na rozbiórkę.

Tuesday, October 13, 2015

Uwagi o stabilności libertariańskiej anarchii i możliwościach obronnych dobrowolnego społeczeństwa, część druga

Paweł Nowakowski odniósł się w sposób krytyczny do argumentów przedstawionych przeze mnie w artykule pt. „Kilka uwag o stabilności libertariańskiej anarchii i możliwościach obronnych dobrowolnego społeczeństwa”. Uważa on, że owa stabilność oraz owe możliwości byłyby mniejsze (choć na podstawie jego kontrargumentów trudno stwierdzić, o ile mniejsze), niż sugeruje to mój tekst.

Poniżej odnoszę się kolejno do przedstawionych przez niego wątpliwości:

1. Nowakowski zadaje pytanie, czy powinno się działać na rzecz powstania dobrowolnego społeczeństwa „w sytuacji braku odpowiedniej nadbudowy społecznej do pomyślnego zaistnienia anarchokapitalizmu”. Jest to pytanie o tyle dziwne, o ile w swoim pierwotnym artykule wyraźnie zaznaczam — i Nowakowski zdaje się to dostrzegać — że warunkiem powstania rzeczonego społeczeństwa jest zaistnienie odpowiedniej ideowej nadbudowy. Innymi słowy, nie da się oddzielić na poziomie logicznym tworzenia tego pierwszego od tworzenia tego drugiego — jeśli ktoś uważa, że np. sam akt odsunięcia od władzy rządzących, niezależnie od tego, kim oni są i kto ma największą szansę na ich zastąpienie, przysłuży się budowaniu dobrowolnego społeczeństwa, to daje tym samym świadectwo, że nie rozumie idei, której rzekomo sprzyja. W kontekście tego rodzaju pytań nie da się też — wbrew temu, co zdaje się sugerować Nowakowski — oddzielać aspektów etycznych i „technicznych”, bo działanie na rzecz skutecznego wdrożenia pewnej idei to akt intelektualno-kulturowej przedsiębiorczości, a więc wyzwanie natury tymologicznej, a nie prakseologicznej. Każdy ideowy przedsiębiorca musi sam odpowiedzieć sobie na pytanie, jak uczynić grunt pod realizację konkretnych idei odpowiednio żyznym i jakie niezamierzone konsekwencje mogą mieć poszczególne podjęte w tym kierunku działania.

2. W odniesieniu do mojego argumentu mówiącego, że pojawienie się społeczeństwa dobrowolnego, wraz ze wszystkimi jego dobrodziejstwami, ma szansę na podłamanie ideologicznego poparcia dla pozostałych istniejących monopolistycznych aparatów przemocy, Nowakowski stwierdza, że „argument ten nie bierze na przykład pod uwagę różnorakich etosów dominujących w różnego rodzaju społecznościach”. Jest to odpowiedź o tyle osobliwa, o ile Nowakowski nie kwestionuje na poziomie logicznym żadnego z ekonomicznych ani etycznych argumentów na rzecz anarchokapitalizmu. Jego odpowiedź przypomina więc odpowiedź kogoś, kto, po skonfrontowaniu z ekonomicznymi i etycznymi argumentami na rzecz zniesienia niewolnictwa, odpowiedziałby: „to wszystko prawda, ale niewolnictwa nie da się znieść, bo niektórzy lubią zniewalać innych”. Jest to więc gołosłowne stwierdzenie, że postęp moralny i ekonomiczny jest niemożliwy, niezależnie od jakości przedstawianych na jego rzecz argumentów. Innymi słowy, jest to wyraz intelektualnej kapitulacji, a więc ostatnia rzecz, jaką należałoby uznać za logicznie przekonujący argument. Nie na miejscu jest też odwołanie się w tym kontekście do hoppeańskiego „paradoksu imperializmu”, bo znajduje on zastosowanie tylko do państw, których mieszkańcy są w najlepszym razie zwolennikami idei klasycznego liberalizmu — tzn. zwolennikami poglądu, że warunkiem zaistnienia wolnej gospodarki jest istnienie ograniczonego w zakresie swoich funkcji, ale militarnie silnego państwa. W takiej konfiguracji ideologiczno-ekonomiczno-politycznej rzeczywiście wraz z rozwojem względnie liberalnej gospodarki rośnie też coraz bardziej militarna siła pasożytującego na niej państwa, mogąca zaszkodzić sąsiadującej z nim enklawie anarchokapitalizmu. Jeśli jednak, zgodnie z moim argumentem, przyjąć, że powstanie prosperującej enklawy anarchokapitalizmu skutecznie zasieje idee anarchokapitalistyczne (nie klasycznie liberalne!) w umysłach mieszkańców sąsiadujących państw, wówczas należy dojść do wniosku, że mieszkańcy ci będą dążyć do zbudowania prosperującego społeczeństwa i utrzymującej je prosperującej gospodarki na bazie nie wzmacniania, ale sukcesywnego osłabiania militarnego potencjału pasożytującego na niej państwa. Innymi słowy, fundamentalna różnica ideowa między klasycznym liberalizmem (względnie minarchizmem) a anarchokapitalizmem czyni ten drugi niepodatnym na wywołanie „paradoksu imperializmu”.

3. Nowakowski nie dyskutuje ze stwierdzeniem, że — zgodnie z wnioskami wypływającymi z teorii ekonomii — każde społeczeństwo dobrowolne byłoby (lub też szybko stałoby się) społeczeństwem bardzo zamożnym i gospodarczo zaawansowanym. Nie przeszkadza mu to jednak sugerować, że tego rodzaju społeczeństwa szybko padłyby ofiarą etatystycznych, grabieżczych hord o wysokiej preferencji czasowej. Skoro jednak niska preferencja czasowa, będąca jednym z fundamentów filozofii anarchokapitalistycznej, prowadzi do zamożności i gospodarczego rozwoju, a tym samym do możliwości skutecznego tworzenia zaawansowanych środków obrony terytorialnej, podczas gdy typowa dla demokratycznego etatyzmu wysoka preferencja czasowa prowadzi do konsumpcji kapitału i gospodarczej stagnacji, to w jaki sposób względnie zacofany i kulturowo zdegenerowany etatystyczny reżim miałby móc podporządkować sobie bogatą, prosperującą enklawę anarchokapitalizmu? Poza tym, wracając do punktu poprzedniego, dlaczego rozwój bogatych, prosperujących enklaw anarchokapitalizmu nie miałby doprowadzić do bezprecedensowo szybkiego i skutecznego rozprzestrzenienia się wiedzy o korzyściach płynących z obniżania swojej preferencji czasowej, a tym samym do ideologicznego podminowania promującego wysoką preferencję czasową demokratycznego etatyzmu?

4. Co do kwestii zwiększania potencjału obronnego dobrowolnych społeczeństw i działających w ich obrębie prywatnych agencji ochrony poprzez wchodzenie przez nie w sojusze militarne z odpowiednio ekonomiczne uświadomionymi rządami sąsiadujących państw, Nowakowski sugeruje, że byłoby to dla tych drugich nieopłacalne wojskowo „ze względu na, jak można się spodziewać, względnie słabe wyposażenie wojskowe poszczególnych agencji, które osobno dysponowałaby mniejszym kapitałem niż państwa”. Ale nawet jeśli by przyjąć, że poszczególne agencje rzeczywiście dysponowałyby przeciętnie mniejszym kapitałem niż państwa, to dlaczego miałoby się przyjmować, że państwa miałyby zawierać tego rodzaju sojusze z poszczególnymi agencjami, a nie z całymi ich sieciami lub stowarzyszeniami? Przynależność do tego rodzaju stowarzyszeń byłaby korzystna dla poszczególnych agencji, gdyż generowałaby pozytywne efekty sieciowe, w żaden sposób nie musiałaby jednak prowadzić do ich łączenia się w monopolistyczne czy quasi-monopolistyczne konglomeraty, gdyż to z kolei pozbawiałoby je ich unikatowych przewag konkurencyjnych oraz wywoływałoby negatywne efekty reputacyjne w wyczulonych na wszelkie działania kartelizacyjne społeczeństwach anarchokapitalistycznych. Stwierdzenie natomiast, że poszczególne agencje ochrony nie miałyby „bodźców ekonomicznych do rozwoju środków obronnych z prawdziwego zdarzenia, gdyż ich utrzymanie pociągałoby za sobą znaczne zwiększenie składek ubezpieczeniowych dla klientów, […] ci [zaś] mogliby wówczas przenieść się do innej agencji”, to nic innego, jak ponowne wyrecytowanie „problemu gapowicza”, do którego w literaturze anarchokapitalistycznej odnoszono się w wyczerpujący sposób już co najmniej dziesiątki razy. Dość wymienić tu rozwiązania takie jak ostracyzm gospodarczy wymierzony w kierunku agencji nie oferujących odpowiednio wielkoskalowych usług obronnych (lub odmawiających przynależności do stowarzyszeń biznesowych wspólnie finansujących tego rodzaju usługi), zabieganie o pozytywne efekty reputacyjne przez firmy spoza sektora obronnego poprzez dobrowolne dofinansowywanie tego rodzaju wielkoskalowych usług, czy opatrywanie wszelkich zbiórek pieniędzy na tego rodzaju usługi klauzulami asekuracyjnymi gwarantującymi zwrot indywidualnych wkładów w razie niezebrania odpowiedniej ilości funduszy.

5. W odniesieniu do mojego argumentu mówiącego, że społeczeństwo dobrowolne z definicji pozbawione byłoby struktur władzy, które mógłby przejąć ewentualny agresor, Nowakowski stwierdza, że jest on „bardzo słaby”, bo „praktycznie cała Ziemia […] jest opanowana przez państwa”. Można by powiedzieć, że jest to odpowiedź z gatunku „nigdzie na świecie nie było jeszcze nigdy tego, czego na nim jeszcze nigdy nigdzie nie było”. Poza tym Nowakowski ignoruje fakt, że nawet spoglądając na dotychczasową historię polityczno-gospodarcza ludzkości, możemy dojść do wniosku, że im bardziej cywilizacyjnie rozwinięta i ideowo zaangażowana była dana społeczność, tym trudniej było jej narzucić jakąkolwiek zewnętrzną strukturę polityczną i tym łatwiej było jej tego rodzaju struktury z siebie strząsać. Najlepszym przykładem są tu Stany Zjednoczone, których mieszkańcy dzięki swojej ideowej wytrwałości w zakresie budowy kultury opartej na wartościach klasycznie liberalnych stosunkowo szybko i skutecznie pozbyli się wszelkich struktur politycznej podległości wobec znacznie bardziej etatystycznej Europy. Biorąc pod uwagę zrozumienie Nowakowskiego dla faktu, że powstanie sprawnie funkcjonującego społeczeństwa anarchokapitalistycznego wymagałoby podobnego ideowego zaangażowania — przy czym musiałoby to być zaangażowanie oparte na znacznie dalej posuniętej wrogości wobec istnienia jakichkolwiek struktur władzy jako takiej — dziwi fakt, że zdaje się on pokładać tak wielką wiarę w zdolności etatystów w zakresie tworzenia trwałych struktur etatystycznej podległości na tak skrajnie ideologicznie niesprzyjającym gruncie.

6. W kontekście dwóch ostatnich z przedstawionych przeze mnie w pierwotnym artykule argumentów Nowakowski częściowo przyznaje mi rację, częściowo przywołuje swoje kontrargumenty wysunięte wobec moich wcześniejszych argumentów (do których odniosłem się już we wcześniejszej części niniejszego artykułu) i częściowo formułuje pozorne kontrargumenty, które okazują się w rzeczywistości zgodne z moimi argumentami z pierwotnego artykułu (jak choćby te dotyczące zwiększania swojego potencjału militarnego przez stosunkowo mniejsze ośrodki administracyjne poprzez wchodzenie w sojusze militarne z ośrodkami stosunkowo większymi lub też przystępowanie do stosownych międzyośrodkowych stowarzyszeń). Innymi słowy, nie widzę tutaj żadnych dodatkowych wątpliwości, do których mógłbym się odnieść.

Podsumowując, kontrargumenty Nowakowskiego są co prawda bardziej rozbudowane i wnikliwe niż te, które spotyka się na ogół w kontekście głównonurtowych omówień filozofii anarchokapitalistycznej, nie przedstawiają one jednak dla niej żadnych szczególnych trudności.

Monday, October 12, 2015

Kilka uwag o stabilności libertariańskiej anarchii i możliwościach obronnych dobrowolnego społeczeństwa

Krytyka libertarianizmu odbywa się na rożnych poziomach intelektualnych. Ci, których wiedza na jego temat jest bardzo niewielka, krytykują go na ogół przy użyciu nieprzemyślanych sloganów („nieregulowany rynek prowadzi do wyzysku pracowników”, „potrzebna jest kontrola cen, aby zwalczać spekulację”, „kto jak nie państwo wybuduje drogi?” itp.), które po tysiąckroć były już obalane w najbardziej podstawowej literaturze przedmiotu, więc nie wymagają dalszego komentarza.

Innych krytycznych argumentów używają natomiast ci, którzy posiadają pewną wiedzę na temat libertarianizmu, a nawet z nim sympatyzują, wydaje im się jednak, że są w stanie zrównoważyć nadmierne w ich ocenie ambicje tejże filozofii społecznej odpowiednią dozą „realizmu”, „praktyczności”, „kompromisowości” itp. Tego rodzaju krytyce poświęcono w stosownej literaturze nieco mniej miejsca.

Jednym z najbardziej popularnych argumentów tego drugiego typu jest ten głoszący, iż istnienie państw, czyli monopolistycznych aparatów przemocy, jest złem, ale jest niestety złem koniecznym, gdyż stan libertariańskiej anarchii musi doprowadzić do konfliktu o władzę pomiędzy lokalnymi zbrojnymi gangami lub też do przejęcia władzy przez zewnętrznego agresora — najczęściej w postaci innego państwa.

Zajmijmy się po kolei obydwoma członami powyższej konkluzji.

Skupiając się na początku na pierwszym z nich, należy zauważyć, iż uważający, że stan libertariańskiej anarchii musi doprowadzić do konfliktu o władzę pomiędzy lokalnymi zbrojnymi gangami, popełniają błąd traktowania libertariańskiej anarchii jako „bezpaństwowego etatyzmu”, tzn. sytuacji, w której terytorialny monopol przemocy znika, ale wszystko inne, włącznie z mentalnością, która legitymizuje jego istnienie, pozostaje bez zmian.

Praktycznie każdy teoretyk libertariańskiego anarchizmu twierdzi natomiast, że skuteczne i trwałe zniknięcie terytorialnych monopoli przemocy i wszystkich powiązanych z nimi szkodliwych zjawisk może nastąpić wyłącznie wtedy, gdy etatyzm — światopogląd legitymizujący, a często wręcz gloryfikujący istnienie tychże monopoli — stanie się wystarczająco niepopularny.

Warto wyobrazić sobie „abolicję bez abolicjonizmu” jako analogiczny scenariusz, w ramach którego obalenie dotychczasowych posiadaczy niewolników natychmiast skutkuje pojawieniem się kandydatów na ich następców, konkurujących między sobą o kontrolę nad świeżo uwolnionymi byłymi niewolnikami. Następnie warto zastanowić się, czym ten scenariusz różni się od tego, który miał miejsce w historii — tzn. od tego, w ramach którego szeroko rozpowszechniona akceptacja dla abolicjonizmu została słusznie uznana za warunek konieczny skutecznego i trwałego zniesienia niewolnictwa.

Podsumowując, teoretycy libertariańskiego anarchizmu zdają sobie w pełni sprawę z przyrodzonej niestabilności bezpaństwowego etatyzmu (zwanego również „upadłą państwowością”), ale jednocześnie są oni jedynymi osobami świadomymi faktu, iż bezpaństwowy libertarianizm (antyetatyzm) jest stanem rzeczy jakościowo całkowicie odmiennym, zwłaszcza pod względem stabilności.

Przechodząc do drugiego członu zarysowanej we wstępie konkluzji, skupmy się teraz na sugestii, iż tym, co świadczy o niemożliwości funkcjonowania w dłuższej perspektywie społeczeństwa dobrowolnego czy też libertariańskiego (tzn. wolnego od kontroli ze strony jakiegokolwiek monopolistycznego aparatu przemocy) jest rzekomy fakt, że społeczeństwo takie szybko ulegnie armiom sąsiadujących monopolistycznych aparatów przemocy. Istnieje jednak cały szereg powodów, dla których wcale nie musiałoby się tak stać:

1. Pojawienie się społeczeństwa dobrowolnego, wraz ze wszystkimi jego dobrodziejstwami, ma szansę na podłamanie ideologicznego poparcia dla pozostałych istniejących monopolistycznych aparatów przemocy. A jako że w ostatecznym rozrachunku trwają one przede wszystkim dzięki ideologicznemu poparciu większości społeczeństwa, osłabienie tegoż poparcia znacznie zmniejsza ich możliwości manewru, zwłaszcza w zakresie dokonywania operacji zbrojnych.

2. Standardowe argumenty ekonomiczne sugerują, że każde społeczeństwo dobrowolne byłoby (lub też szybko stałoby się) społeczeństwem bardzo zamożnym i gospodarczo zaawansowanym. W związku z tym byłoby ono bardzo atrakcyjnym partnerem handlowym. Zbrojny najazd na nie, a tym samym zniszczenie jego unikatowej kultury i instytucjonalnej infrastruktury, całkowicie zlikwidowałoby tę atrakcyjność. Ponadto nawet jeśli tego rodzaju społeczeństwo znajdowałoby się w sąsiedztwie państwa ogarniętego na tyle prymitywną, wojenną ideologią, że jego rządowi nie zależałoby na korzyściach handlowych, nietrudno sobie wyobrazić, iż członkom rzeczonego społeczeństwa łatwo byłoby wejść w sojusze militarne z rządami państw, którym na owych korzyściach by zależało.

3. Społeczeństwo dobrowolne z definicji pozbawione byłoby struktur władzy, które mógłby przejąć ewentualny agresor. Tym samym kontrola takiego społeczeństwa przez ewentualnego zwycięskiego agresora byłaby bardzo trudna, jeśli nie niemożliwa, a w każdym razie wysoce nieopłacalna.

4. Jako że standardowe argumenty ekonomiczne sugerują, że każde społeczeństwo dobrowolne byłoby (lub też szybko stałoby się) społeczeństwem bardzo zamożnym i gospodarczo zaawansowanym, łatwo sobie wyobrazić, że chroniące jego członków prywatne agencje ochrony dysponowałyby skuteczniejszym arsenałem obronnym niż armia wrogiego monopolistycznego aparatu przemocy. Ponadto prawdopodobnym jest, iż dobrze uzbrojona byłaby znaczna część indywidualnych członków takiego społeczeństwa, co w połączeniu z ich lepszą od najeźdźcy znajomością zamieszkiwanego przez siebie terytorium mogłoby z nich uczynić trudne i kosztowne do pokonania oddziały partyzanckie.

5. I wreszcie, opisywany tu argument można odnieść nie tylko do społeczeństwa dobrowolnego sąsiadującego z terytorium opanowanym przez potężny monopolistyczny aparat przemocy, ale też do dowolnego państwa sąsiadującego z państwem militarnie znacznie silniejszym. Innymi słowy, zgodnie z tym argumentem w dłuższej perspektywie nie mogłoby przetrwać nie tylko jakiekolwiek społeczeństwo dobrowolne, ale też jakiekolwiek stosunkowo małe i militarnie nieznaczące państwo sąsiadujące z państwem znacznie większym i militarnie znaczniejszym, że nie wspomnieć o mikropaństwach takich jak Liechtenstein, Monako, Andora, Hong Kong, czy San Marino. Jeśli argument ten miałby być prawdziwy, to cały świat znajdowałby się pod kontrolą monopolistycznych aparatów przemocy o mniej więcej równej sile militarnej, co oczywiście nie ma dziś miejsca.

Podsumowując, społeczeństwo dobrowolne jest oczywiście z definicji społeczeństwem pokoju i współpracy, ale w żaden sposób nie wynika z tego, że nie jest ono w stanie zorganizować skutecznej obrony przed zarówno wewnętrznymi, jak i zewnętrznymi agresorami. Przeciwnie, jego nieodrodne cechy ekonomiczne i kulturowe sugerują, że ma ono szansę stać się na tym polu skuteczniejsze niż dowolny monopolistyczny aparat przemocy.

Monday, May 4, 2015

O możliwościach obronnych społeczeństwa dobrowolnego

Jednym z najczęściej słyszanych argumentów mających świadczyć o niemożliwości funkcjonowania w dłuższej perspektywie społeczeństwa dobrowolnego czy też libertariańskiego (tzn. wolnego od kontroli ze strony jakiegokolwiek monopolistycznego aparatu przemocy) jest sugestia, iż społeczeństwo takie szybko ulegnie armiom sąsiadujących monopolistycznych aparatów przemocy. Istnieje jednak cały szereg powodów, dla których wcale nie musiałoby się tak stać:

1. Pojawienie się społeczeństwa dobrowolnego, wraz ze wszystkimi jego dobrodziejstwami, ma szansę na podłamanie ideologicznego poparcia dla pozostałych istniejących monopolistycznych aparatów przemocy. A jako że w ostatecznym rozrachunku trwają one przede wszystkim dzięki ideologicznemu poparciu większości społeczeństwa, osłabienie tegoż poparcia znacznie zmniejsza ich możliwości manewru, zwłaszcza w zakresie dokonywania operacji zbrojnych.

2. Standardowe argumenty ekonomiczne sugerują, że każde społeczeństwo dobrowolne byłoby (lub też szybko stałoby się) społeczeństwem bardzo zamożnym i gospodarczo zaawansowanym. W związku z tym byłoby ono bardzo atrakcyjnym partnerem handlowym. Zbrojny najazd na nie, a tym samym zniszczenie jego unikatowej kultury i instytucjonalnej infrastruktury, całkowicie zlikwidowałoby tę atrakcyjność. Ponadto, nawet jeśli tego rodzaju społeczeństwo znajdowałoby się w sąsiedztwie państwa ogarniętego na tyle prymitywną, wojenną ideologią, że jego rządowi nie zależałoby na korzyściach handlowych, nietrudno sobie wyobrazić, że członkom rzeczonego społeczeństwa łatwo byłoby wejść w sojusze militarne z rządami państw, którym na owych korzyściach by zależało.

3. Społeczeństwo dobrowolne z definicji pozbawione byłoby struktur władzy, które mógłby przejąć ewentualny agresor. Tym samym kontrola takiego społeczeństwa przez ewentualnego zwycięskiego agresora byłaby bardzo trudna, jeśli nie niemożliwa, a w każdym razie wysoce nieopłacalna.

4. Jako że standardowe argumenty ekonomiczne sugerują, że każde społeczeństwo dobrowolne byłoby (lub też szybko stałoby się) społeczeństwem bardzo zamożnym i gospodarczo zaawansowanym, łatwo sobie wyobrazić, że chroniące jego członków prywatne agencje ochrony dysponowałyby skuteczniejszym arsenałem obronnym, niż armia wrogiego monopolistycznego aparatu przemocy. Ponadto prawdopodobnym jest, że dobrze uzbrojona byłaby znaczna część indywidualnych członków takiego społeczeństwa, co w połączeniu z ich lepszą od najeźdźcy znajomością zamieszkiwanego przez siebie terytorium mogłoby z nich uczynić trudne i kosztowne do pokonania oddziały partyzanckie.

5. I wreszcie, opisywany tu argument można odnieść nie tylko do społeczeństwa dobrowolnego sąsiadującego z terytorium opanowanym przez potężny monopolistyczny aparat przemocy, ale też do dowolnego państwa sąsiadującego z państwem militarnie znacznie silniejszym. Innymi słowy, zgodnie z tym argumentem w dłuższej perspektywie nie mogłoby przetrwać nie tylko jakiekolwiek społeczeństwo dobrowolne, ale też jakiekolwiek stosunkowo małe i militarnie nieznaczące państwo sąsiadujące z państwem znacznie większym i militarnie znaczniejszym, że nie wspomnieć o mikropaństwach takich jak Liechtenstein, Monako, Andora, Hong Kong, czy San Marino. Jeśli argument ten miałby być prawdziwy, to cały świat znajdowałby się pod kontrolą monopolistycznych aparatów przemocy o mniej więcej równej sile militarnej, co oczywiście nie ma dziś miejsca.

Innymi słowy, argument ten jest równie popularny, co nieprzemyślany i oparty na bezrefleksyjnie akceptowanych etatystyczno-trybalnych przesądach. Społeczeństwo dobrowolne jest oczywiście z definicji społeczeństwem pokoju i współpracy, ale w żaden sposób nie wynika z tego, że nie jest ono w stanie zorganizować skutecznej obrony przed zewnętrznym agresorem. Przeciwnie, jego nieodrodne cechy ekonomiczne i kulturowe sugerują, że ma ono szansę stać się na tym polu skuteczniejsze, niż dowolny monopolistyczny aparat przemocy.

Saturday, April 18, 2015

Krótki dialog z bardziej cywilizowanego świata

A: Wiesz, ten cały system „uporządkowanej anarchii” i „dobrowolnego społeczeństwa” pozostawia wiele do życzenia. Mamy bezdomnych na ulicach, niektórzy mają dostęp do znacznie lepszej opieki zdrowotnej niż inni, fundacje charytatywne nie są w stanie wszystkim pomóc, tu i ówdzie toczą się okazjonalne walki gangów, itd. Pomyślałem, że może warto byłoby stworzyć monopolistyczny aparat przemocy oparty na zasadach otwartego dostępu i większościowego wyboru, który będzie w stanie pobierać od wszystkich przymusowe opłaty na rzecz rozwiązania tych problemów – zapewnienia wszystkim potrzebującym dostępu do publicznej opieki zdrowotnej, stworzenia mieszkań komunalnych dla bezdomnych, wyeliminowania wojen gangów poprzez wprowadzenie ścisłej kontroli dostępu do broni palnej, itd.

B: A co będzie, jeśli zamiast zająć się wszystkimi tymi rzeczami, ten monopolistyczny aparat przemocy użyje swojej siły w celu rozdawania monopolistycznych przywilejów swoim faworytom, zniechęcania ludzi do brania odpowiedzialności za swoje życie, tworzenia gett dotowanej przestępczości, rozbrojenia nas po to, aby móc nas wyzyskiwać bardziej efektywnie niż najlepiej nawet zorganizowany kartel gangów, i wydawania nakazów szpiegowania, wywłaszczania i skrytobójczego mordowania ludzi takich jak ja i ty z dowolnych powodów, które kontrolujący ten aparat uznają za stosowne?

A: W porządku, rozumiem. To nie był dobry pomysł. Przepraszam.